Subskrybuj
fot. Carlos Duarte_iStock_Getty
Dziennikarka i aktywistka w organizacjach zajmujących się pracą z mniejszościami i uchodźcami. Zainicjowała Marsz dla Aleppo nominowany do Pokojowej Nagrody Nobla w 2018 r. Uczestniczka warsztatów i współpracowniczka Haliny Bortnowskiej
Pochodząca z Peru specjalistka w dziedzinie praw człowieka i praw osób z niepełnosprawnościami. Od 10 lat działa na rzecz upowszechniania podejścia intersekcjonalnego ze szczególnym uwzględnieniem praw i udziału osób z niepełnosprawnościami należących do społeczności rdzennych

„Myślałam, że jestem jedyną niewidomą na świecie”

W Andach ścieżki nieustannie się krzyżują: między wioskami a miastami, między językami keczua, ajmara i hiszpańskim, między tradycją a nowoczesnością. Niektórzy ludzie spędzili swoje życie właśnie na takim skrzyżowaniu, gdzie naznaczyło ich podwójne wykluczenie

Andy potrafią oszukać wzrok. Z daleka wszystko wygląda niemal nierealnie: zielone i ochrowe zbocza ułożone jedno za drugim, maleńkie domki przylegające do stoków, pola powycinane w górach niczym patchwork, chmury przemieszczające się tak nisko, że wydają się muskać dachy. Drogi wiją się kolejnymi zakrętami. Potem kończy się asfalt i zaczyna się polna droga. A czasem nawet ona znika. Jeśli jesteś podróżnikiem – ten krajobraz zapiera dech w piersiach. Jeśli jesteś osobą z niepełnosprawnością –  staje się dla ciebie barierą.

Nie przyjechałyśmy tu jednak szukać kolejnej historii o niedostępności. Chciałyśmy zobaczyć, co dzieje się wtedy, gdy niepełnosprawność spotyka się z inną linią wykluczenia: rdzenną tożsamością, językiem i życiem na terytorium, do którego państwo nie zawsze dociera.

Litsy Atauchi dobrze o tym wie. Pochodzi z odległej wiejskiej społeczności położonej na skraju stanu, poruszanie się po otaczającym ją świecie stawało się coraz bardziej niebezpieczne. „Chacra” nie była już tylko polem: okazywała się nierówną ziemią, ukrytymi dziurami, gałęziami, zwierzętami.

– Kiedy jeszcze trochę widziałam, odważałam się chodzić sama – wspomina. – Ale później bałam się, że nadepnę na węża.

W którymś momencie nawet w domu wolała, żeby ktoś inny chodził zawsze pierwszy. Litsy pamięta inną osobę z niepełnosprawnością, mieszkającą tak daleko od drogi, że tylko część trasy można było przejechać pick-upem. Kolejny odcinek pokonywało się na taczce, a ostatni wymagał przeniesienia na rękach.

W takich miejscach słowo „dostępność” to więcej niż rampa przy wejściu do nowoczesnego biura.

Fredy Since zna tę rzeczywistość zarówno jako działacz na rzecz praw osób niepełnosprawnych, jak i osoba z niedowidzeniem. Opisuje nam jeszcze dłuższe trasy: podczas kampanii certyfikacji niepełnosprawności w rejonie Echarate dotarcie do niektórych osób wiązało się z ok. sześciogodzinną podróżą z Quillabamba do Ivochote, a następnie kolejnymi czterema, pięcioma lub sześcioma godzinami łodzią, po czym trzeba było iść pieszo jeszcze nawet dwie godziny. – Prawo może istnieć w przepisach, na papierze – mówi. – Ale jeśli usługa jest tak daleko, czasem nie da się z niej w ogóle skorzystać.

Te zdania mogłyby opisywać znacznie więcej niż tylko sytuację osób niepełnosprawnych w Peru. Czasami trudną do pokonania barierą jest nie tylko ciało: stanowią ją góra, rzeka, brak drogi. Zdarza się, że prawo kompletnie znika gdzieś pomiędzy domem na zboczu wzgórza i miejscem, gdzie zaczyna się państwo.

Za drzwiami

Co dzieje się na końcu takich dróg? Czasami…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką
Artykuł pojawił się w numerze: Sztuka leczy naszą codzienność