Za pierwsze pieniądze, jakie zarobiłam, pracując jako studentka w telewizji głupszej niż inne, poleciałam na miesiąc do Stanów Zjednoczonych. Tak, drogie dziatki, takie to były czasy. Młody człowiek myślał, że prawdziwego życia można zasmakować tylko w Ameryce, najlepszym ze światów. Wszyscy byliśmy odurzeni mitem Stanów, kraju wielkoskalowego, monumentalnego i ekscytującego, kraju wolności i porządku, gdzie nawet pucybut może zostać milionerem, jeśli tylko wypruje sobie i innym dość żył, żeby mocno krwawić, ale przeżyć.
Błąkałam się w towarzystwie różnych postaci między Bostonem, Nowym Jorkiem a prowincją stanu Massachusetts, gdzie już w 2007 r. widać było problemy, które teraz wraz z Ameryką przeżywa cały świat. Porażający kontrast między życiem bogatych a biednych, problemy psychiczne, uzależnienia, narkotyki i leki, niechęć białych do ludzi o innym kolorze skóry, upadający przemysł, dystopijne krajobrazy. „Oprócz notorycznych, szpetnych i smutnych sajdingowych domów występują plackowo krajobrazy po nuklearnej bitwie, w których panoszą się odrosty zielsk i wychudłe, skulone baraki” – pisałam po powrocie w reportażu Manikura i tektura.
Jedną z moich przewodniczek po Stanach Zjednoczonych była wówczas Joy, Polka, która zabrała mnie w tour po szemranych barach Springfield, tych straszliwych, jarmarcznych spelunach, gdzie półnagie dziewczyny ujeżdżają mechaniczne byki, kobiety na oczach rozochoconej gawiedzi walą drewnianymi pałkami mężczyzn w gołe tyłki, a pod sufitem wiszą porzucone staniki we wszystkich kolorach tęczy.
Pamiętam lawirowanie między spoconymi, pełnymi ekscytacji postaciami o oczach lśniących w półmroku; co rusz ktoś łapał mnie za ramię, żeby mnie zatrzymać i coś mi opowiedzieć albo wykrzyczeć do ucha propozycję matrymonialną.
Joy, moja przewodniczka, mówiła dużo o tym, że kobiety powinny znać swoją wartość i że zawsze trafia na partnerów, którzy oczekują od niej seksu analnego. Może nie miała szczęścia w miłości, ale na pozór wydawała się uosobieniem amerykańskiego sukcesu: własny dom, praca i wygodny samochód; do tego, po prawdzie, butelka wina przed snem, Xanax w portmonetce i znikający kochankowie. Minęło niemal 20 lat, a ja co jakiś czas słyszę o jej problemach – zdiagnozowana choroba psychiczna, wypisy ze szpitala i powroty, pobojowisko w domu, system, który nie potrafi albo nie chce jej pomóc.
Kiedy poznałam Joy, zobaczyłam pierwsze symptomy jej osobistej katastrofy. Gdy przyleciałam do Stanów, zobaczyłam piękne fasady ukrywające konstrukcje z tektury. Ale w 2007, na rok przed wielkim kryzysem ekonomicznym, nikt jeszcze nie przypuszczał, że upadek mitu Ameryki będzie spektaklem grozy i skretynienia.
Czasem wracam myślami do tego czasu, gdy studiowałam i wydawało mi się, że życie będzie dla mnie hojne, a ja będę ciężko pracować i wykorzystam wszystkie możliwości, jakie mi da. Przeżyć życie, jakby to był amerykański sen. Minęło 20 lat, Stany Zjednoczone sypią się na naszych oczach. Gdziekolwiek spojrzeć, na horyzoncie unosi się dym.

