Afganistan, polski żołnierz rozmawia za pośrednictwem tłumacza, 2009 r., fot. Maksymilian Rigamonti / Reporter
Katarzyna Rodacka lipiec-sierpień 2020

Tłumacz umiera codziennie

Fazal mieszka w Kabulu. Przez trzy lata pracował jako tłumacz w brytyjskich siłach zbrojnych. Z tego powodu uznano go za zdrajcę i szpiega. W podobnej sytuacji znajdują się setki byłych tłumaczy w Iraku i w Afganistanie. Grozi im śmierć, bo to oni są oczami całej armii. A jeśli wyłupiesz oko, armia będzie ślepa.

Artykuł z numeru

Przystanek: miasto

Przystanek: miasto

Na ścianie znajdującej się za Hayderem tyka zegar. To jedyna dekoracja w białej bezosobowej przestrzeni pokoju hotelowego w Regionie Kurdystanu, do którego Hayder wprowadził się po tym, jak uciekł z Bagdadu. Z rodziną łączy się tylko za pośrednictwem internetu. Jego przyjaciel Abbas zwariował już jakiś czas temu. Kiedyś Abbas był świetnym tłumaczem, dzisiaj podobno błąka się po ulicach boso i płacze. Pod jego drzwi podłożyli już dziesięć ładunków wybuchowych. Ciągle dostaje groźby. Inny przyjaciel Haydera został zastrzelony. Wiele osób uciekło do Turcji i do Libanu.

Kiedy w 2003 r. Amerykanie przybyli do Iraku, Hayder postanowił podjąć pracę jako tłumacz dla amerykańskiego wojska. Chciał pomóc obu stronom w skomunikowaniu się i jednocześnie wesprzeć swój kraj. Lecz kiedy zaczął pracę, Irakijczycy uznali go za zdrajcę. W ich oczach stał się kolaborantem. Wkrótce potem zaczął otrzymywać groźby.

„Mój wujek został zamordowany w 2006 r. Pracowaliśmy razem. Co miesiąc mieliśmy cztery dni urlopu. Pewnego dnia chciałem odebrać te wolne dni, ale wujek powstrzymał mnie, mówiąc, że najpierw on pojedzie odwiedzić rodzinę, a ja pojadę, jak on wróci. Miał przyjechać po czterech dniach. Piątego dnia dowiedziałem się, że nie żyje. Dostał 30 strzałów” – opowiada Hayder. Po tej tragedii przeniósł się z prowincji Dijala do Bagdadu. Musiał jednak uciekać dalej, wyjechał więc do Basry. Potem wrócił do Bagdadu. Ostatecznie przeniósł się do Regionu Kurdystanu. W Bagdadzie zostały jego żona i dwie córeczki.

Sytuacja Haydera pokazuje, jak wygląda życie wielu tłumaczy w Iraku czy w Afganistanie, którzy pracowali dla międzynarodowych sił wojskowych w swoich krajach. Dziś nie mogą spać spokojnie. Co chwilę się przeprowadzają, żeby nigdzie na dłużej nie pozostawiać po sobie śladu. Dostają listy z pogróżkami, odbierają anonimowe telefony, boją się wyjść na ulicę. Ich dzieci nierzadko nie chodzą do szkoły. W izolacji od świata spędzają czasami nawet kilka lat.

Jako tłumacze byli pośrednikami między żołnierzami a lokalną kulturą, asystowali przy przeszukiwaniach miejscowych, odgrywali ważną rolę przy rozpracowywaniu lokalnych siatek terrorystycznych. Stali się tym samym ich celem. Często zostawali odrzuceni przez własne środowisko, nierzadko nawet przez rodziny.

Chcieliby wyjechać za granicę, ale trudno jest im otrzymać wizę.

Sen, który się nie spełnił

Kiedy Ahmad Dżawad postanowił wziąć udział w rekrutacji na stanowisko tłumacza, nikt jeszcze nie zdawał sobie sprawy, jak bardzo niebezpieczna okaże się ta praca. Wojska z całego świata przybyły do Afganistanu, by walczyć z terroryzmem, zapobiegać fundamentalizmowi i ramię w ramię wspólnie zaprowadzić w kraju spokój. „Naprawdę były naszą nadzieją” – mówi Ahmad Dżawad. Pracę tłumacza podjął także dlatego, że chciał mieć swój wkład w pomoc ojczyźnie. Niestety, obiecująca wizja wygranej z fundamentalistami przegrała z rzeczywistością. Ta natomiast coraz bardziej pogrążała w niebezpieczeństwie samych tłumaczy.

Przy rekrutacji kandydatów kluczowe znaczenie miała weryfikacja pod względem bezpieczeństwa. Jeśli chodzi o znajomość języka angielskiego – wystarczył poziom ponadpodstawowy. Pracy w regionie, w którym mieszkał Ahmad Dżawad, było niewiele, zwłaszcza dla ambitnych osób po studiach. Jeśli zatem ktoś choć trochę znał angielski, posada tłumacza była idealna. Można było wykorzystać znajomość języka w pracy i jednocześnie wciąż go szlifować wśród obcokrajowców. „Uwierz mi, w naszym kraju niewiele osób mówiło wtedy po angielsku. W czasie reżimu talibów nikt nie studiował anglistyki. Mieliśmy co prawda lekcje angielskiego w szkole, ale nikt specjalnie nie przywiązywał do tego wagi. Ja nauczyłem się angielskiego na dodatkowych kursach” – mówi Ahmad Dżawad.

Optymizm porwał także Samadiego. Wierzył, że trudna sytuacja w Afganistanie wkrótce się poprawi. Kompletnie nie zastanawiał się nad ryzykiem. Pieniądze również nie były dla niego kluczowe. Praca dla zagranicznych sił wojskowych miała raczej być dobrym punktem w CV na przyszłość, pomóc w podszkoleniu języka angielskiego i spełnieniu poczucia obowiązku wobec kraju. „Skoro obcokrajowcy pozostawiają swoje rodziny i jadą na drugi koniec świata, żeby zwalczyć terroryzm, to my, będąc na miejscu, tym bardziej powinniśmy im pomóc” – mówi.

Tak jak wielu tłumaczy, Samadi początkowo chodził z żołnierzami po pracy do restauracji lub na bazar. Nie nosił kamizelki kuloodpornej. „Byliśmy zbytnimi optymistami. Gdybym wiedział, że sytuacja przyjmie taki obrót, nie wziąłbym tej pracy” – dorzuca.

W obietnice dane Afganistanowi przez świat uwierzył także Wahid. Miał nadzieję, że jego kraj w końcu będzie wolny od problemów. „Wszyscy naokoło mówili, że w Afganistanie już za chwilę będzie bezpiecznie. Czego więc miałem się bać? – pyta. – Dopiero teraz widzę, że społeczność międzynarodowa nie przywiązuje żadnej wagi do tego, co się dzieje z Afgańczykami” – dodaje.

Halo, kto mówi?

Kiedy Bauer zaczął pracę dla wojska, ludzie przestali się z nim witać.

Talibowie wysyłali swego rodzaju listy gończe za tłumaczami. Można było zgarnąć 10 lub nawet 20 tys. dolarów nagrody.

„Zostałem zaatakowany dwa razy. Ostatni raz, kiedy dostałem groźbę od talibów, pracowałem dla niemieckiej armii. Wtedy moi przełożeni zdecydowali, że przeniosą mnie i moją najbliższą rodzinę do Niemiec” – opowiada Bauer. Dziś mieszka już w Berlinie, został relokowany do Niemiec.

Takiego szczęścia nie miał Ahmad Dżawad, który dla sił niemieckich w Afganistanie pracował przez dziewięć lat. Od 2014 r. talibowie grozili mu osiem razy. Poinformował o tym przełożonych, lecz ci nie podzielili jego obaw. Obecnie mieszka w północnej części kraju, ale pochodzi ze środkowego Afganistanu, gdzie wciąż żyje większość jego krewnych. „Wszyscy uważają, że pracowałem dla najeźdźców. Moja rodzina mieszka w regionie kontrolowanym przez talibów, więc jeśli wskutek jakichś działań militarnych prowadzonych przez zachodnie wojska ucierpiałby ktoś z ich sąsiadów czy krewnych, uznaliby, że miałem w tym swój udział” – mówi.

Fazal z żoną i piątką dzieci mieszka w Kabulu. Co jakiś czas ze względów bezpieczeństwa zmieniają lokalizację. Jako tłumacz pracował w Laszkargah w prowincji Helmand uznawanej za najniebezpieczniejszą w Afganistanie. Rzucił pracę, kiedy zaczął otrzymywać groźby. „Byłem śledzony. Odbierałem telefony z pogróżkami od nieznajomych. Głos w słuchawce mówił, że wiedzą o mojej pracy dla Międzynarodowych Sił Wsparcia Bezpieczeństwa, że nie zostawią mnie w spokoju, że mnie zabiją albo że skrzywdzą kogoś z mojej rodziny. Uznali mnie za współpracownika niewiernych, którzy okupują Afganistan”. W pracy doradzono mu, by z bazy wracał do domu tylko raz na tydzień, i to za każdym razem inną drogą i o różnych porach. Jego wujek oraz 18-letni kuzyn zostali zastrzeleni przez talibów. Wtedy zdecydował się wyjechać do Kabulu. Od pięciu lat nie pracuje już dla cudzoziemców.

Samadi nie ma wątpliwości, że wśród znanych mu ludzi są i tacy, którzy chcą go skrzywdzić. Lecz sam nie wie, kiedy to nastąpi. Krewni nie zapraszają go na spotkania. Nie składają mu życzeń podczas świąt. „Tłumaczyłem im wiele razy, dlaczego moja praca była istotna dla naszego kraju. Dawałem przykłady, jak pracowaliśmy, jak pomagaliśmy lokalnej policji. Ale oni wciąż są przekonani, że jestem szpiegiem” – mówi.

Groźby? Wahid wyjaśnia, że kiedyś jeszcze dzwonili albo pisali SMS-y. „Teraz już nikt nie dzwoni, nikt nie pisze. Po prostu mają cię na celowniku. Po co ostrzegać, skoro i tak chcą cię wyeliminować?”

Do Ahmada Dżawada natomiast zazwyczaj dzwonią. Zawsze najpierw pytają, czy rozmawiają właśnie z nim. A potem konkretnie mówią, o co im chodzi: „Wiemy, że pracowałeś dla cudzoziemców. Jesteś współodpowiedzialny za ich szatańskie działania. Czynisz zło. Nasi bojownicy są wszędzie, także niedaleko ciebie. Przy najbliższej okazji cię wyeliminują. Nie licz na drugą szansę”. Raz dostał też list z pogróżkami o podobnej treści.

Hayder w dalszym ciągu otrzymuje SMS-y, że jest zdrajcą. „Piszą, że jestem Amerykaninem i że nie zapomną mi tego. Że mnie dopadną i zabiją”. Wysłał e-maile do wszystkich oficerów, których znał. Poprosił o pomoc. Nikt się tym nie przejął. „Dopiero potem poznałem dwie kobiety, które powiedziały, że mi pomogą dostać amerykańską wizę. Pracują w programie AWA SIV Advocacy. Nic jednak nie obiecują, bo podobno administracja Trumpa zmniejszyła drastycznie liczbę wydawanych wiz dla osób z krajów muzułmańskich” – mówi.

Po kilku miesiącach pracy, kiedy Hayder zaczął otrzymywać pogróżki, zdecydował się zasłaniać twarz. Jego rodzina musiała przeprowadzić się do innego miasta. Na drzwiach jego rodziców ktoś zostawił dla niego wiadomość: „Poszukiwany martwy”. Do dziś ma ten napis przed oczami.

W ciągłym oczekiwaniu

Z myślą o irackich i afgańskich tłumaczach, a także kierowcach i innych osobach z personelu, którzy pracowali dla amerykańskich jednostek wojskowych, w 2009 r. w Stanach Zjednoczonych został ustanowiony specjalny program wizowy przewidujący otrzymanie Special Immigrant Visa (SIV). Obejmuje on pracowników oraz ich małżonków i dzieci. Do 2019 r. skorzystało z niego 30 tys. aplikujących. Żeby otrzymać taką wizę, należy przejść 14-stopniowy proces weryfikacji koniecznej ze względów bezpieczeństwa, a jednym z elementów, które warto dołączyć do swojej aplikacji, jest list z pogróżkami. Zazwyczaj poświadczenie o groźbach otrzymanych telefonicznie lub osobiście wystarczy, ale list jest dodatkowym uwierzytelnieniem. Najlepiej, jeśli zostanie podpisany przez jakiegoś znanego, niebezpiecznego bojownika. Zagrożenie staje się wiarygodne.

W regulaminie programu zapisane jest, że całość formalności ma zamknąć się w dziewięciu miesiącach, po których wnioskujący powinien już móc zostać relokowany. W praktyce jednak średni czas oczekiwania na SIV to cztery lata. Nierzadko trwa to o wiele dłużej.

By wspomóc osoby składające aplikacje do programu do życia, powołano organizację Association of Wartime Allies (AWA SIV Advocacy), która pomaga w prawidłowym zebraniu dokumentacji. Dlaczego na decyzję o jej przyznaniu czeka się tak długo? „Z powodu złego zarządzania procesem aplikacji i trudności administracyjnych. Liczba spływających wniosków jest o wiele większa niż możliwości ich przetworzenia przez personel. Rozmawiałam wielokrotnie z osobami pracującymi w National Visa Center, która jest jedną z głównych agencji zaangażowanych w proces wydawania SIV-ów. Ci ludzie zawsze oferują mnóstwo pomocy i robią absolutnie wszystko, co mogą. Niektórzy nawet oferowali więcej, niż wymagały tego ich obowiązki” – wyjaśnia Kim Staffieri pracująca w programie.

Inną inicjatywą jest organizacja pozarządowa Red T, która wspiera tłumaczy pracujących w miejscach o podwyższonym ryzyku, a także działa na rzecz zmiany międzynarodowego prawa dotyczącego osób zatrudnionych na tym stanowisku. Obecnie nie ma żadnych ustalonych rozwiązań prawnych, które dotyczyłyby tłumaczy pracujących w miejscach, gdzie toczy się lub niedawno miał miejsce konflikt zbrojny. Tego typu pracownicy mogą jedynie podlegać pod konwencje, które chronią wszystkich cywilów. Praca nad zmianą prawa to bardzo powolny proces.

„Wraz z niektórymi komórkami ONZ współorganizujemy wydarzenia opatrzone hasztagiem #ProtectLinguists oraz pracujemy nad rezolucjami lub innymi instrumentami prawnymi, które mogłyby chronić tłumaczy. Dokumentujemy przypadki przemocy wobec tłumaczy na całym świecie i wraz z nowojorskim Columbia University tworzymy bazę danych. We współpracy z innymi organizacjami działającymi na rzecz tłumaczy publikujemy poradniki postępowania w strefach konfliktu dla tłumaczy cywilnych i osób korzystających z ich usług. Kierujemy także projektem Open Letter, w ramach którego wysyłane są otwarte listy do rządów z całego świata. Wzywamy w nich do udzielenia azylu tłumaczom oraz do uwolnienia tych niesprawiedliwie uwięzionych. Jeden z takich listów był zresztą skierowany w 2014 r. do Polski, a jego odbiorcą był prezydent RP Bronisław Komorowski” – mówi Maya Hess z Red T. List wzywa do zagwarantowania azylu wszystkim afgańskim tłumaczom, którzy współpracowali z Polskim Kontyngentem Wojskowym. O ile osób chodzi i co się z nimi działo – to informacja, którą trudno uzyskać. Wiadomo natomiast, że w Afganistanie pomiędzy 2015 a 2020 r. polskie wojsko zatrudniało 14 lokalnych tłumaczy, w tym samym okresie w Iraku zaś ani jednego. Jakie były ich dalsze losy – nie wiadomo.

Za swoją własną ochronę biorą się także sami tłumacze. Ahmad Dżawad wraz z kilkoma znajomymi ustawili namiot naprzeciwko niemieckiej bazy Marmal w Mazar-e Szarif. „Żadna organizacja nie była w stanie nam pomóc, bo Niemcy są jednym z głównych darczyńców większości z nich, więc nie chcą one występować przeciwko swoim sponsorom. Rozmawialiśmy z przeds ta wicielami ONZ, z Human Rights Watch, UNHCR. Poszliśmy do lokalnych instytucji w Afganistanie. Wszystko na nic. Zostaliśmy sami. Dalej protestowaliśmy, staliśmy przed bazą i krzyczeliśmy. Spaliśmy tam. To wszystko trwało półtora roku” – mówi Ahmad. Namiot został jednak usunięty przez lokalną policję.

„Postawiliśmy zatem kolejny namiot i protestowaliśmy dalej. Na co dzień było nas na stanowisku ok. 20 osób. Dyskutowaliśmy, co zrobić, pisaliśmy wnioski, listy, petycje. W dniu większych protestów było nas 125 osób” – dodaje Samadi, jeden ze współorganizatorów.

Protestujący trzymali transparent z napisem po niemiecku: „Wymagamy od Was poszanowania naszych praw. Pomogliśmy Wam w Waszych misjach, więc nas chrońcie. A potraktowaliście nas jak śmieci”.

W końcu ze względów bezpieczeństwa protestujący usunęli namiot. Oznajmili jednak, że nie oznacza to, iż protest jest zakończony. Jak wyjaśnia Ahmad Dżawad: „Kontynuujemy protest – tym razem skupiamy się na przesyłaniu naszych papierów. Bundestag powtarzał, że każdy przypadek jest oddzielnie, więc wysyłamy te papiery indywidualnie. Mimo to wciąż nie otrzymujemy odpowiedzi”.

Rzecznik prasowy Bundeswehry przyznaje, że wiedzą o proteście. Mówi także, że Bundeswehra jest świadoma swojej odpowiedzialności względem lokalnych pracowników afgańskich. Przy ocenie poszczególnych przypadków bada się sytuację osobistą i możliwe zagrożenia, przed którymi może stanąć dana osoba. Jeśli zostanie określone szczególne lub ukryte zagrożenie dla pracownika, Federalne Ministerstwo Spraw Wewnętrznych składa zalecenie dotyczące przyjęcia do Niemiec. Jeśli jednak wniosek o wizę został odrzucony, Bundeswehra nie ma narzędzi do tego, by taką decyzję zmienić. Od czasu rozpoczęcia tego programu w Afganistanie w 2013 r. do stycznia 2020 r. z możliwości relokacji do Niemiec skorzystało ok. 800 lokalnych pracowników wraz z ok. 2,5 tys. członków rodziny.

Niektórzy jednak zostali zawieszeni w próżni na kilka lat tak jak np. Wahid. Pracował jako tłumacz dla armii niemieckiej. Po zakończonym kontrakcie dostał zaproszenie, by wraz z rodziną przenieść się do Niemiec. „Od tego czasu, a minęło już sześć lat, nic się nie wydarzyło. Złożyłem skargę do niemieckiego parlamentu. Nikt nie odpowiedział, jaki był powód odrzucenia mojej wizy” – wyjaśnia. Ze względów bezpieczeństwa kursuje między dwoma miastami. Chwilę pomieszka w Kabulu, potem jedzie do Mazar-e Szarif. Żeby zawalczyć w swojej sprawie, wystąpił w niemieckiej telewizji. Od tego czasu społeczeństwo się od niego odwróciło. Ludzie obmawiają go za plecami i dziwią się, jak mógł pokazać w telewizji swoją żonę.

„Moja żona zaczęła nosić burkę ze względów bezpieczeństwa, żeby jej nikt nie rozpoznał. Mój syn nie może chodzić do szkoły, bo się o niego boimy – mówi Wahid. – W Afganistanie jest teraz bardzo niebezpiecznie. Wczoraj była eksplozja w Mazar-e Szarif. Sześcioro dzieci zginęło. Większość osób żyje w permanentnym strachu. Europa wciąż mówi o prawach człowieka. Ale gdzie te prawa człowieka tak naprawdę są, to ja tego nie wiem” – dodaje.

Nigdzie nie wyjechała także Hadia. Była dziennikarką w radiu Bayane Shamal, które przynależy do sił koalicji ISAF. Do 2009 r. prowadziła tam dwa programy, a następnie dostała pracę w telewizji Tolo. „Wtedy dowiedziałam się, że moja koleżanka z radia została zamordowana przez terrorystów. To spowodowało, że Niemcy zaczęli przyznawać wizy pracownikom afgańskim, którzy pracowali w tym radiu”. Hadia nie występowała o wizę, dopóki ktoś nie ostrzelał jej samochodu w centrum Kabulu. Jej wniosek został jednak odrzucony. „Wszystkie wnioski moich znajomych z pracy z radia zostały zaakceptowane. Oprócz mojego. Wszyscy, którzy mogli, wyjechali. Z naszego zespołu z radia zostałam w Afganistanie tylko ja”. Hadia cały rok 2015 spędziła w domu. Bała się wyjść na zewnątrz.

Strach na wyciągnięcie ręki

W 2016 r. nad amerykańskim programem wydawania wiz dla byłych tłumaczy zawisła poważna groźba. Było to związane ze zmianami w amerykańskiej polityce migracyjnej i tym samym z ograniczeniem przyznawania wiz. Według przeciwników tych zmian ograniczenie liczby ich wydawania nie tylko narazi na śmiertelne niebezpieczeństwo byłych współpracowników, ale sprawi także, że Stany Zjednoczone staną się mniej wiarygodne. A to bynajmniej nie pomoże USA w kolejnych misjach zagranicznych.

Statystyki można ująć w słupki, liczby pomierzyć, ustawy przegłosować. Za cyframi kryje się jednak ludzki lęk.

A poziom permanentnego strachu, czas izolacji od społeczeństwa i stopień bezsilności pozostają niepoliczalne.

Hayder nie może wrócić do Bagdadu, obawia się o własne życie. Cały czas mieszka w hotelu w Regionie Kurdystanu. Jego żona i dwie córeczki zostały w Bagdadzie. Pracował jako taksówkarz, na basenie, trochę w budowlance. „Cztery lata temu byłem zdecydowany uciekać do Turcji albo do Grecji jako nielegalny emigrant. A potem dalej. To było jednak zbyt niebezpieczne. Za dużo osób umiera w morzu. Teraz więc czekam i zobaczę, co się stanie. Może czekam już tylko na to, żeby przyszli i mnie zabili? – mówi Hayder. – Moje córki w szkole mają przeze mnie problemy. Jedna z nich, Dima, wróciła ze szkoły z płaczem. Dwóch chłopców ją przezywało, że jej ojciec jest zdrajcą”.

Samadi, ten, który współorganizował protest tłumaczy, jest absolwentem prawa i stosunków międzynarodowych. Gdy trzy lata temu ktoś zadzwonił do niego z pogróżkami, postanowił złożyć wniosek o wizę. Po dokonaniu wszystkich formalności po półtora roku okazało się, że dokumenty Samadiego przepadły i w związku z tym nie ma możliwości, by wnioskował o azyl. „Jeden z moich braci cztery lata temu został zabity przez talibów. Mój drugi brat, który pracował dla niemieckiej armii w serwisie sprzątającym, został wraz z rodziną przeniesiony do Niemiec. Ja zostałem w Afganistanie i jestem całkowicie odizolowany. Nikt mnie nie odwiedza, nikt mnie nigdzie nie zaprasza, nawet na żadne zgromadzenia religijne. Rodzina się mnie wyrzekła. Jestem uwięziony we własnym domu. Granica mojego bezpieczeństwa znajduje się metr ode mnie. Kiedy muszę w jakimś celu wyjść do miasta, żegnam się z dziećmi i z żoną na wypadek, gdybym miał już nigdy ich nie zobaczyć. Mam 30 lat, ale ze stresu wyglądam na 50”.

Samadi nie ma pracy. Czasem dorabia jako taksówkarz, lecz zarobki wystarczają jedynie na bieżące wydatki. Jego żona ma co prawda wyższe wykształcenie, ale obecnie także nie pracuje. Kilka tygodni temu urodził im się synek. Finansowo wspiera ich ojciec, który sam jest na emeryturze. Jest dumny z pracy swojego syna. Samadi teraz siedzi w domu, dużo czyta, spędza czas z rodziną. „W regionie, w którym mieszkam, dalej słychać wybuchy. Wciąż giną ludzie” – dodaje.

Jego przyjaciel Ahmad Dżawad także nie może znaleźć pracy. Po tym jak pracował jako tłumacz, trudno o zatrudnienie u Afgańczyków, a u cudzoziemców nie ma w tej chwili wakatów. Wie, że jest pod ciągłą obserwacją. Chciałby wyjechać w bezpieczne miejsce. W obecnej sytuacji w zasadzie w ogóle nie wychodzi z domu. Czasem pójdzie do sklepu oddalonego o ok. 100 m od progu. „Ja nie robię nic. Tak właśnie to teraz wygląda” – wzdycha. Jeśli potrzebuje dodatkowych pieniędzy, pożycza je od przyjaciół. Na razie zadłużył się w sumie na 1500 dolarów. Od tygodnia boli go ząb, ale nie ma jak iść do dentysty. Jego żona też nigdzie nie wychodzi, jedynie w niedziele odwiedza swoich rodziców. Nie nosi burki, jednak na ulicy stara się zasłonić twarz chustą, żeby nikt jej nie rozpoznał. Oboje z dziećmi mieszkają u rodziców Ahmada Dżawada, finansowo wspiera ich brat. Tata jest emerytowanym policjantem. Wciąż wypomina synowi, że jest na ich utrzymaniu. Inni wspierają finansowo swoich rodziców, a on ciągle jest na ich garnuszku. Jego brat uważa tak samo.

Bauer co prawda wyjechał do Niemiec, ale w Afganistanie została jego szwagierka, która także pracowała jako tłumaczka. Talibowie wzięli ją za cel. Mimo że zgłosiła to swoim przełożonym, nic się nie zmieniło. Obecnie mieszka w Mazar-e Szarif. Ciągle musi się ukrywać. Bauer wciąż stara się sprowadzić ją do Niemiec. „W Europie rodzina to żona i dzieci, ale w Afganistanie oznacza także braci, siostry, ich małżonków i rodziców” – zaznacza.

Pytam Fazala, jakie ma teraz plany na życie. „Chciałbym pojechać gdzieś za granicę na studia magisterskie. Kilka dni temu zdałem ostatni egzamin. Studiowałem prawo i politologię. Mam najlepsze oceny z całego mojego rocznika. Może pojadę do Turcji, Malezji albo do Indii. Chciałbym wyjechać z rodziną za granicę, tam studiować i pracować”. Fazal kocha Afganistan, pragnąłby w nim dalej mieszkać, ale nie jest tu już bezpieczny.

Wahid żyje z oszczędności. Jego syn nie chodzi do szkoły, bo się o niego boją, więc wraz z żoną zajmują się jego edukacją w domu. Jego ojciec zmarł 14 lat temu. Były tłumacz mieszka z mamą, z dwoma siostrami i ich mężami, z żoną i z trójką dzieci. Niedawno urodził mu się kolejny syn. Wahid głównie zajmuje się domem. „Tak po prawdzie to teraz z moją żoną jesteśmy jakby dwiema żonami – śmieje się. – Lecz nie wiem jeszcze, na jak długo starczy mi oszczędności. Może na rok?” – natychmiast poważnieje.

Wspiera go żona, wspiera go także jego mama. Mówi, że powinien pojechać do Niemiec chociażby nielegalnie. Większość krewnych go nienawidzi. „To trwa już sześć lat. Nie wiem, ile jeszcze będę tak żyć. To okropnie frustrujące!” – denerwuje się. Miejsce, w którym mieszka, jest dosyć bezpieczne. Niedaleko znajduje się jeden z konsulatów, więc wszędzie jest sporo ochroniarzy. Mimo to cały czas czuje się jak na celowniku. Chciałby cofnąć czas i swoje decyzje tak, żeby ta historia nigdy się nie wydarzyła. Mówi, że wciąż czuje się porywany i mordowany każdego dnia . „Ja stopniowo umieram. Wolałbym umrzeć jednego dnia nagle, niż tak umierać powoli ze strachu”.

Kup numer