W życiu można się wzruszyć z wielu absurdalnych i wstydliwych powodów, dlatego z pewną nieśmiałością chciałabym Wam wyznać, że raduje się dusza ma, gdy w teledysku do piosenki Berghain Rosalíi widzę znajome warszawskie powidoki, wnętrza autobusu ZTM i tablicę retro z napisem „Układ przewodzący serca”. Rosalía, młoda gwiazda hiszpańskiej sceny muzycznej, na zdjęciach promocyjnych kontempluje kotlet schabowy w barze mlecznym Rusałka na Pradze Północ, gdzie jako dziecko stołowałam się okazjonalnie wraz z moim ojcem. Podczas ostatniego robotniczego pobytu w Hiszpanii, kiedy promowałam przekład Ciężaru skóry, znajomi pisarze i tłumacze opowiadali mi, cóż takiego ciekawego dzieje się tutaj w kulturze. I wszyscy wzdychali, jak im się pięknie rozwija Rosalía, jak wizjonersko eksploruje nowe tematy w popkulturze i jak pierwsza potrafi opowiedzieć o tym, co podskórnie czują wszyscy, ale jeszcze nie umieją tego nazwać.
W tym sezonie Rosalía stawia na mistycyzm: jej album Lux to 18 opowieści o świętych, filozofkach i poetkach, które od średniowiecza po współczesność zadawały sobie pytania o to, co ziemskie, i o to, co duchowe. Hildegarda z Bingen, św. Rozalia z Palermo, Olga Kijowska, Joanna d’Arc i Simone Weil – niezwykłe osobowości, symbole feministycznej siły i potrzeby rozwoju.
Czy kobiety potrzebują dzisiaj opowieści o mistyczkach? Mój hiszpański wydawca Raul nie miał wątpliwości, że tak, i dlatego zaprowadził mnie do wielkiego działu „mistycyzm” w barcelońskiej księgarni La Central. Zaraz rzuciła mi się w oczy obwoluta ostatniej powieści Irene Soli Dałem ci oczy, a ty spojrzałaś w ciemność o kilku pokoleniach wiedźm i wieszczek, spółkujących z demonami, która głosiła, że książka młodej katalońskiej pisarki miała już w Hiszpanii osiem wydań.
Tamtejsze kobiety zagłębiają się w mistycyzm, a tymczasem mężczyźni odkrywają własne narracje: jak na całym świecie, tak i w Hiszpanii dobrze mają się influencerzy spod znaku crypto bros czy tech bros, którzy opowiadają, że nic w życiu nie jest tak ważne jak stoicyzm. Niby pod patronatem Marka Aureliusza, ale zmodyfikowany przez narcyzm i egotyzm współczesnego świata: dzisiejszy stoik ma przede wszystkim trzymać nerwy na wodzy, gdy bitcoiny lecą na łeb na szyję, i nie ulegać porywom serca.
No właśnie, współczesny stoik nie potrzebuje już kobiet do szczęścia, kobiety to przedsięwzięcie daremne, odwracające uwagę od samorozwoju i domagające się inwestycji, emocjonalnych i finansowych. W dzisiejszym patostoicyzmie liczą się sukces i twoja wewnętrzna siła, nie zaś relacje, które z założenia trudno kontrolować. W tej narracji Marek Aureliusz ma bicepsy jak trener z siłowni i patrzy obojętnie ponad tłumem, nie tracąc zbędnej energii na rozważania o mądrości, empatii czy odpowiedzialności za innych. To, co najważniejsze, to żebyś skupił się na sobie. I wytrzymał stres, gdy twoje oszczędności wyparowują na giełdach kryptowalut. Wszystko jest po coś. To znaczy po to, żebyś dobrze się czuł, nie czując nic. Toksyczna męskość zyskuje pozór głębi.

