Stara szkoła inwigilacji. Kadr z filmu Życie na podsłuchu, na zdjęciu Ulrich Mühe wcielający się w rolę kapitana Wieslera fot. Archives du 7e Art/BE&W
Stara szkoła inwigilacji. Kadr z filmu Życie na podsłuchu, na zdjęciu Ulrich Mühe wcielający się w rolę kapitana Wieslera fot. Archives du 7e Art/BE&W
Krzysztof Kornas styczeń 2025

Nic do ukrycia

Prywatność jest przestrzenią laboratoryjną dla wszelkiego rodzaju dysydentów i uciekinierów spod algorytmicznej sztancy. To właśnie w prywatnej sferze uczymy się dystansu, ironii i zwykłej niezgody. Tam najłatwiej ćwiczyć krytyczne myślenie.

Artykuł z numeru

Granice naszej prywatności

Granice naszej prywatności

Czytaj także

Paulina Wilk

Kiedy byliśmy prawdziwi

Na pytanie: „Co robisz?”, chyba każdy odpowiedział nieraz: „Nic”, kiedy zdecydowanie chodziło o dokuczliwie realne coś, co – z jakichkolwiek powodów – lepiej było przemilczeć. To właśnie w tym przemilczanym „nic” kryje się nasza prywatność – bastion, który dziś, powtarzając, że „nie mamy nic do ukrycia”, często oddajemy walkowerem. Pozwalamy tym samym na bezwzględne „nicowanie” naszego życia, w którym korporacyjne algorytmy wywracają codzienność na cyfrową podszewkę i kolonizatorsko szukają zysku tam, gdzie jeszcze do niedawna mogliśmy liczyć na intymność.

Nicowanie świata

Rozmowę Francisa Forda Coppoli otwiera scena, w której mim śledzi nieświadomych przechodniów i imituje ich gesty. Osią fabuły są technologie i obsesja nadzoru, a film miał premierę u szczytu afery podsłuchowej Watergate w 1974 r. i doskonale uchwycił ówczesną atmosferę społecznej paranoi. Pół wieku później mim z Rozmowy wydaje się proroczą metaforą działania big techu – wielkich korporacji, które obserwują nas z dystansu, uczą się naszych ruchów i naśladują nas tak perfekcyjnie, że z czasem zaciera się granica między oryginałem a cyfrową kopią.

Dawny aparat inwigilacji, choć jego pole manipulacji było szerokie, skupiał się na utrzymaniu władzy i na kontroli obywatela w relacji z państwem. Dzisiejszy nadzór ingeruje w to, co najbardziej osobiste. „Nic” do ukrycia nie jest pustką – to rezerwuar niepewności, ryzyka, kontrowersji czy kreatywności. To przestrzeń ex nihilo, w której możemy popełniać błędy bez świadków.

Tym bardziej szkoda, że to nasze „nic” jest dziś hurtowo wydobywane na powierzchnię, porządkowane w tabelach, wyceniane i odsprzedawane dalej. Obecnie cyfrowy nadzór utrwalił już w zbiorowej wyobraźni metaforę panoptykonu, która ułatwia zrozumienie skali algorytmicznego nicowania rzeczywistości. Panoptykon to XVIII-wieczna wizja Jeremy’ego Benthama – projekt więzienia idealnego, w którym centralna wieża strażnicza góruje nad oświetlonymi celami. Więzień nigdy nie wie, czy w danej chwili ktoś na niego patrzy, więc musi zakładać, że jest obserwowany nieustannie. W Nadzorować i karać Michel Foucault dostrzegł w panoptykonie charakterystykę nowoczesnego społeczeństwa. Dzięki technologiom XXI w. dzisiaj „wieża” nigdy nie jest pusta.

Od lat krąży cyniczne porzekadło: „Jeśli nie płacisz za produkt, sam jesteś produktem”. Shoshana Zuboff w głośnej pracy Wiek kapitalizmu inwigilacji rewiduje to myślenie. Bycie produktem sugerowałoby, że zachowujemy resztki podmiotowości. W nowym porządku ekonomicznym spadliśmy jednak niżej, bo do rangi „złóż surowca”.

Kapitalizm nadzoru jednostronnie rości sobie prawo do ludzkiego doświadczenia jako darmowego materiału do przekształcenia w dane. Jesteśmy jak słoń, z którego kłusownicy wycinają ciosy. Ciosy – czyli nasze dane behawioralne, emocje, a nawet sposób poruszania myszką – są cenne, a samo zwierzę jest zbędne.

Chcesz przeczytać artykuł do końca?

Zaloguj się, jeden tekst w miesiącu dostępny bezpłatnie.

Zaloguj się