Przydrożni sprzedawcy rozkładają swoje stragany. Smażone banany skwierczą w gorącym oleju, a dym z węglowych ognisk unosi się nisko nad ulicą. Motocykle lawirują między kobietami z targu, między balansującymi wiadrami i koszami na ich głowach. Z czyjegoś radia dudni trzeszcząca muzyka. Z innego zakątka ulicy jakiś kaznodzieja krzyczy do megafonu. Na pierwszy rzut oka Sierra Leone wydaje się niezwykle tętnić życiem.
Minęło ponad 20 lat od oficjalnego zakończenia wojny domowej. Od tamtej pory dorosło w tym kraju nowe pokolenie. Odbudowano drogi, pojawiły się nowe domy, odbywały się wybory. Życie toczy się dalej, tak jak zawsze. A jednak wojna pozostaje w dziwny, podskórny sposób wciąż obecna. I wcale nie mam tu na myśli pomników, muzeów czy podręczników historii.
Pojawia się nieoczekiwanie: w brakującej dłoni sprzedawcy, sięgającego po resztę na straganie. W rozmowie, która nagle milknie, kiedy pada konkretne pytanie.
W znajomym, który nigdy nie mówi o pewnych latach swojego życia. W odwiedzanych osadach, które zostały zbudowane dla ocalałych i miały być tymczasowe, a okazały się… stałe.
Wojna w Sierra Leone skończyła się w 2002 r. Ale czasami wydaje się, że tak mocno osadziła się w ciałach ludzi, iż wciąż tam tkwi.
Ludzie i psy
Jerry miał 14 lat, gdy w jego wsi pojawili się rebelianci. Kiedy dziś opowiada tę historię, siedząc wśród innych ocalałych, w jego głosie nie ma zbyt wiele dramatyzmu. Same wydarzenia niosą ze sobą wystarczająco dużo emocji. Pamięta, jak leżał wśród ciał. Niektórzy ludzie już nie żyli. Inni jeszcze tak, ciężko ranni, wołali o wodę lub pomoc. Nikt nie wiedział, kto przetrwa do następnego dnia. Wtedy pojawiły się psy. Wędrowały po wioskach opustoszałych przez wojnę, wygłodniałe, szukając pożywienia.
Jerry był ciężko ranny i prawie nie mógł się ruszyć. Przez siedem dni odpędzał psy, rzucając w nie kamieniami. Za każdym razem gdy się zbliżały, podnosił kolejny kamień i rzucał nim. Potem kolejny. I jeszcze jeden. Mówi, że prawie nie spał. Nie bał się tego, że umrze. Bał się,…