Ojciec umierał.
Wybór między reportażem a fikcją literacką jest aż nazbyt prosty. Reportaże czytają ci, którzy powiedzieliby: mój ojciec też umierał, ja również mam ojca, ludzie umierają. Tych, którzy wybierają literaturę, boli każdy mięsień, chociaż wiedzą, że to nieprawda. Wszystko nieprawda, co do słowa.
Ojciec umierał.
To trwało. Nie umarł jeszcze, nie w tej opowieści, nie w tych słowach, na tych stronach, umarł dopiero później, ale zanim umarł, umierał długo i powoli, całe dnie i tygodnie pozszywał swoim umieraniem i nic nie dało się zrobić, nic innego, jak z tym umieraniem żyć, bo mieszkanie było za ciasne, mieściłyśmy się tylko my, odrabiające lekcje przy stole kuchennym, żeby nie przeszkadzać ojcu umierać, i jego śmierć, zajmująca z ojcem i łóżkiem cały pokój, wijąca się wokół naszych nóg jak dym z paleniska. I jeszcze mama. Mama pochylona nad piecem, przekładająca fajerki, mieszająca w garnkach pokarm dla żywych, jakby chciała ocalić ich przed tym, co człowiek wywalczył sobie na pierwszej stronie Księgi Rodzaju. Mama szukająca czegoś w kredensie. Mama marchewka z groszkiem, mama pranie prasowanie, mama ja nie umiem odrobić tego zadania z matematyki, mama urwał mi…