(fot. Metropolitan Museum of Art)
Marta Sapała czerwiec 2021

Moje zmęczenie nie jest tylko moje

Choć może się wydawać, że nigdy nie byliśmy tak zmęczeni jak obecnie, „wyczerpanie” nie jest nowym terminem – pojawia się regularnie, pod różnymi nazwami, odkąd ludzkość obserwuje własną kondycję. Zmieniają się jedynie winni.

Artykuł z numeru

Ucieczka od przebodźcowania

Czytaj także

z Nicholasem Carrem rozmawia Krzysztof Kornas

Technologie, którymi myślimy

Michał R. Wiśniewski

Trochę wolnego od wszystkiego

Tym razem miało być inaczej. Obiecałam sobie, że nie dojdę do miejsca, w którym będę marzyć wyłącznie o tym, żeby położyć głowę na klawiaturze i zasnąć. Jest któryś z kolei tydzień, na wyłożonym kostką dziedzińcu śmieciarka opróżnia kontenery z gruzem, sąsiad z ósmego podłączył właśnie gitarę do pieca, przez kanał wentylacyjny wciska się zapach cudzego obiadu. Słońce odbija się od białej ściany budynku naprzeciwko. Jedyne, o czym myślę, to by położyć głowę na klawiaturze i zasnąć, bo gdy nie idzie mi pisanie, nie idzie mi niemal nic.

To pewnie przez wiek, porę dnia albo roku, ilość wytłuczonych na klawiaturze liter – myślę zazwyczaj, gdy mi nie idzie. Nie takie ciśnienie atmosferyczne, nie ta faza cyklu, za mało snu albo zbyt poszarpany. Przez wiele lat wydaje mi się, że moje zmęczenie jest wyłącznie moje i tylko ja jestem w stanie coś z nim zrobić. Wszystkim innym przecież idzie; wystarczy, że otworzą komputer. Samo płynie.

Ostatnio internet mówi, że moje zmęczenie jest obecnie, owszem, częścią kolektywnego doświadczenia, ale wciąż jest moje. W mych rękach spoczywa odpowiedzialność za to, żeby coś z nim zrobić. Powinnam patrzeć w  dal, koniecznie liściastą, a  nie fiksować wzrok na ścianie po drugiej stronie biurka. Powinnam spacerować; 10 tys. kroków dziennie sprzyja zdaniom wielokrotnie złożonym, pozwala też cyzelować puenty. Powinnam tłumić szkodliwe bodźce i starannie dobierać te, które odżywiają umysł: świetnie sprawdza się szmer płynącej wody, łoskot ciężarówki wywożącej gruz z osiedlowego śmietnika – już niekoniecznie. Mogę też zainwestować w rolety, które odetną mnie od wybrakowanej nocy, kolejnego czynnika wpływającego na poziom energii, oraz oczyszczacz powietrza, żeby doprowadzić je do odpowiedniego stanu (PM 2,5 oraz lotne związki organiczne też potęgują poczucie zmęczenia). Wreszcie – spotykać się z ludźmi w wymiarze 3D, a nie przez Zooma, dotykać, ale tak żeby się przypadkiem nie dotknąć, bo tłok w prywatnej strefie podbija przecież kortyzol, ponadto jest pandemia. No i dbać o dopaminową równowagę; bo przecież robię to też sobie sama, szprycując się nią co i rusz. Gdy grzęznę w kolejnym akapicie tego tekstu, jakoś tak samo znosi mnie w stronę czynności, które przynoszą szybką radość. Składam wyschnięte pranie, kroję włoszczyznę na zupę, czytam synom Sekrety hotelu Winterhouse, patrzę, jak Mads Mikkelsen elastycznie ugina kolana, jeszcze Messenger, Gmail, cała lista spraw, które przestają być niewygodne, gdy można je wykonać zamiast. Seria małych spełnień przynoszących natychmiastowy efekt. No i zdarza się, że na resztę nie starcza już siły. Nie dzisiaj.

Na pohybel wyczerpaniu

„Znużenie, wypalenie, słabość, inercja, zapaść…” – wśród wszystkich słów spokrewnionych ze „zmęczeniem” tym, które przemawia do mnie najbardziej, jest chyba „wyczerpanie”. Lubię je, bo jest dosłowne i dobrze ilustruje obowiązujące w kręgu kultury europejskiej podejście do ludzkiej energii. Mówi o ostateczności, o tym, co następuje, gdy przekroczy się stan alarmowy, zużyje wszystkie zapasy i nie da się już nic na szybko zorganizować. Wyschło się, opustoszało. Trzeba się położyć i przeczekać; może z czasem coś się zbierze na dnie, a może nie.

Anna K. Schaffner, wykładowczyni na Uniwersytecie Kent i autorka książki Exhaustion. A History, przyglądając się etymologii angielskiego odpowiednika „wyczerpania”, łączy je z łacińskim exhaurire. Ex jest przedrostkiem oznaczającym coś, co pozostaje na zewnątrz, haurire oznacza „wyciągać”. Zwraca też uwagę na to, że w wielu europejskich językach słowa, za pomocą których próbujemy się zbliżyć do istoty wyczerpania, bazują na wodnych i powietrznych skojarzeniach; tak jakby energia była fizycznym, skończonym zasobem – płynnym lub lotnym. Można ją wylewać, wysypywać, zaciągać niczym tlen ze zbiornika. Ale nie w nieskończoność, w końcu nadchodzi kres. Zachodnia optyka, choć kładzie nacisk na to, że zasób energii, z którym przychodzi się na świat, może podlegać chwilowemu lub ostatecznemu wyczerpaniu, ma jednak kłopot z uznaniem tej sytuacji. Podciąga opadającą skórę i próbuje do ostatniego momentu biec na sztywnych stawach.

Najpiękniejszy polski magazyn intelektualny

Ciesz się z darmowej dostawy
i dostępu do e-wydań

Prenumeruj znak

W języku polskim „zmęczenie” i „wyczerpanie” nie maskują się, nie stawiają wyzwań. To słowa ugory, wyschnięte studnie, dowody cielesnej i emocjonalnej rozrzutności. Zmęczeniu blisko do męki, wyczerpanie jest przestrogą przed nierozważnym korzystaniem z samej siebie. Nieprawidłowo żyłaś, niewłaściwie sobą gospodarzyłaś, oddawałaś się życiu nie tak, jak powinnaś. Miałaś, ale się wykończyłaś. Dokuczliwy, bo obarczony winą, wątek indywidualnej odpowiedzialności jest, jak pokazuje Schaffner w swojej książce, od zawsze wpleciony w historię dyskusji o tym, czym właściwie jest stan obniżonej energii. Nawet gdy uwagę kieruje się w stronę czynników zewnętrznych, to w rękach jednostki leży wykorzystanie tej wiedzy. Na pohybel wyczerpaniu.

Epidemia przewlekłego zmęczenia

Zmęczenie fizjologicznie sygnalizuje stan, w  którym wyczerpane wysiłkiem ciało przestaje nadążać z realizowaniem żądań, mięśnie, żeby uchronić się przed uszkodzeniem, zaczynają wolniej reagować na bodźce. Mówi się też o wyczerpaniu umysłowym sensorycznym, emocjonalnym; to stan, gdy po całym dniu interakcji marzy się jedynie o tym, żeby zamknąć się w toalecie i do nikogo nie odzywać, długi płacz, po którym zostaje pustka w głowie, i piasek w oczodołach, trudności z koncentracją, anhedonia, czyli zamrożenie emocji, depresja.

Współczesna medycyna ustaliła, że zmęczenie jest stanem naturalnym, niebudzącym niepokoju, dopóki nie trwa dłużej niż miesiąc. Gdy nie ustępuje przez pół roku, mówi się o patologicznej nietolerancji wysiłku. Fala takiego wyczerpania przytrafia się światu co jakiś czas; jeden z epizodów zdarzył się zimą 1948/1949 r. w Akureyri, mieście na północy Islandii. Zaczęło się od miejscowej szkoły, choroba rozprzestrzeniła się też w okolicy. Kolektywnie przeżywany ból karku, sztywność mięśni i niedowład kończyn położono początkowo na karb zbiorowej histerii, potem łączono z chorobą Heinego-Medina, na koniec uznano za jednostkę chorobową o nieznanej etiologii. Epidemia trwała przez kwartał, zmęczeniem zakaziło się (chyba można użyć tego czasownika) ponad 6% populacji miasta, nieliczni wyszli z niej bez strat. Większość uskarżała się na dojmujący brak sił jeszcze kilka lat później.

I choć zachodnia medycyna od dawna przygląda się zmęczeniu, długo nie definiowano go jako oddzielnej jednostki chorobowej. Skapitulowano w 1994 r.; od tego momentu zespół przewlekłego zmęczenia (w skrócie ME/CFS od myalgic encephalomyelitis / chronic fatigue syndrome) figuruje w katalogu sytuacji przewidzianych przez ICD-10, które mogą się nam przytrafić, w dziale: „inne zaburzenia układu nerwowego”. Diagnoza ME/CFS często oznacza, że nie jest się w stanie pracować, nosić ciężarów, samodzielnie wetrzeć szamponu we włosy. Światło przynosi ból, gwar rozmów między domownikami odbiera się jako kakofonię, bywa, że nie można się podnieść w ogóle z łóżka, bo wyprostowanie skutkuje drastycznym spadkiem ciśnienia krwi. Autonomiczny układ nerwowy, zwłaszcza jego współczulna część, jest na wiecznym rollercoasterze. Whitney Dafoe, który opisuje na Facebooku swoje życie z ME/CFS, nazywa ją „metaboliczną pułapką”. Schaffner, która poświęca jej cały rozdział, pisze o frustracji pacjentów związanej z brakiem jednoznacznej wiedzy na temat tego, co powoduje zespół przewlekłego zmęczenia. Na ME/CFS nie ma lekarstwa, nie ma też zgody co do tego, czy jest to choroba o podłożu organicznym czy psychicznym; co jakiś czas pojawiają się badacze, którzy kwestionują jej istnienie albo protekcjonalnie twierdzą, że to współczesna wersja histerii. Schorzenie oficjalnie dotyka ok. 17 mln ludzi na całym świecie. Tylu jest zdiagnozowanych.

Krótka historia znużenia

Choć może się wydawać, że nigdy nie byliśmy tak zmęczeni jak obecnie, „wyczerpanie” nie jest nowym terminem – pojawia się regularnie, pod różnymi nazwami, odkąd ludzkość obserwuje własną kondycję. Zmieniają się jedynie winni; czarną żółć zastępuje noradrenalina, brak ufności w boski porządek – retrogradacja Marsa. Odpowiedzialnością obarcza się zaburzoną chemię mózgu. Automiłość albo fascynację śmiercią. Rewolucję przemysłową, fordowską taśmę produkcyjną, neoliberalną doktrynę „yes, we can”. Mówi się o nim jako konsekwencji zanieczyszczenia środowiska – pyłem zawieszonym, światłem, falami elektromagnetycznymi. Uważa za społeczną kontrę dla tempa życia, praktykę oporu wobec digitalizacji komunikacji lub konsekwencję działań patogenów: wirusa Epsteina-Barr albo, jak ostatnio, SARS-COV-2.

Na XVI-wiecznym rysunku Pietera Bruegla starszego depresyjna apatia, ukrywająca się pod nazwą acedii, perwersyjnie prześladuje wszystkich tych, którzy pozwalają sobie na zbyt długi odpoczynek. Acedia jest pojęciem, które trudno zrozumieć bez odwołania się do średniowiecznych wartości, to nie jest po prostu ordynarne, świeckie próżniactwo. Przedstawiana jako znużenie serca, brak życiowego wigoru, duchowy tumiwisizm – jest wszystkim tym naraz. Schaffner pisze, że acedia początkowo jest udziałem mnichów niezdolnych do utrzymania dyscypliny, potem jednak rozpełza się poza mury klasztorów. Staje się zagrożeniem dla społecznego porządku. Wyczerpanie jest niepożądane, trzeba je dyscyplinować.

Wiek XVIII oraz kolejny to czas, gdy w centrum zainteresowania pojawia się ludzki układ nerwowy. I to w jego fizjologicznej kondycji upatruje się źródła fizycznego wigoru. W 1733 r. wychodzi The English Malady (Angielska choroba) George’a Cheyne’a, jedna z pierwszych rozpraw poświęconych sposobom leczenia przypadłości o właśnie nerwowej proweniencji. Szkocki lekarz, znany ze swojego zamiłowania do wegetarianizmu, wśród winnych zmęczeniu wskazuje nadmiar bodźców związanych z miejskim życiem, ale też wygodę, zamiłowanie do luksusu oraz brak umiaru. Blisko półtora wieku później nowojorski neurolog George M. Beard podobnie definiuje jednostkę chorobową, która na kilka dekad zostanie ulubioną przypadłością uprzywilejowanych obywateli Europy oraz Stanów Zjednoczonych. Za jej plagę obwinia się tempo miejskiego życia, szybkie, stymulujące, które jest obciążeniem dla delikatnego układu nerwowego. Ale też emancypację kobiet, telegraf oraz prasę.

Jestem teraz neurastenikiem – pisze Oskar Wilde w cytowanym przez Schaffner liście. – Mój lekarz twierdzi, że mam wszystkie objawy”. Jest rok 1900, neurastenia przeżywa szczyt popularności, diagnozę dostają m.in. Marcel Proust oraz Karol Darwin. Etykieta neurastenika jest wygodna, bo winą za wyczerpanie obarcza po trochu ludzką fizjologię, współodpowiedzialność za obniżony nastrój, stany lękowe, drażliwość, zaburzenia erekcji oraz katar sienny przerzucając też na biegnącą kurcgalopkiem rzeczywistość. Z głową wszystko w porządku, to tylko przeciążone transferem danych nerwy, nie ma więc się czego wstydzić. Wszystko to sprawia, że neurastenia staje się diagnozą z wdzięcznością przyjmowaną również przez mężczyzn, zwłaszcza tych, którzy do pracy używają mózgu, a nie mięśni. Zresztą nawet najbardziej znany lekarz neurasteników Beard twierdzi, że to przypadłość, która jest udziałem wyrafinowanych i wyedukowanych umysłów.

— pełna wersja tekstu dostępna jest w drukowanych i elektronicznych wydaniach Miesięcznika Znak

Kup numer