70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Kogi

Kogi nieurodzaje lub susze nigdy nie przypisują winie bogów, a własnemu postępowaniu i grzechom. Natura jest dla nich jak lustro, w którym przeglądają się kultury, umysły i dusze ludzi. Traktują ją jako księgę symboli

W Bogocie wylądowałem przed północą. O tej porze to miasto przypomina rozbrojony hiperśmietnik na czubku Ziemi, po ulicach furkotają kartony i plastik, lecz jakby przetrzebione przez łapczywą, ale honorową watahę, która zagarnąwszy najlepsze kąski, przeniosła się już nieco dalej. Bogota leży prawie 3 tys. m n.p.m. Jest zimno. Po dwóch dniach wsiadłem do autobusu, który przez kolonialną Baricharę zabiera towarzystwo na wybrzeże Karaibów. O świcie do busa pod Santa Marta wpadł nasycony tropikalną słodyczą żar. Przespałem się w Tagandze w hamaku z widokiem na migotliwą zatokę. Następnego dnia zrobiłem zapasy, kupiłem sporo jedzenia, wynająłem muła i jego opiekuna, a zarazem tłumacza o imieniu Callixto i wyruszyłem w góry.

Wyrastają już na przedmieściach kolonialnego miasta Santa Marta i nazywają się Sierra Nevada, a ściślej: Sierra Nevada de Santa Marta. Dziwny to masyw. Przypominają raczej jedną monstrualną górę. Wyłaniają się z turkusowej toni karaibskich wód, z idealnie półokrągłych i białych jak sól plaż oddzielonych od siebie spiętrzonymi głazami rodem z Kepler 22b. Na dystansie nie więcej niż 30 km wyrastają swoimi ośnieżonymi pikami prawie 6 tys. m n.p.m. Sześć km w pionie na odcinku 30 km. To geograficzny fenomen, schody do nieba, naturalna piramida obfitująca we wszystko, co przychodzi do głowy, by zdrowo i przyjemnie żyć: niezliczone gatunki owoców i warzyw, kukurydza, maniok, trzcina cukrowa, kawa, tytoń, koka. Jej mieszkańcy i gospodarze nazywają ją Sercem Świata. U ich podnóża we wsi Aracataca urodził się i wychował Gabriel García Márquez, autor literackiej próby dowodu na jedność fikcji i czegoś, co pozuje na jej przeciwieństwo.

Ostatnią noc na wybrzeżu spędziłem w opustoszałym pensjonacie. Nie było w nim nikogo prócz mnie i pary cichych Szwajcarów. Niebo pociemniało. Młody muskularny Mulat w japonkach włóczył się bez celu z maczetą pomiędzy bananowcami i wielkimi kwiatami. Zszedłem na plażę. Była szeroka, czysta i pierwotna. Po horyzont ciągnęła się ciemna selwa, która strzepywała z grzywy nadmiar dojrzałych kokosów. Do trzech żywiołów dołączył czwarty: błyski układały się na niebie z rozmachem w rozbudowany, piętrowy wzór. Robiło się zupełnie fioletowo. Wiatr targał po piachu wielkimi liśćmi. Nie spadła ani kropla deszczu. Po tych plażach często wędrują w białych szatach i stożkowych czapkach Indianie Kogi uznani przez antropologów za przedstawicieli najlepiej zachowanej cywilizacji prekolumbijskiej.

 

Pierwsze spotkanie

Wędrówkę zaczęliśmy w palomino. wtedy zobaczyłem ich po raz pierwszy. Stali w rzędzie przy jakimś sklepie na skraju drogi, którą śmigały auta i motory. W rzędzie, jeden koło drugiego, jakby traktowali tę chwilę jako rodzaj upokorzenia, które trzeba znieść z honorem. Od razu weszliśmy na wąską ścieżkę w nasyconej zielenią dżungli, by wspinać się nią zygzakami przez następne trzy dni. Mniej więcej po dwóch godzinach zobaczyłem po prawej pierwszą wioskę Kogi. Była identyczna jak na fotografiach. Parę kilometrów od cywilizacji białych – ostentacyjna manifestacja osobności: okrągłe chaty przycupnięte pod markizą lasu, zbudowane bez użycia ani jednego gwoździa, dostępnych w sklepie w Palomino za parę pesos. Ich czubki wieńczą dwa skrzyżowane kije – symbol przekonania o dwoistości sił we wszechświecie.

Przekraczaliśmy strumienie i rzeki. Nad jedną z nich spotkaliśmy ich po raz pierwszy. Było ich trzech. Trzech  mężczyzn. Callixto zaczął z nimi rozmawiać, ponieważ jako jeden z niewielu na świecie mówi w ich języku, kagaba. W latach 70. porzucił dom i w poszukiwaniu nowego życia zawędrował do Sierra Nevada, gdzie w jednej z wiosek w ramach akcji osadniczej założył swoją farmę. Żył tu na tyle długo, by zdobyć ich zaufanie, bo Callixto to dobry człowiek, świat złożony z samych Callixto byłby cywilizacją ciszy i spokoju. Przy Callixto dobrze się rozmawia, dobrze je i śpi. Ściągnął z muła derki i zawiązane na supeł worki, by wyciągnąć kanapki, które przygotowaliśmy na pierwszy dzień marszu. Podał im je. Nasza praca okazała się niepotrzebna – rozebrali kanapki na kawałki – cebulę, ser i sałatę wkładali osobno do ust. Mało mówili i unikali spotkania wzrokiem, w zasadzie traktowali mnie jak powietrze. Wszyscy nosili identyczne białe suknie do kostek, a na ramieniu ręcznie plecioną torbę, z której wystawały liście koki. W ten sposób się witają – nie podają sobie rąk, a sięgają nimi do torby napotkanego wędrowca i częstują się garścią liści. Na głowie noszą białe sztywne czapki, które swym stożkowym kształtem symbolizują Sierra. Nie rozstają się z poporo – drewnianą tykwą z kijkiem, którym ubijają jego zawartość: miazgę z muszli pereł z dodatkiem mazi z prażonej koki. Otrzymują je od starszyzny, gdy osiągną dojrzałość. To znak, że mogą pojąć żonę. Tykwa symbolizuje kobietę, kijek mężczyznę. Potrafią wędrować kilka dni z rzędu bez odpoczynku, żując kokę i popijając wodę. Oceniają człowieka po tym, jak chodzi. Zawsze boso, ale nie dlatego, że nie potrafią zrobić butów, ale by nie stracić kontaktu z Matką. Poruszają się tak imponującą siecią kamiennych ścieżek, z których wiele liczy ponad tysiąc lat i oplata piramidę Sierra jak pajęczyna. Kilka z nich prowadzi do ruin starego miasta Teijuna odkrytego dopiero w 1970 r. (!), zbudowanego przez Tajrona, przodków Kogi w linii prostej. Odkrycie starożytnego miasta w sercu selwy wzbudziło sensację na świecie. Do Sierra ruszyli rabusie, którzy na złocie Tajrona dorabiali się willi w Medellin. Jego widok działa na wyobraźnię, bo to system tajemniczych kamiennych ścieżek i budowli pochłoniętych przez zakrzepłą zieleń. Tym bardziej że według Kogi takich nieodkrytych skarbów Sierra skrywa jeszcze wiele.

 

Potomkowie uchodźców

12 czerwca roku pańskiego 1524 do bujnego wybrzeża dotarły żaglowce pod dowództwem kapitana Pedrariasa Davili, który ściął gałęzie drzewa, ogłaszając te ziemie własnością świątobliwego króla Kastylii. Patrzyli na to ukryci w gąszczu Indianie, do których Hiszpanie szybko wypalili ze strzelb. Cywilizacja Tajrona liczyła w tamtym momencie już przynajmniej tysiąc lat. Hiszpanie pragnęli złota, w które obfitowały te ziemie, dlatego zaczęli zapuszczać się coraz głębiej w ląd z plutonami wytresowanych wojennych psów, które w przeciwieństwie do wielu najemników otrzymywały regularnie żołd. Konkwistadorzy spostrzegli, że chaty Tajrona położone bliżej wybrzeża zbudowane są z jednej okrągłej ściany. Te wyżej – z dwóch. Wnętrze otacza podwójny pierścień murów oddalonych od siebie mniej więcej o metr. Indianie dbają w ten sposób o cyrkulację powietrza, a w srogie zimy konstrukcja chroni przed śniegiem, działa jak wiatrołap. Tajrona wychodzili o świcie do pracy w polu. Hiszpanie ukrywali się w przestrzeni między ścianami, a gdy tuziemcy wróciwszy do chat, zabierali się za wieczorny posiłek, biali wpadali do środka i w imię Pana czynili swą powinność. W ten sposób zabili ok. 490 tys. osób. Owa garstka, plemię Kogi ze szczepu Tajrona – nie więcej niż 10 tys. ludzi – schroniła się w cieniu świętych gór. Zostali odcięci od wybrzeża, które dostarczało im bezcenną sól i muszle do poporo, i gdzie na olbrzymich głazach odprawiali rytuały, oddając cześć Matce. Ich wioski stoją dziś na obszernych siodłach nieraz sporo powyżej 4 tys. m, w naturalnym planetarium tuż pod lodowcami. Tam przebywają dusze umarłych, których nie można niepokoić. Dlatego Kogi rzadko wyrażają zgodę na przemarsz ekspedycji alpinistycznych. Parę lat temu jedna z ekip zignorowała zakaz i poleciała pod szczyty helikopterem. Kilka osób zginęło.

 

Historia coming outu

Na pół tysiąca lat stracili kontakt ze światem. z małymi wyjątkami. Gdy władza Hiszpanów okrzepła, wokół piramidy Sierra pojawili się pierwsi misjonarze, którzy donosili o rzadkich spotkaniach z Kogi. W XVIII w. na te tereny przybył pierwszy uczony – o. Nicolas de la Rosa, który odwiedził parę wiosek Kogi w 1730 r., pozostawiając ledwie kilka stron opisu. W połowie XIX w. teren eksplorował geograf francuski Eliseo Reclus. Około 1875 r. o. Rafael Caledon, późniejszy bp Santa Marta, prowadził w Sierra Nevada misję ewangelizacyjną, czego wymiernym efektem była praca lingwistyczna poświęcona głównie językowi Kogi. Mimo wielu błędów i luk jego dzieło stanowiło jedyne wiarygodne źródło wiedzy na temat Kogi na następnych kilka dekad. W latach 1891–1896 hr. Joseph de Brettes pomieszkiwał w wioskach Kogi. Śladem po tym pobycie są spisane przez niego obserwacje, które zostały jednak potem ocenione przez badaczy jako „wątpliwe” i „fantastyczne”. W 1915 r. niemiecki etnolog Konrad Preuss spędził z Kogi trzy miesiące, jako pierwszy prowadził wśród nich systematyczne i metodyczne badania. Preuss zostawił po sobie wartościowy materiał etnograficzny. W 1941 r. etnolog amerykański Willar Z. Park odwiedził Kogi w Sierra Nevada, publikując następnie dość powierzchowne obserwacje. W 1946 r. Miliciades Chaves, przedstawiciel Instituto Etnologico de Magdalena, opublikował wynik swoich badań na temat mitologii Kogi.

Ja jednak wędruję przez ten napęczniały życiem pejzaż z biblią wiedzy o Kogi – dziełem Reichela Dolmatoffa (1912–1994), ojca kolumbijskiej antropologii o rosyjskim pochodzeniu. Pracę wśród Kogi rozpoczął on w latach 50., jeszcze przed wybuchem konfliktu, który okazał się jedną z najdłuższych wojen domowych w historii i na dekady odciął Kogi od świata. Ta książka to biały kruk pt. Los Kogi de Sierra Nevada, udało mi się ją dostać po miesiącach poszukiwań w madryckim antykwariacie. Dolmatoff nie miał poważnych kontynuatorów i do dziś pozostaje w zasadzie jedynym znawcą unikalnego świata Kogi, na co pozwoliła mu znajomość ich języka, niezwykle trudnego, tym bardziej że Kogi, mówiąc, żują kokę. Nie istnieją w tym języku tradycyjnie rozumiane rzeczowniki, gdyż Kogi wierzą, że to myśl formuje każdy obiekt, a każda rzecz w istocie nią jest. Dlatego ryby określają sformułowaniem, które tylko w przybliżeniu można by przetłumaczyć na „niekończąca się obfitość”.

Ani o Kogi, ani o pracy Dolmatoffa nie zrobiłoby się głośno, gdyby nie wydarzenia z początku lat 90. Trwała jeszcze wojna domowa, przedgórze Sierra stało się areną walki karteli narkotykowych, jednym z najbardziej niebezpiecznych miejsc w Kolumbii, a wówczas także krajów świata. Kogi po blisko pół tysiącu lat postanowili nawiązać kontakt z „mniejszymi braćmi”, jak określają wszystkich spoza Serca Świata. Siebie nazywają „starszymi braćmi”, „strażnikami ludzkości”. Za pośrednictwem swoich kapłanów – mama, zwrócili się do białego człowieka z ostrzeżeniem: jeśli nie opamięta się i nie przestanie grzeszyć przeciwko Matce, wszyscy bardzo szybko zginiemy. Po raz pierwszy w dziejach Sierra z najwyższych szczytów zaczął znikać śnieg. Kogi w swoim sposobie bycia są kompletnie niedzisiejsi, dostojni i rozbudzają nawet wyobraźnię powściągliwych. Pewnie dlatego przybył do nich wtedy z kamerą brytyjski reżyser Alan Pereira i napisał książkę, która opiera się na materiale badawczym Dolmatoffa. Jego dokument wyświetliło BBC, a potem kolejne stacje. Kogi odwiedził sam król Hiszpanii. Wielu uczonych potraktowało przesłanie Kogi z rezerwą. Owszem – są osobni, tak ostentacyjnie odrzucając naszą kulturę i wiedzę technologiczną, podczas gdy inne plemiona lepią się do błyskotek jak mrówki do miodu, ale nie można ich hipotez potraktować poważnie. Problem wyiskrzył, gdy po blisko 20 latach kapłani zażądali, by Pereira do nich wrócił. Nakręcił sequel pt. Aluna1. Stan Sierra dramatycznie pogarsza się. Hodowcy bydła i farmerzy doprowadzili jedną z lagun do śmierci naturalnej, a lasy mangrowe przypominają pogorzelisko po wybuchu jądrowym. Protesty Indian szybko ignorowały lub tłumiły władze. Po raz pierwszy w dziejach Kogi tak otwarcie stanęli w obronie swojej intuicji przed agresją intelektu służącego nauce i biznesowi. Wskazywali na powiązania w ekosystemie, które stanowią o spójności Sierra. Precyzyjnie je nazywali, nie tłumacząc jednak samych procesów językiem naukowym, którego nie znają. Wyjaśnili, że szkoda wyrządzona konkretnemu lasowi powoduje wysychanie danych połaci tundry u podnóża lodowców. Do mediacji zostali zaproszeni bezstronni uczeni, którym tezy Kogi wydawały się nieracjonalne, bo nieprzystające do żadnej teorii naukowej ani kanonu prawd. Sprawą zajął się na zaproszenie Alana Pereiry wybitny biomarynista z Oxford University Alex Rogers, który po wizycie w Kolumbii zaprosił kapłanów Kogi do Wielkiej Brytanii. Bo okazało się, że to oni mają rację.

 

Kultura pamięci

Kogi, ku zdumieniu świata naukowego, opisywali skomplikowaną sieć podziemnych wód, których struktury, jak się zdawało, były dostępne wyłącznie dla badaczy, a nie kultury prymitywnej. Zabrali Rogersa do gorącego źródła, które uważają za święte i wykorzystywali je do celów leczniczych. Opowiadali szczegółowo o roli, jaką w całym środowisku Sierra odgrywa to zamienione w turystyczną atrakcję miejsce. Byli przekonani, że budowa drogi w części Sierra spowodowała nieodwracalne katastrofy, bo szosa odcięła zbiorniki wodne od strumyków, powiązane nićmi elementy przyrody zaczęły walić się jak domek z kart, wyschła wielka laguna i przerodziła się w solnisko, przez co zginęły zwierzęta, a społeczności rybackie skłóciły się.

Kogi twierdzą, że pewien kurs wszechświata i nasza z nim relacja wynikają z kręgosłupa moralnego społeczności i każdego człowieka z osobna. Codzienny los świata nie należy do bogów. Ich wiedza i światopogląd są źródłem jasno określonych zasad. Te zakładają coś więcej niż kontemplację i troskę o swoją duszę, ponieważ Kogi jako „starsi na Ziemi” czują się odpowiedzialni za „młodszych braci”, przybyszy zza wody. Dlatego zdecydowali się wyjść do nich z ostrzeżeniem i dlatego – o czym pisze Dolmatoff – Kogi modlą się za innych, by krokodyle nie pożerały się w nadmiarze, by samoloty nie spadały, a statki nie tonęły. Postawę wobec świata spajają wskazówki moralne, m.in. abstynencja od wszelkiej agresji i obżarstwa oraz powściągliwość seksualna. Dopiero z nich wypływają kolejne przykazania, jeśli tak można je w ogóle nazwać: medytacji, szacunku dla antiguos i starszych, a więc dla pamięci, troski o środowisko. Naturę postrzegają jako płótno, na którym ludzkość projektuje swoją kulturę, a człowiek indywidualność. Zniszczenie jej niesie katastrofalne konsekwencje. Każdą dziurę trzeba natychmiast łatać. Kogi nieurodzaje lub susze nigdy nie przypisują winie bogów, ale własnemu postępowaniu i grzechom. Natura jest dla nich jak lustro, w którym przeglądają się kultury, umysły i dusze ludzi. Traktują ją jako księgę symboli, którymi posługują się, jak podkreśla Dolmatoff, z niebywałą świadomością. Świat nie jest groźbą kary, obietnicą nagrody ani nawet wyrazem piękna, lecz czasem próby. Ich religia wiąże się z kultem płodności i opiera się na Prawie Matki. Podczas gdy my, przystępując do kolejnej czynności, pytamy raczej: „Czy to działa?”, oni sprawdzają: „Czy to ma sens?”.

 

Szliśmy bardzo długo. Rzęsiście lało, a strumienie zamieniały się w rwące rzeki. Tuż przed nocą doczłapaliśmy do pierwszej wioski, w której mieliśmy spędzić noc. Minęliśmy największy budynek, dom ceremonialny, gdzie zbierają się wiece i odprawia się rytuały. Wieś była duża. I pusta. Spojrzałem na Callixto. Odparł: „Kogi nie mieszkają w wioskach, zwykle stoją one puste. Każda rodzina mieszka osobno w chacie w pobliżu swoich pól, a do wsi schodzą się tylko na zebrania czy na prace komunalne”. Rodzina jest najważniejszą częścią ich społeczeństwa, nierozerwalnym atomem. Callixto wiedział, co zrobić – ruszyliśmy stromą, wąską ścieżką w dół. Nocą z latarkami doszliśmy do twardego klepiska, skąd już ze wsi słychać było ujadanie psów. Pośrodku stała chata. Callixto uchylił skrzypiące drzwi. Na środku siedziała stara Indianka i tkała torbę. Nawet na nas nie spojrzała. Kogi nie patrzą w oczy, ale bacznie przyglądają się grze ciała, z której wyczytują charakter człowieka. Zapytał, czy możemy zostać na noc. Nie miała nic przeciwko. Znał ją – miała ponad 100 lat, dlatego nie mogła pójść na zebranie w wiosce niżej, gdzie udali się wszyscy okoliczni Indianie. Gdy oswoiłem ciemność, zobaczyłem w rogu leżące na plecach niemowlę. Po jego piersi, tuż pod brodą, człapała kura. Następnego dnia po ciężkim marszu doszliśmy do kolejnej pustej wioski. Rozwiesiliśmy hamaki, najpierw na drewnianej werandzie, z której roztaczała się panorama doliny, a potem na noc w jednej z chat. Niebo było kobaltowe, czapa chmur przygniatała ośnieżone wierzchołki. Już nocą usłyszeliśmy kwik stóp o błoto i błysk świateł w szparach budynku. W chacie zatrzymało się dwóch Indian Aruaco, którzy wędrowali w dół. Wyciągnąłem arkusz papieru i czarny cienkopis. Usiedliśmy z nimi przy stole i wspólnie rysowaliśmy szkic Sierra Nevada, która zapełniała się nazwami wiosek nieistniejących na żadnych mapach – Kogi co jakiś czas przenoszą się w inne miejsce, często nadając osadzie nowe imię. Największe znajdują się powyżej granicy selwy, pod lodowcami, w sercu ich świata pośród górskiej tundry o cytrynowej poświacie, dokąd uciekli, odkąd napadli ich „starsi bracia”. 

Czym jest aluna?

Kogi z własnej woli nie używają pisma. twierdzą, że najtrwalszym i najbardziej niezawodnym nośnikiem informacji, zwłaszcza w obliczu zagłady, jest ludzka pamięć. Póki co nie istnieje żaden dowód na przekór tej tezie. Jeden Kogi, przyglądając się, jak Dolmatoff pisze, oznajmił: „Ty masz te sterty papieru, a ja wszystko mam w piersi. Czy można mieć coś bardziej?”. Kogi całą, w ocenie uczonego niezwykle rozległą, wiedzę kodują w pieśniach i opowieściach. Razem ze sztuką intuicji przekazuje się ją z pokolenia na pokolenie, a czynią to kapłani mama.

Mama najczęściej żyją w wysokogórskich wioskach, rzadko udają się na wędrówkę. Wielu z nich nie widziało na oczy zdobyczy naszej cywilizacji. Funkcja mama to fundamentalna rola w społeczności Kogi, przypadająca wyłącznie tym, którzy spełniają wyśrubowane kryteria. Czasem w drodze dziedzictwa, ale to nie jest jednak żadną regułą. Moro – kandydat na kapłana – pierwsze lata życia spędza w domu ceremonialnym. Dostęp do niego ma tylko karmiąca matka, której wolno jeść białą fasolę, ziemniaki i ślimaki. Potem do 18. roku życia, pilnując ścisłej diety, mieszka w towarzystwie kapłanów nie tylko w całkowitej izolacji od społeczeństwa, ale i od światła, by uniewrażliwić umysł na świat materialny, a w drodze medytacji otworzyć go na inne wymiary i prawdy. Bywa, że dzieje się to w jaskini. Z początku w to nie wierzyłem, ale Dolmatoff jest bezlitosny. Trudno o dowód tak głębokiej ascezy w innych kręgach kulturowych, nawet w krajach buddyjskich. Skazanie na mrok wydaje się jej kulminacją. Moro śpi w dzień, a w nocy przy ogniu słucha nauk przodków. Zna pejzaż swojej ojczyzny tylko w blasku księżyca. Ma prawo zrezygnować z drogi kapłana, ale zdarza się to rzadko. Cały czas intensywnie pobiera nauki od starszych kapłanów, by opanować całą wiedzę o Prawie Matki i sztuce jej interpretacji. Gdy w 18. roku życia opuszcza pustelnię, po raz pierwszy widzi słońce w pełnej odsłonie. Często długo nie potrafi dostroić organizmu do nowego trybu życia. Jeden z cytowanych przez Dolmatoffa mama powtarza: „Lubię noc, nocą jest mi dobrze”. Z początku ludzie niemal z nim nie rozmawiają, mama oswaja inny świat. Do końca życia pilnuje ścisłej diety, nie wolno mu spożywać soli. Spędza czas ze starszyzną, ucząc się kolejnych rytuałów. W końcu wyrusza na wędrówkę do okolicznych wiosek, by poznać swoich braci. Mama zna drzewo genealogiczne każdego Kogi ze swojej wspólnoty do takiego stopnia, by zdumieć samego Dolmatoffa. Mama dzięki wiedzy pełnią też naturalnie pewne funkcje polityczne, dzierżą rodzaj władzy, ale idzie tu raczej o władzę duchową, moralną, bo mama nigdy nie egzekwują prawa, ale jedynie doradzają, tłumaczą, spowiadają. Spowiedź odbywa się regularnie. Mama zadaje określone pytania penitentowi. Spowiedź kończy się „poradą” (hiszp. consejo) z praktycznymi wskazówkami. W przypadku ciężkich przewinień w ramach pokuty zaleca się umartwianie – leżenie na brzuchu z dwoma kamieniami na wyciągniętych rękach, by znów odzyskać równowagę. Balans, harmonia to podstawa światopoglądu Kogi. Uczeni podpowiadają, że intensywna medytacja wprowadza fizyczne zmiany w mózgu, spowalnia erozję neuronów, a nawet potrafi spowodować ich przyrost. Umysł ewoluuje, przygotowując się na odkrycie innych wymiarów prawdy. Kogi otaczają mama czcią, bo jest mama, bo jest inny, bo widzi więcej, bo zna Prawo, bo przygotował swój umysł na spotkanie z aluna. Bo cała wiedza została mu przekazana w aluna. Aluna to pojęciowy fundament, na którym stoi ich religia, kultura i stosunek do świata. Tyle że nasza kultura nie potrafi jej do końca wyjaśnić ani, co lepsze, przetłumaczyć.Nawet Dolmatoff.

Koncepcja aluna wywodzi się z pojęcia yuluki. Yuluka znaczy – mniej więcej – „być, żyć w zgodzie”. Kogi zapytani o samopoczucie odpowiadają często „dobrze siedzę”. Dobrze siedzieć znaczy żyć w harmonii ze światem. Yuluka (czasem yuluxa) może znaczyć też w wielu kontekstach – „identyfikować się, być czymś”. Kogi mawiają: „Trzeba być w zgodzie z Matką, z drzewami, chmurami, z deszczem”. Idzie tu raczej, jak pisze Dolmatoff, o identyfikację nie tyle z samym obiektem, ile z jego symbolem,a czasem personifikacją, ale taka identyfikacja zawsze prowadzi przynajmniej do ich unieszkodliwienia. Mówią: „Żmije są złe, trzeba być w zgodzie ze żmijami”. Zło może zwyciężyć tylko empatia. Inny chory Kogi powiedział do Dolmatoffa: „Myślę jak choroba, jestem myślami z chorobą”, by unieszkodliwić jej działanie, zostać nie jej ofiarą, lecz władcą. Yuluka to rodzaj pokory.

Yuluka jest tylko glebą, na której wyrasta aluna. Nikomu nie udało się dotąd pewnie i wiarygodnie przetłumaczyć tego słowa, mimo że od swoistego outcomingu ich relacje ze światem zewnętrznym pogłębiły się, a wielu Kogi mówi płynnie po hiszpańsku. Nie ma tu na pozór bariery, która uniemożliwiałaby wierne tłumaczenie. Dolmatoff podaje propozycje: „duch, pamięć, myśl, życie, wola, dusza, intencja”. Tyle że żadna i jemu nie wydaje się trafna. Dlatego posługuje się przykładami. Kogi pragnie złożyć ofiarę w świętym miejscu, od którego jest oddalony. W związku z tym czyni to w aluna. Kogi widzi kobietę i zanim ją pozdrowi, snuje fantazje seksualne. Grzeszy w aluna i natychmiast powinien się wyspowiadać. Kogi chce wybudować dom i mimo że nie zwiózł jeszcze drewna, patrzy na pusty plac i widzi swój dom w aluna. Przy tym przykładzie Dolmatoff pisze po hiszpańsku ve en imaginacion, czyli widzi w wyobraźni, wyjaśniając zaraz „widzi w aluna”, w ogóle nie wymieniając słowa imaginacion, „wyobraźnia” jako możliwego tłumaczenia. A te przykłady mogą sugerować, że to byłoby najbardziej trafne. Ale Kogi mówią dalej: cały świat został stworzony w aluna. Mówią też – każda rzecz jest w istocie myślą, nie obiektem. Rzeczy istnieją w świecie aluna. Kamień to tylko symbol, prawdziwy kamień istnieje w aluna. Kogi opisują aluna jako coś pierwotnego i pozbawionego materialnej formy. Każdy akt yuluka odbywa się w aluna poprzez skupienie danej osoby, skierowanie intencji na cel. To nie świat zmarłych, dusz ani ich personifikacje. Zmarli mają aluna jako pewien kolektyw, ale pojedynczy zmarli nie mają jej, bo tracą ją w chwili śmierci. Dzieci posiadają aluna w chwili poczęcia, ale istnieją już wcześniej w aluna swoich rodziców. Piktografy przodków Tajrona są w aluna, były wykonane w aluna. Świadomość? Idea? Dolmatoff zupełnie ignoruje i te pojęcia. Być może słusznie, bo Kogi zapytani, jakie słowo wyraża w ich języku hiszpańskie amor, miłość, odpowiadają, pozbawiając nas lingwistycznych złudzeń – aluna. To jednak wartość znacznie pojemniejsza niż nasza „miłość”. Może jej źródło? Znamy nawet etymologię tego słowa. W formie czasownikowej aluna odnosi się do „chcieć, życzyć sobie, pragnąć, kochać”. Rdzeń prawdopodobnie wywodzi się od słów opisujących żyzność, płodność i samą ideę stworzenia: júla – gatunek, sula – nasiono, jele – dojrzały, séiji – być. Jesteśmy wobec aluna bezradni, odkąd na turkusowych wodach Karaibów zamajaczyły białe żagle zdobywców z Półwyspu Iberyjskiego. Duchowa ewolucja i związany z nią rozwój języka poszedł w tym przypadku inną drogą.

O znaczeniu aluna wiemy tyle, ile ustalił Dolmatoff. Kusi, by ująć ją jako wszechrzecz, ale sami Kogi wyraźnie to wykluczają, nie znajdując dla niej w języku hiszpańskim właściwego słowa. Aluna to nasz Bóg? Na pewno nie. Za wieczny Majestat Kogi uznają Stwórczynię Matkę i jej Prawo. Ich religia i mitologia jest bogata i wyczerpująco przez Dolmatoffa opisana. Na pewno jednak aluna jest źródłem moralności. Możliwe, że jego istota nie jest dostępna w żadnej optyce dla osoby, która nie rozwinęła cech umysłu Kogi, a w szczególności kapłanów mama. Może nie będzie też przesadą, jeśli zapytamy, czy aby kłopot z aluna nie wiąże się z pewną ułomnością naszej kultury. Czy istnieje w językach Zachodu jedno słowo na określenie potencjalnej fuzji świata materialnego i pozazmysłowego? Czy istnieje słowo, które zastąpiłoby rozdzielone spójnikiem „nauka i duchowość”? Jeden wyraz na opis przenikania literackiej fikcji i dokumentalnej prawdy? Osobliwość? Zdecydowanie zbyt ogólnie.

Wydaje się, że w zasięgu pojęcia aluna zawsze pozostaje świat widzialny i rzeczywisty – aluna prowadzi do spotkania z nim, potrzebuje go, by zostać zidentyfikowana. Może nie będzie tu nadużyciem literacka hipoteza, że aluna jest brakującym ogniwem w naszym aparacie pojęciowym – jeśli nie wyrazem permanentnej jedności naszych pojęć fikcji i prawdy, świata materialnego i metafizycznego, to być może procesu, który prowadzi do ich ostatecznego zespolenia na etapie duchowej ewolucji, który dopiero przed nami.

*

Schodziliśmy parę dni w dół. rzęsiście lało. mijaliśmy wracające z wiecu rodziny, za którymi dreptały małe świnie. W pewnym miejscu natknęliśmy się na starszego Kogi. Zamienił z Callixto parę słów. Ruszył pierwszy. Po jakimś czasie zostawiliśmy go za sobą. Za moment nas wyminął. Po chwili znalazł się ponownie za nami. Spotkaliśmy się nad rzeką przy gigantycznych głazach. Selwa była duszna i parna. Staliśmy naprzeciwko siebie. Szukałem jakichś słów, czegoś lub kogoś, kto wypełni dzielącą nas przestrzeń, ale między nami brzęczały tylko muchy.

Tekst jest fragmentem e-booka Triada wydanego przez Copenicus Center Press.

1 Film jest dopiero w fazie dystrybucji na międzynarodowych festiwalach, ale dzięki życzliwości reżysera autor miał możliwość zobaczenia go. W październiku film pojawił się w sprzedaży na DVD.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata