Dla Wacławy i Wiesława
Myśliwskich
Najlepiej zapamiętałam pudełko na lunch. Nie było pierwszym eksponatem, który zobaczyłam w Muzeum Pokoju w Hiroszimie. To ono jednak zostało mi w pamięci. Zwęglone metalowe pudełko należało do 13-letniego Shigeru Orimena, ucznia Drugiej Prefekturalnej Szkoły Średniej w Hiroszimie. Rankiem 6 sierpnia pracował z innymi uczniami przy wyburzaniu zabudowy pod pas przeciwpożarowy, ok. 600 m od miejsca, nad którym kilka minut później wybuchła bomba. Trzy dni później matka odnalazła jego ciało. Przy nim leżało pudełko. Posiłek, którego Shigeru nie zdążył zjeść, był zwęglony.
W tej samej głównej części ekspozycji znajduje się trójkołowy rowerek Shinichiego Tetsutaniego. Shinichi miał 3 lata i 11 miesięcy. Jeździł nim przed domem, kiedy nastąpił wybuch. Zmarł tej samej nocy. Ojciec nie chciał zostawić tak małego dziecka samego na cmentarzu, więc pochował go w ogrodzie razem z rowerkiem. Czterdzieści lat później przeniósł szczątki syna do rodzinnego grobu, a rowerek oddał muzeum.
Znam ten sposób opowiadania o masowej śmierci. Nie poprzez samą liczbę, lecz poprzez los człowieka. Shigeru, 13 lat; Shinichi, 3 lata i 11 miesięcy; matka, która szuka syna; ojciec, który po 40 latach wydobywa z ziemi mały rowerek.
Pomyślałam o Jad Waszem, które odwiedziłam kilka lat wcześniej podczas pobytu w Jerozolimie. Nie dlatego, że Zagłada i Hiroszima są wydarzeniami tego samego rodzaju. Rozpoznałam raczej metodę pamięci. Wobec masowej śmierci liczba jest konieczna, ale nie wystarcza. Trzeba policzyć zabitych, a potem spróbować wydobyć z liczb pojedynczego człowieka: nazwisko, wiek, fotografię, zawód, rodzinę, przedmiot będący materialnym śladem życia.
Jad Waszem robi to m.in. poprzez swoją Salę Imion, fotografie rodzinne, świadectwa i rzeczy należące do zamordowanych. Muzeum Pokoju w Hiroszimie używa innych środków, ale wykonuje podobny ruch przeciw anonimowości. Historyk Timothy Snyder proponuje myśleć o wielkich liczbach zabitych jako o wielokrotności pojedynczego życia: nie o jednym anonimowym milionie, lecz o milionach pojedynczych ludzi. Muzeum nadaje tej intuicji materialną formę: człowiek staje przed rzeczą, którą można przypisać do konkretnego życia.
Dopiero po wyjściu zaczęło mnie nurtować nie tylko to, dlaczego historie Shigeru i Shinichiego poruszyły mnie tak mocno, lecz także dlaczego tak łatwo umiałam rozpoznać w nich historie pojedynczych ofiar. O masakrze w Nankinie, japońskich zbrodniach w Korei czy stworzonym w czasie wojny systemie pracy przymusowej wiedziałam również sporo. Przez długi czas moja wiedza miała jednak inną formę: znałam nazwy zbrodni, miejsca i liczby, znacznie rzadziej konkretne imiona i biografie. Pytanie brzmiało więc nie tylko: kogo pamiętam? Lecz także: w jakiej formie dana historia do mnie dotarła?
Przyjechałam przecież do kraju, którego instytucje polityczne i wojskowe przez lata prowadziły imperialną ekspansję w Azji. Mandżuria, Nankin, Korea, wojskowy system niewolnictwa seksualnego, Jednostka 731. Wiedza o nich nie znikała, kiedy patrzyłam na pudełko Shigeru. Zmieniał się jednak punkt ostrości mojej uwagi. Przedmiot należący do 13-letniego chłopca nie mówił niczego o tym, jak jego państwo prowadziło wojnę w Chinach. Nie był też argumentem na rzecz niewinności Japonii. Kierował uwagę ku innemu pytaniu: co przydarzyło się temu konkretnemu dziecku?
I właśnie to okazało się…