fbpx
Justyna Siemienowicz styczeń 2017

„Za kogo mnie masz? Za białego człowieka?”

Pogrzebać kajdany to napisana z naukową rzetelnością, a zarazem z powieściowym rozmachem i werwą historia ruchu abolicjonistycznego.

Artykuł z numeru

Dumni, silni, niepełnosprawni

Dumni, silni, niepełnosprawni

Jak doszło do jego powstania? Przede wszystkim – zaznacza Hochschild – trzeba pamiętać, że, wbrew częstym wyobrażeniom, to nie Ameryka, ale właśnie Anglia była kolebką tego ruchu. Wszystko zaczęło się w jednej z londyńskich drukarni pewnego majowego popołudnia 1787 r. od niepozornego spotkania 12 mężczyzn, którzy postanowili położyć kres niewolnictwu. Do szczegółów tego spotkania i jego konsekwencji autor wraca po przejmującym odmalowaniu świata, w jakim żyli ci, którzy postanowili go tak diametralnie zmienić. I jest to opowieść równie pouczająca jak następująca po niej relacja z kolejnych etapów walki o wyzwolenie niewolników.

Choć autor zastrzega, że – by pojąć doniosłość tego, co dokonało się za sprawą ruchu abolicjonistycznego – trzeba wyobrazić sobie świat, który dziś „byłby nie do pomyślenia” (s. 14), w którym „przeważająca większość ludzi to więźniowie” (s. 13), to zarazem raz po raz albo sam daje wyraz temu, jak tamten świat jest jednak do naszego podobny, albo przez to, co pisze, do takiej refleksji skłania, sprawiając, że opisywane przez niego postaci „z epoki peruk, szpad i powozów wydają się nam zaskakująco współczesne” (s. 18). I ta właśnie ambiwalencja – towarzyszące lekturze kolejnych rozdziałów niewygodne wrażenie, że świat opisywany przez Hochschilda jest nam zarazem obcy i dobrze znany – jest być może najmniej oczywistą, a najważniejszą zaletą tej książki.

Handel niewolnikami

Koniec wieku XVIII stanowił apogeum handlu ludźmi. Handel czarnoskórymi niewolnikami, z którego największe zyski czerpała Wielka Brytania, a w ślad za nią nieustannie z nią konkurująca Francja, zwany był „hand- lem trójkątnym”. Statki przewoziły towary z Europy do Afryki Zachodniej. Tam nabywano za nie niewolników od lokalnych handlarzy, następnie przewożono ich do Indii Zachodnich (na Karaiby), sprzedawano plantatorom, a do Europy zabierano wyprodukowane tam cukier, kawę, bawełnę, tytoń, kakao. Hochschild nie epatuje okrucieństwem, ale wystarczy kilka przytoczonych przez niego historycznych relacji i tzw. suchych faktów, by przekonać się, jak straszny był to proceder. Wielu niewolników nie przeżywało już samej podróży statkiem przez Atlantyk. Z tych zaś, którym udało się trafić na plantacje żywymi, w ciągu trzech lat umierała jedna trzecia, a reszta niewiele dłużej po nich. Plantacje na Karaibach były o wiele bardziej mordercze dla niewolników niż te na amerykańskim Południu. Nie tylko dlatego że panowała na nich straszna dyscyplina, ale też dlatego że „uprawa trzciny cukrowej była i jest jedną z najcięższych prac na ziemi” (s. 77). Do tego dochodziła bardzo uboga dieta, bo najlepsze ziemie były przeznaczone pod uprawy. (Czy podobnie nie dzieje się i dziś na wielkich plantacjach bananów, ananasów, palmy olejowej?) Skutkiem była nie tylko wysoka śmiertelność wśród niewolników, ale też bardzo niski współczynnik urodzin. Dlatego też plantatorzy potrzebowali stałych dostaw nowych niewolników, nakręcając coraz bardziej handel nimi. Jak w obecnych czasach jednorazowości, bardziej opłacało im się kupować nowy „towar”, niż dbać o ten już nabyty. Zamorskie plantacje i handel niewolnikami stanowiły kluczową gałąź gospodarki imperium brytyjskiego, wszystkie inne były z nią w jakiś sposób powiązane. Największe zyski z niewolnictwa czerpały przy tym oczywiście najwyższe warstwy brytyjskiego społeczeństwa. Jedną z najważniejszych karaibskich plantacji posiadał Kościół Anglii.

Chcesz przeczytać artykuł do końca?

Zaloguj się, jeden tekst w miesiącu dostępny bezpłatnie.

Zaloguj się