Wychowałam się wśród starych kobiet. Na werandzie naszego wiślańskiego domu rządziła moja prababka Stefa i jej dwie siostry, Aniela i Walerka. U schyłku PRL-u wszystkie były już pod osiemdziesiątkę, a ja, wówczas kilkuletnia, siadywałam na ryczce, niebieskim drewnianym zydelku, i drylowałam śliwki albo obierałam groszek w cieniu ich wszechmocnej obecności. Tak spędzałyśmy każde lato. A że lipce były wtedy deszczowe, a pogoda iście luterska, jak mawiał Jerzy Pilch, i jak zaczynało padać na początku wakacji, to potem padało przez dekadę. Było więc dużo czasu na siedzenie na werandzie. I tak poranki przechodziły płynnie w popołudnia, a następnie w wieczory, wjeżdżała herbata z prądem, szydełka szły w ruch, plątały się nitki i rodzinne opowieści. Byłam wtedy przekonana, że starość nieodłącznie wiąże się z mocą, a siwe pierścionki kręconych na wałki loków na skroniach mojej prababki są koroną i symbolem władzy. Mężczyźni w naszej rodzinie, cisi, bladzi sercowcy, odchodzili przedwcześnie albo nawet jeśli żyli, to skuleni w cieniu tej starki nad starkami, pięknej urodą cokolwiek nienachalną, z dużym nosem i brwiami, które wyglądały, jakby ktoś je zamaszyście pociągnął węglem, a które mam po niej, co upodabnia mnie do młodego Breżniewa.
Prababka Stefa – ona objaśniała nam, jak żyć. Zasady były jasne i nie podlegały dyskusji. Żyć należało uczciwie, jeść tłusto, nie marnować dobrego koniaku i papierówek, które spadły od sąsiada, trzymać się prosto, bronić swojego zdania.
Ale też jak kruszonka na kołaczu: dużo się śmiać, pozwolić sobie na coś ładnego, kręcić włosy na wałki, grać w karty, spacerować nad rzeką. Nie było pytań, na które moja prababka nie znała odpowiedzi, a jeśli nawet, to tym gorzej dla pytań. W wieku siedmiu lat nie marzyłam, jak moje koleżanki, żeby być księżniczką. Ja chciałam się zestarzeć. Chciałam w przyszłości zostać moją prababką, nosić czarną sukienkę w różyczki z czeskiej wiskozy, opiętą na obfitym biuście, niczego i nikogo się nie bać. Nie bardzo się to udało. Biust mam lichy, lęki rozliczne. A dodatkowo przez te 40 lat, które minęły od wiślańskich czasów, coś się porobiło się starością. Straciła swoją moc.
Pierwszy raz zajęłam się badawczo starością, kiedy 20 lat temu, zaraz po obronie doktoratu z socjologii, trafiłam pod skrzydła Barbary Frątczak-Rudnickiej, która już od pięciu…