Opuszczone siedlisko w Dzianiszu fot. A. Rodowicz
Agnieszka Burton marzec 2021

Pusty dom

Domy widma to niedokończone budowy, ale też stare, opuszczone chałupy. W każdej wsi jest ich pełno. Kim są właściciele? Czy im nie zależy? Takie marnotrawstwo? Jeździłam od Zakopanego do Witowa, Chochołowa, Wróblówki, Czarnego Dunajca, po Stare Bystre i pytałam: „Dlaczego stoją puste?”

Artykuł z numeru

Michał Heller. Pytanie o Boga i ateizm

Czytaj także

Małgorzata Nocuń

Wojna o dom

Dom, który planowaliśmy wybudować na dawnych włościach okrutnego barona, miał być ciepły i jasny. Duże okna skierowane na południe, żeby wpuszczały do środka słońce, stromy dach chroniący przed zalegającym śniegiem, masywny szkielet i belki połączone tradycyjnymi wycięciami w celu obrony przed halnym. Drewno, lokalny kamień i tynk w kolorze białym.

W sprawie tego domu prowadziłam międzykontynentalne rozmowy z zakopiańskim architektem, ale ten: albo łamał nogę, jadąc na rowerze do starostwa z naszymi papierami, albo żona mu zachorowała, albo był na urlopie. Wreszcie po półtora roku dostaliśmy pozwolenie na budowę. Przylecieliśmy z małym synkiem do Polski, plan był taki: budujemy do stanu surowego i wracamy na antypody, żeby pracować i oszczędzać na kolejne etapy. Dom miał rosnąć powoli, przecież w Polsce, w przeciwieństwie do Australii, można budować latami. Ale porozrzucane po podhalańskich dolinach domy widma przestraszyły nas tak bardzo, że porzuciliśmy plan budowy miejsca naszych marzeń. Przy pomocy górali postawiliśmy malutką modrzewiową chatkę. Stoi teraz pomiędzy pasmem Babiej Góry a Czerwonymi Wierchami. Kiedy wyje halny, wydaje mi się, że płynę na skrzypiącej łajbie.

Temat tabu

Domy widma to niedokończone budowy, ale też stare, opuszczone chałupy. W każdej wsi jest ich pełno. Kim są właściciele? Czy im nie zależy? Takie marnotrawstwo? Jeździłam od Zakopanego, do Witowa, Chochołowa, Wróblówki, Czarnego Dunajca, po Stare Bystre i pytałam: „Dlaczego stoją puste?”.

– To temat tabu. Większość właścicieli siedzi od lat w Stanach. Może coś ukrywają, bo pracują tam nielegalnie? Ile zarabiają, ile płacą podatku? – zastanawia się inwestor spod Warszawy, który ponad rok szukał na Podhalu nieruchomości do kupna.

– Siedzą w Stanach, dutków pełno mają, na co im taka chałupa? – powiedziała koleżanka z Nowego Bystrego, której ciotki i wujkowie żyją za wielką wodą

– Siedzą w Stanach i biedę klepią, wstyd im wracać – tłumaczyła fryzjerka z Kościeliska, która pół roku mieszkała w Chicago.

– Gadają, że jak zatopi Amerykę, to będą mieli dokąd wracać – dodała sąsiadka z Dzianisza.

Sąsiadka z Dzianisza. Któregoś dnia odkryliśmy na skraju wsi opuszczone siedlisko. A było to tak: o świcie i wieczorami, gdy świat zwalnia, szumiało coś przed chałupką. „O szlag – myślałam – to pewnie echo ruchliwej asfaltówki w Witowie”. Przeszliśmy przez cuchnące gnojówką pola, chaszcze, błota i znaleźliśmy się na brzegu wysokiej skarpy, a w dole przepływał szumiący Czarny Dunajec. Ale zanim odkryliśmy rzekę, minęliśmy opuszczone gazdówki. Pierwszy dom z daleka wyglądał na zamieszkany – klockowaty taki, parter, piętro, poddasze, otynkowany na kremowo. A z bliska: podwórko zarośnięte, okna w stodole powybijane, firanki, których nikt od dawna nie prał.

Po drugiej stronie polnej drogi przycupnęła stara podhalańska zagroda kątowa: chałupa i szopa połączone w jednym narożu. Pociemniałe, grube bale, kamienna podmurówka, spadzisty, łamany dach, szczyt z malutkimi jak dla gołębi okienkami i deskami szalowanymi w promienie słoneczne. Czerwona farba pozłaziła z dachu jak skóra. To pewnie dom siostry sąsiada, starego gazdy o czarnych oczach. Opowiadał kiedyś, a ja wyłapałam co drugie słowo, bo godką zasuwał, że jego siostra od wielu lat siedzi w Melbourne.

Dalej, tuż nad skarpą – kolejne opuszczone zagrody. Powykręcane na wietrze jabłonki, krzewy bzu, tęczowy łubin i zawalający się ganek. Kiedy ostatni raz ktoś na nim siedział i patrzył na daleki Kominiarski Wierch albo czekał na listonosza? Drzwi komórki otwarte, a tam sterty śmieci, stare garnki, szmaty wyblakłe i legitymacja z lat 50. Jej właścicielka pracowała w sanatoryjnej gastronomii. Szkoda, że legitymacja bez zdjęcia.

Kolejna chałupa i kolejny drewniany wychodek przycupnięty za oborą. Studnia ze spiczastym daszkiem. Orzechowa farba sypie się z płazów i ram okiennych. Zajrzałam do środka. Na deskach góralski chodnik, tkany w kolorowe pasy, stół przykryty białym obrusem, na stole wazon i sztuczne białe róże. W centralnej części okna ustawiona strażniczka tego miejsca – Czarna Madonna, wyblakła od słońca, aż stała się niebieska.

Najpiękniejszy polski magazyn intelektualny

Ciesz się z darmowej dostawy
i dostępu do e-wydań

Prenumeruj znak

Trzy wory pepsi

Aśka wspina się po skałach i jeździ na skiturach, jej mąż jest przewodnikiem górskim, kilka lat temu przeprowadzili się z Krakowa do Dzianisza. Szukali domu do kupna, takiego z duszą.

– Znaleźliśmy chałupę we wsi Ciche, na wysokiej kamiennej podmurówce, z dużą piwnicą i szopą. Do totalnego remontu – opowiada Aśka. – W środku mnóstwo sprzętów, wszystko zakurzone. W kredensach kubeczki, szklanki, w otwartych szafach góralskie kożuchy i zdjęcia dziewczyn z utapirowanymi włosami, jakieś kasety, plakaty. Na drągu wisiała czarna skórzana kurtka z napisem „Harley-Davidson”. Wydawało mi się, że ktoś wyszedł i za chwilę wróci, żeby się jeszcze dopakować. Domu pilnowała sąsiadka, babuleńka, zdradziła tylko, że w Ameryce dwie siostry się dogadały i chcą to sprzedać. Długo wisiało ogłoszenie „na sprzedaż”, mimo że nie chcieli za dużo. Czy przyszło tym siostrom do głowy, że tu zostało tyle wspomnień? Wyjechały jakieś 40 lat temu, i koniec. Zaszłam w ciążę bliźniaczą, baliśmy się pakować w taki interes, ktoś inny to kupił.

Nowy właściciel, przedsiębiorca z Piotrkowa: – Długo szukałem działki obrośniętej drzewami, nie chciałem pustego pola. Zadzwonił agent: „Mam coś dla pana”. Przyjechałem, zobaczyłem, od razu mi się spodobało, wszystko takie wiekowe. On twierdził, że do rozbiórki, ale znam się na drewnie, pomyślałem, że dam radę. Na Wszystkich Świętych przyleciała ze Stanów właścicielka, matka tych sióstr, co się dogadały. Chciała podpisać umowę sprzedaży i zajrzeć do rodziny na cmentarz. Spodziewałem się paniusi, a przyszła wiejska baba, pod siedemdziesiątkę, w trzewikach. Akcentu angielskiego nie miała, nie płakała, nie było jej żal. Czy chciała zabrać jakieś rzeczy z domu? Tylko maszynę do szycia, Łucznika, ale w końcu transport był za drogi. Wróciłem latem, a tu cisza, krowy, zabrałem się do roboty – płazy mocne, bez kornika, ale okna musiałem wymienić, bo stare były w opłakanym stanie. I dach był lichy, na szczęście nie taki jak na szopie, bo tam się lało. W białej izbie, tej paradnej, gdzie przyjmowano gości czy księdza, jest sosręb z wygrawerowaną datą „1907 rok”, gwiazdą, IHS, krzyżem, inicjałami. Z szaf wyniosłem stertę ciuchów, gitarę, gazety, dużo zeszytów szkolnych z lat 80. Na poddaszu wyzbierałem trzy pełne wory pustych butelek po pepsi. A pod podłogą znalazłem ręcznie robioną dubeltówkę z wyrzeźbioną kozicą.

Odpływają

Zaczęło się po epidemii cholery w 1873 r., którą opisywał Ferdynand Hoesick: „W każdej chacie, w której zaszedł wypadek cholery, zabijano drzwi i okna, nieboszczyka albo chorego, jeszcze żywego, zostawiając wewnątrz”. Ci, co przetrwali, uciekali od choroby, nieurodzajnej ziemi i głodu. Wypływali z Triestu lub Hamburga. Osiedlali się w Chicago, Nowym Jorku, Detroit, Denver, Seattle.

Pan Stanisław, sołtys Czarnego Dunajca: – Co drugo, trzecio chałupo siedzi w Stanach. Moi bracia i siostry też. Wyjechali młodzi, jeden drugiego ściągał, tam się dzieci urodziły, a dzieci nie chcą tutaj, to ojcowie zmuszeni w Ameryce zostać. Ja też był w ’84 roku, ale ja nie lubiał tam trybu życia, wszystko szybko, praca, spanie, praca. Kobiety robiły na sprzątaniach, chłopy na budowie albo po siapach [masarniach – przyp. aut.]. Nie mieli nawet czasu potęsknić. Niektórzy myśleli, że w Ameryce dolary polecą z drzew, domy wyprzedali, a teraz by chcieli wrócić, ale nie mają do czego. Moja sąsiadka też sprzedała, a to był dobry dom i zabudowania duże. Przyjechała w odwiedziny, to z tego żalu, że sprzedała, nie mogła tam nawet przejść. Już więcej nie przyjeżdżo. Dawniej jak te Amerykany zjechały do Polski, to po restauracjach zapraszały, imprezy wystawne, a teraz każdy grosz liczą. Nigdy nie pomyśleli, że dolar tak straci na wartości.

Pan Kazimierz Fudała, przydomek „Dorzocek”, cieśla z Nowego Bystrego: – Sprzedaż była uznawana za słabość, bo trzeba było zganiać majątek. Tu wszystkim przez ten klimat ciężko przychodziło. Te puste domy zawsze mają swojego anioła stróża. Opiekuję się chałupą mojej chrzestnej matki, która od 40 lat mieszka w Chicago. Zapłacę za prąd, za podatki, skoszę, coś poprawię. To chałupa z XIX w. Woda jest wyłączona, bo najważniejsze, żeby w takich góralskich domach się nie lało. Musi być dobry dach. Technika budowy tych chałup nie zmieniła się od setek lat. Dawniej ścinali świerki, jodły wiosną, na wietku, jak była malejąca faza Księżyca, bo wtedy drzewo miało mniej soków. Koniem trzeba było z lasu ściągać. Jak ktoś chciał budować, to latami zbierał bale, suszył, przepoławiał, robił płazy. Dawniej i dziś najważniejsza jest dokładność: wiązanie na węgieł, szczelne zaciosy, komora jedna w drugą wchodzi. Dawniej mszorz uszczelniał pomiędzy płazami mchem. Teraz jest specjalna maszyna, która robi wełnionkę, takie wióry cieniutkie, zaplecione. Podmurówkę robili z kamienia i gliny, to się rozchodzi z biegiem czasu i te domy się zapadają. Obok nas jest pusta chałupa sąsiada, miał 16 lat, jak za komuny uciekł do Austrii, potem do Stanów. Języka nie znał, kurczakami handlował, angielskiego się po nocach uczył. Teraz jest milionerem. Ma wytwórnię kiełbas, podpisane kontrakty z armią amerykańską, biznesmen pełną gębą. Albo Słodyczka, który z wielkim trudem dostał zezwolenia i wybudował pod Chicago dom zakopiański. Reszta to w tych amerykańskich mieszka, nie dziwię się, że jak przyjdzie huragan, to te domy się rozwalają. Wiem coś o tym, pół roku pracowałem tam w budowlance. W Chicago jest taka dzielnica Jackowo: napisy polskie, sklepy polskie, ludzie tam wszystko po polsku załatwiają, nie znają angielskiego. Jest też „plac niewolnika”, jak ktoś potrzebuje na dzień, dwa pracownika, to tam od rana Polacy czekają, z których można brać do auta na robotę. Już mój dziadek pracował w Pensylwanii w kopalni, przed I wojną, wrócił, potem znów pojechał. Nawet jakieś stare dokumenty mam, jakiś paszport wydany za cesarstwa.

Nie ma zwyczaju wpuszczać obcych

Namierzyłam w internecie masarnię góralskiego milionera, napisałam, że bardzo chciałabym porozmawiać, odpowiedział, że „jednak nie”. Szukałam i pytałam w Związkach Podhalan, na emigracyjnych social mediach. Cisza. Czy wstydzą się trudnych początków? Przestałam szukać, przecież po 23 latach sama wiem, jak wygląda emigracja. Przed wyjazdem mówi się, że to tylko na kilka lat, potem jest oswajanie nowego języka, przestrzeni, ludzi, prace gorsze, lepsze, samochód jeden, drugi, kredyt na dom gdzieś na dalekich przedmieściach, dzieci, a gdy te pójdą do szkoły, nie tak prosto zburzyć zbudowane fundamenty. Łatwiej wmówić sobie, że z Polską już nic nie łączy, że w Polsce było i jest źle. A może zbyt trudno mówić o opuszczonych domach? Przeczytałam w starym „Tygodniku Podhalańskim”, że w latach 90. dawny starosta powiatu tatrzańskiego Andrzej Gąsienica-Makowski chciał założyć firmę, która zajmowałaby się zagospodarowaniem, dzierżawieniem pustych budynków. Ale nie było zainteresowania.

Pani Grażyna Fudała, przydomek „Ignacka”, Nowe Bystre: – Z tym wynajmem to my się boimy. Nie zapłaci albo nie będzie chciał się wynieść i trzeba załatwiać zastępcze mieszkanie. A jak na krótko z miasta przyjeżdżają, to chcą wygody. W tych starych góralskich domach nawet łazienki nie ma, wodę trzeba było ze studni donieść. Jakby chcieli, toby porobili łazienkę, ale nie ma zwyczaju wpuszczać obcych, żeby tak mieszkali. Wolą trzymać puste. Znam osoby, które ze Stanów, Kanady przyjeżdżają, jak się z nimi rozmawia, to chwalą się, że tam żyją na dobrym poziomie, że łatwiej zarobić. Ale czuje się, widzi, że mają gorycz, że musieli pojechać, że nie są tu. W Ameryce oni tak bardzo tęsknią, że kult góralski jest bardziej podtrzymywany niż na Podhalu. Jest więcej zespołów, mnóstwo strojów szyją, prezentują się w tym, imprezują, robią pikniki. Nawet piosenki piszą o tęsknocie za górami. Jak byłam w Australii przez półtora miesiąca, to wstawałam, wyglądałam przez okno, a tam płasko, myślałam: „Jezus Maria, to jest taki kawał drogi, może się uda jeszcze dojechać do Polski, wyjść w swoim domu na balkon i na góry popatrzeć?”. Zrobiłam sobie zdjęcie telefonem; jak żeśmy wyjeżdżali, włączałam i patrzyłam na te góry. Poznałam tam kobiety, które zabierały mnie na babskie wypady, wypiło się drinka, to się otwierały. Mówiły, że w Polsce nie miały perspektyw. Wyszły za mąż, trzeba było z rodzicami, rodzeństwem mieszkać, tyle co spakowały do walizki, wyniesły z domu i wyjechały. Był taki czas na Podhalu, że pola nic nie wartały, nie było popytu na działki budowlane. Kto miał więcej krów – ten bogatszy, wyżywił rodzinę, w lecie dorobił po budowach. Była Cepelia, narciarnia w Szaflarach, w Nowym Targu buty robili, i tyle gdzie była praca.

Swoboda

Wróblówka, wieś przysiadła nad korytem Czarnego Dunajca, pusto, głucho, nikogo w obejściach, nikogo na drodze, od kilku dni wieje halniak. Śnieg stopniał i lasek przy rzece, rozległe pola wszystko rudo-brązowo-szare, jak na starych obrazach. Tylko podhalańskie kapliczki oblepione pstrokatym sztucznym kwiatem. Asfaltowa droga mija brzydkie murowane zabudowania, puste podhalańskie zagrody i niedokończone budowy i biegnie dalej, ku Gorcom, w las, w pola, jakby świat tam się kończył. Poboczem idzie babuleńka w czerwonej góralskiej chuście na głowie. Zawracam, zwalniam. Babuleńka nerwowo rozgląda się za siebie, jakby chciała wziąć nogi za pas. Wysiadam, krzyczę: „Niech się pani nie obawia, chcę tylko porozmawiać”. Podchodzę, utrzymuję dystans, babcia łypie jednym podejrzliwym okiem, drugie ma zaklejone jakąś mazią. Pytam o te puste domy, słyszałam, że na niektórych budynkach Wróblówki są stare ślady inwentaryzacji amerykańskich gospodarstw. Ktoś białą farbą nadawał numery z dopiskiem USA. „E, pani, całe Podhale siedzi w Stanach. A z tym pisaniem na domach to propaganda”.

Witów, robię zdjęcie drewnianej dzwonnicy loretańskiej. Ostało się ich kilka w okolicy, dawniej dzwoniły na Anioł Pański, ostrzegały przed powodziami, pożarami, burzami i odstraszały płanetników. Dziś wiszą na nich święte obrazy. „Najsłynniejszym dzwonnikiem był Krupa Jan przydomek Sulcorz, który dzwonił do roku 1965, kiedy to zmarł. Później nie było chętnych do dzwonienia, jedynie dzieci od czasu do czasu szarpały za sznur, jak dzwonnica była otwarta” – czytam na pamiątkowej tablicy.

Idzie dziadek z taczkami, szara kufajka, kalosze, czapka uszatka, do ziemi go już ciągnie. Zatrzymuję go, pytam. Stawia taczki, uśmiecha się kilkoma ciemnymi pionkami, a oczy ma jasne, radosne. „Oj pani. – Macha ręką. – Ze 30 takich domów na wsi mamy. Tamten, za kapliczką, na końcu starej drogi, na orzechowo wymalowany. Sprzedać nie chcioł, bo to ojcowizno, no i może myśloł, że będzie do czego wracać na stare lata, bo tam leczenie za drogie? Nie sprzedom, nie sprzedom. Jak przyjechoł za komuny, to za jeden dolar mógł se podmurówkę całą zrobić. Potem dolar spadł, niewiele było warte. Zmarł w tej Ameryce, jak miał 98 lat. A jak tylko zmarł, to jego dzieci, już tam wychowane, od razu chałupę sprzedały. Teraz do Ameryki już nikogo nie ciągnie, do Austrii, Anglii, tak, tak. Jam nigdzie nie był, mnie tu dobrze, swoboda”.

Pojechałam zobaczyć ten orzechowy dom. Drewniane podbitki, rzeźbione koronkowe opaski wokół okien, rysie, słoneczka, ale jeszcze chwila i zapadnie się, załamie. Sąsiadka powiedziała, że kupił go jakiś lekarz i będzie remontować. Wystawiony za 800 tys. zł, targowali się, poszło taniej.

Myjocki i zła faza Księżyca

– Od północy wchodzi mech, drewno wilgotnieje, pojawiają się grzyby. Od południa atakuje słońce, kornik może wejść – opowiada pan Janusz Rajski z Nowego Targu, właściciel firmy czyszczącej drewniane domy. – Nikt nie wymyślił innej metody: szczotka, szare mydło, proszek do prania. Jak mówią starzy górale, jeszcze ich rodzice szarym mydłem szorowali. Dawniej myciem zajmowały się tylko kobiety, nazywali je myjocki. W Chochołowie do dziś robią to babki, szczególnie wiosną i na św. Jacka, są bardzo dobre. Te budynki od setek lat utrzymują jasną barwę drewna. Umycie takiego domu to dwa, trzy dni, szybka akcja. Kiedyś bardzo się zdziwiłem, to było w Zębie, marzec, początek sezonu, zabieram się do pracy, a stary góral mówi: „Nie będziemy teraz myć, bo jest zła faza Księżyca”. Myślę: „Gość ma nierówno pod sufitem?”

Ale okej, umyliśmy później. Potem znów kilka razy tak mi starzy ludzie radzili. „Powiedzcie, co jest z tymi fazami?”. I wytłumaczyli, że przybywający Księżyc zatrzyma wilgoć w drewnie, co może doprowadzić do zbutwienia. Ubywający zaś to jest dobra faza. Już któryś rok czyścimy puste domy ludzi, którzy siedzą w Stanach. Sąsiad czy ktoś z rodziny daje klucz, pojadę, umyję i wysyłam im zdjęcia. Albo jak przyjadą na wakacje, dzwonią i myjemy. Pytam ich z ciekawości, czemu nie sprzedają, mówią: „Kurde, pasowałoby to sprzedać, bo koszta generuje”. Ale liczą, że na starość będą tu mieszkać. Mówią: „Jak przepiszę, młodzi zaraz sprzedadzą”. Co ich skłania, żeby jednak dbać? To jest przywiązanie, te posiadłości były zarobione ciężką pracą ich dziadów, ojców. Ja też mam bliskich w Stanach, zostawili tu domek drewniany, ale dbają. Są po sześćdziesiątce, niedługo do emerytury, na starość chcą wrócić do Polski. Ich syn, mój kuzyn, pojechał tam w wieku ośmiu lat, sentyment mu pozostał. Co rok był tu na wakacjach, potem co dwa, trzy lata. Ale woli żyć w Stanach, tam dzieci ma, jest ustawiony, ma wszystkie wygody. Chicago a Nowy Targ to jest różnica. Ma na Podhale wrócić do takiego Nowego Targu?

Pani Małgorzata Staszel, inspektorka w Biurze Miejskiego Konserwatora Zabytków, w Zakopanem: – Co z tymi opuszczonymi, starymi domami? Dbanie o zabytek leży po stronie właściciela. Jeżeli dom jest wpisany do rejestru zabytków, to właściciel może złożyć wniosek o dotację do urzędu gminy, wojewódzkiego urzędu ochrony zabytków lub Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Wnioski należy składać wraz z kompletem załączników w formie papierowej, wszystkie informacje są na stronach organów. A jeśli właściciel nie dba o zabytek? Możemy mu wysłać zawiadomienie z art. 5. Ustawy o ochronie zabytków zobowiązujące go do dbania o zabytkowe mienie. Gdy dochodzi do celowego niszczenia: rozbierania, przerabiania po swojemu, zalewania, podpalania, wtedy wysyłamy zawiadomienie do prokuratury z art. 108. Mamy też domy na liście ewidencyjnej, objęte formą ochrony zabytków o mniejszym reżimie, jednak też należy o nie dbać. Ale jak przymusić człowieka, który nie ma na to środków? Ludzie przychodzą, pytają, czy mogą coś dostać na ewidencyjne, ale ze względu na wysokość budżetu obecnie dotacje udzielane są wyłącznie na obiekty wpisane do rejestru zabytków.

Agata Nowakowska-Wolak, prezeska Towarzystwa Opieki nad Zabytkami w Zakopanem: – W 2003 r. zmieniła się ustawa o ochronie zabytków i dóbr kultury, wszedł obowiązek sporządzania gminnej ewidencji zabytków. Na Podhalu zaczęto to realizować z dużym opóźnieniem. Tymczasem na wsiach wiele domów niszczeje ze względu na brak opieki i nieuregulowaną własność. Jedna chałupa w Chochołowie, z piękną studzienką, zbudowana ze skręconych przez wiatr bali, ginęła na moich oczach. Spadkobiercy byli w Stanach, nie mogli się porozumieć, a dach się zawalał. Urzędy ochrony zabytków borykają się z brakiem etatów. Tak samo procedury są problematyczne. Aby wpisać zagrożony budynek do rejestru zabytków muszą być zrobione oględziny w obecności właściciela lub jego pełnomocnika. Jednak gdy on tym nie jest zainteresowany – nie stawia się na komisję. Trzeba całą procedurę powtarzać, często bezskutecznie. Dlatego te budynki stoją opuszczone, bez opieki i niszczeją na naszych oczach.

Kierownik Wojewódzkiego Urzędu Ochrony Zabytków, delegatura w Nowym Targu, Paweł Dziuban: – Nasz urząd nadzoruje powiat tatrzański i nowotarski w zakresie ochrony zabytków. Na listach ewidencyjnych znajduje się obecnie ponad 7 tys. obiektów (sakralnych i cywilnych). Cały czas wpisujemy nowe zabytki. Mam pod sobą pięciu pracowników merytorycznych. Jakie mamy problemy? Po pierwsze: niestety, jest jeszcze kilka gmin na Podhalu, które mimo iż w ciągu dwóch lat od wejścia w życie ustawy z 2003 r. miały wykonać wykaz ewidencji zabytków, to do dziś tego nie zrobiły. Ustawodawca nie przewidział dla takich gmin żadnych restrykcji. Po drugie: nieunormowany stan prawny obiektów. Spadkobiercy nie mogą się porozumieć, co wiąże nam ręce, nie możemy wszcząć postępowań nakazowych. Po trzecie: nie mamy podstaw prawnych, aby zmuszać właścicieli obiektów ewidencyjnych do remontów. Bardzo często jest tak, że właściciel wręcz czeka, żeby budynek sam się zdegradował, bo nie dostaje zgody od konserwatora na rozbiórkę. Brak jest świadomości społecznej, że stare domy są wartościowe. Co można zrobić gdy ktoś widzi, że obiekt niszczeje? Może do nas zadzwonić i wskazać, że jest taki obiekt, albo sprawdzić, czy został już wpisany na listę ochrony.

Porzucone i nawiedzone

To najczęściej duże murowane domiszcza. Z kamiennym fundamentem, spadzistym dachem, sutereną, dwoma piętrami, poddaszem. Nijakie, bez klimatu. Miały służyć kilku pokoleniom, a poddasze letnikom. Teraz stoją i krzyczą z czarnych dziur okiennych albo są nieme, pozabijane dyktami. Czasem zdarzy się półżywy potworek – w suterenie ktoś mieszka: są firanki, rozwieszone pranie, ale piętra pozostają szare, nieotynkowane, bez okien, z balkonami bez balustrad. Ktoś zaczął budowę, która go przerosła? Zabrakło cierpliwości na dłuższe siedzenie w Polsce? A może te nieukończone domy to ludzkie nieszczęścia? Tam ktoś się rozpił, tam ktoś zachorował, tam się prawocą po sądach.

Pan Kazimierz, przydomek „Dorzocek”, Nowe Bystre: – Mój kuzyn 25 lat mieszka w Stanach, zarobił pierwsze pieniądze, no to trzeba budować, teście mu dali działkę pod Szaflarami. No i w stanie surowym dom jak stał, tak stoi. Dach ma zrobiony, ale niszczeje, nawet okien nie zabił, śnieg, deszcz leci. Jak byłem u niego w Stanach, mówił, że może wykończyć dom w miesiąc, dwa, ma przecież pieniądze. No ale, mówi, po co?

Jerzy Chlebiński, naczelnik Wydziału Architektury i Budownictwa w Starostwie Tatrzańskim: – W Polsce inwestor może prowadzić budowę w takim czasie, jaki jest mu potrzebny na realizację inwestycji. Inwestor ma obowiązek nie przerywać budowy na dłużej niż trzy lata, żeby pozwolenie na budowę było ważne. Przez te trzy lata mogą być wykonywane różne roboty budowlane, także drobne, instalacyjne. W wielu państwach obowiązują odpowiednie podatki regulujące czas budowy, u nas nie jest to ograniczone. Czy ktoś je sprawdza te budowy? Sposób prowadzenia budowy może regulować nadzór budowlany.

Pani Grażyna, przydomek „Ignacka”, Nowe Bystre: – W Zębie, jak się z górki zjeżdża od Nowego Bystrego jest dom z czerwonej cegły z lat 60. Dom legenda. Tam się ktoś powiesił na klamce, rodzina się rozleciała, jak tylko kupili to miejsce. Jak już nawet ksiądz zachodził i odczyniał, to musi być nawiedzony. I dom stoi pusty, i niszczeje.

Dawno temu we wsi, w której postawiliśmy naszą chatkę, rządził okrutny baron. Tak pisał w 1864 r. miejscowy proboszcz w Historia Ecclesiae Chocholoviensis: „(…) atoli ów góralski samowładca poddanych swoich uciemiężał i tyranizował, według swego widzimisię i na licach żelaznych wodził i ujeżdżał”.

Z północnych okien chatki patrzę het, na dziwną drewnianą bramę. Poszliśmy tam któregoś dnia, szukając miejsca, gdzie Czarny Dunajec spotyka się z potokiem. Dawniej górale sadzili jesiony, jawory, lipy, brzozy, by chronić zagrody przed silnym wiatrem i piorunami. Wokół domu rosną stare drzewa. Drewniana brama z gontowym dachem i rysiami, z zawieszoną u pułapu latarnią. Studnia zdobiona w słoneczka. A przed podhalańskim domem porośnięty chwastami samochód. Jakby zielsko chciało pożreć i wchłonąć ludzką obecność.

Któregoś dnia spotkałam na polu sąsiada, gazdę o czarnych oczach, spędzał krowy z pola, pomagał mu wnuczek. Zapytałam o tę opuszczoną zagrodę z piękną bramą. Gazda powiedział, że właściciele siedzą za wodą, wnuczek wykrzyknął: „Tam straszy!”. Co wieczór patrzyłam z okna sypialni na nawiedzony dom. Ginął w mrokach lub mgle. Aż dowiedziałam się od znajomego agenta nieruchomości, że mieszkała tam pisarka kobiecych powieści Maria Nurowska. Znalazłam jej książkę, w której opisuje to miejsce: „Dom stał tu sobie przycupnięty w dolince całe sto lat i czekał na mnie. (…) Wnętrza pachną kurzem i drewnem, drewniane bale w środkowej części domu są lekko spękane i pożółkłe ze starości, budzą respekt na samą myśl, jak potężnymi musiały być kiedyś drzewami, zanim je ścięto. (…) Korciło mnie, żeby dowiedzieć się czegoś o szalonym Baronie, na którego dawnych włościach stoi moja zagroda. Nocami coś tu skrzypi i trzaska, jakby ktoś się przechadzał po pokojach, może to duch tego straśnie okrutnego pana”.

Pisarka miała dość wiecznych remontów starej zagrody i przeniosła się w inne miejsce. Dom znów opustoszał. Poszliśmy tam znowu, gdy mgła powoli opadała na wieś. Zeszliśmy z górki, skręciliśmy w szutrową drogę, minęliśmy cuchnące łajnem obory i wielką lipę. Wściekle zaszczekał czarny pies za siatką. Minęliśmy niedokończony dom tego, który się rozpił. Nawiedzona chałupa wyłaniała się zza mgły. W oknie na dole świeciło się czerwone światło. Przeszłam przez zarośnięte podwórze. Drzwi zaokrąglone u góry, deszczułki ułożone w motyw wschodzącego słońca. Zapukałam metalową kołatką. Zapukałam w okno. Zobaczyłam kuchnię i okrągły stół, na nim rozłożone czasopisma, ktoś je przeglądał, porzucił, wyjechał. Pewnie za chwilę wróci.

Dajemy wam pół roku

Czytaj także

Wojna o dom

– Miałam siedem lat, gdy wyjechałam z rodzicami do Nowego Jorku – opowiada Katarzyna. – Wróciłam na Podhale w wieku 32 lat. Co rok przyjeżdżałam na wakacje do babci. W Stanach w zespole góralskim poznałam męża. Najpierw do Polski wrócili moi rodzice, teściowie, potem brat z żoną i dziećmi. W Stanach został mój drugi brat, a także ciotki, wujkowie, ale z dalszą rodziną kontakt był od święta. Polonia straszyła: „Dajemy wam pół roku, za pół roku wrócicie do USA”. Ale zapakowałam męża, dzieci i polecieliśmy rozpocząć nowe życie w Polsce. Najpierw wszystko było pięknie, wszystkich się odwiedzało, wszystko było nowe. Potem zaczęły się realia: budowa domu, dzieci do szkoły, stres. Po pół roku miałam lekkie załamanie, byłam gotowa spakować się i znów lecieć za wodę. Ale przeszło. Dzieci miały dwanaście, dziewięć oraz dwa i pół roku. W Stanach mówiliśmy do nich po polsku, posyłaliśmy do sobotniej szkoły polonijnej. Jednak najstarszemu synowi było w Polsce ciężko, w szkole się z niego wyśmiewali, bo miał akcent, nie znał wszystkich słów, przekręcał końcówki. Ci, którzy najbardziej dawali mu popalić, teraz są jego najlepszymi kumplami. Czy tęsknię za życiem tam, w wielkim, barwnym mieście? Nie. Czego mi tu brakuje? Mam rodzinę, przyjaciół, jest praca, jesteśmy zdrowi, budujemy nowy dom w Kościelisku. Teraz mieszkamy z rodzicami w domu, który pobudowali w latach 70. Nie sprzedali go przed emigracją, zostawili pod opieką ciotki. Mieliśmy tu lokatorów, spisali umowę, ktoś cały czas dbał. Moi rodzice czuli, wiedzieli, że wcześniej czy później wrócą na emeryturę, i woleli zatrzymać dom. No i wrócili. Odremontowali, odświeżyli i mieszkamy wszyscy razem.

Jak jedzie się przez wsie, to widać opuszczone, zabite deskami, niedokończone. Pojechali, jak tu była bieda, zanim turystyka ruszyła, myśleli, że w Polsce nie będzie lepiej, że nie wrócą, dlatego tam się mocno zakorzeniali. Tam ich dzieci, wnuki, a starsi chcą patrzeć, jak wnuki dorastają, a potem jest już za późno na wielkie powroty.

 

Zdjęcia do tekstu wykonała Agnieszka Rodowicz

Kup numer