fot. Yuri Kadobnov / AFP / East News
Małgorzata Nocuń październik 2021

Mater Dolorosa Poradziecji

Gdyby tworzono definicję pojęcia „matka cierpiąca z kraju poradzieckiego”, brzmiałaby: kobieta, której syna zabito podczas wojny albo operacji specjalnej. Zginął, ponieważ był niewygodny dla władz. Pogrążona w żałobie matka szuka prawdy o śmierci swojego dziecka, często i jego ciała. Chce tę śmierć pomścić, a czasem tylko urządzić pogrzeb i pomodlić się na grobie.

Artykuł z numeru

Z czego się śmiejemy

Na korytarzu mińskiego szpitala przytulały się dwie szlochające kobiety. Lekarze udzielali pomocy ich pobitym podczas demonstracji synom. Kobiety były zjednane w  cierpieniu. Ale ich synowie, gdyby tylko mogli, skoczyliby sobie do gardeł. Jeden był opozycjonistą, drugi funkcjonariuszem milicji.

Na kobiety spoglądała Swietłana Aleksijewicz, pisarka, laureatka literackiej Nagrody Nobla. Pomyślała, że ból matki, spowodowany cierpieniem albo śmiercią dziecka, jest zawsze taki sam. Tylko cierpiąca matka może zrozumieć drugą cierpiącą matkę. Nikt inny nie ma dostępu do tych uczuć. Obojętne, w jakich okolicznościach ginęły dzieci kobiet żyjących w ZSRR i w krajach poradzieckich: podczas stalinowskich czystek, w GUŁagu, w trakcie wojen, w wyniku operacji prowadzonych przez siły specjalne czy, przeciwnie, jako przedstawiciel służb, ponosząc śmierć z rąk bojowników – matki cierpiały tak samo.

Komunizm miał zaprowadzić równość wśród obywateli. I rzeczywiście, zrównał ze sobą kobiety. Pod więziennymi murami wyczekiwały: pisarki, aktorki, lekarki, naukowczynie, urzędniczki, robotnice i sprzątaczki.

Analfabetki i kobiety starannie wykształcone. Dawne arystokratki i przedstawicielki nizin społecznych. Ich krewnych aresztowano albo nawet już stracono, nie patrząc na pochodzenie. W Związku Radzieckim każdy mógł zostać wrogiem ludu.

Życie Anny Achmatowej, jednej z największych rosyjskich poetek, obfitowało w traumy. W 1921 r. rozstrzelano jej pierwszego męża i ojca jej jedynego syna – Nikołaja Gumilowa. Za powód posłużył udział w rzekomym „spisku białogwardzistów”. W latach 1933–1938 radziecka władza trzykrotnie aresztowała jej syna Lwa Gumilowa. W 1938 r. Lew trafił do łagru, wyszedł w 1941 r. po napaści hitlerowskich Niemiec na ZSRR i od razu zaciągnął się do Armii Czerwonej. Powodem prześladowań syna Achmatowej było pochodzenie. „Jesteś synem swojego ojca” – miał mu powiedzieć śledczy. Od 1921 r. Nikołaj Punin, trzeci mąż poetki, był wielokrotnie aresztowany, zmarł w  łagrze. Achmatowa  – niegdyś muza leningradzkich salonów artystycznych – gasła. Z synem miała złożone relacje, ale walcząc o niego, nie wahała się nawet napisać listu do Stalina. W listopadzie 1935 r. skreśliła następujące słowa: „Wielce Szanowny Josifie Wissarionowiczu, znając Waszą troskę o sprawy kultury w naszym społeczeństwie, a zwłaszcza o autorów, ośmielam się skierować do Was to pismo. 23 października w Leningradzie aresztowany został przez NKWD profesor historii sztuki Nikołaj Nikołajewicz Punin oraz mój syn Lew. Josifie Wissarionowiczu, nie wiem, jakie oskarżenia na nich ciążą, jednak daję Wam moje słowo honoru, że nie są ani faszystami, ani szpiegami, ani członkami kontrrewolucyjnych organizacji (…)”.

Achmatowa codziennie ustawiała się w kolejce pod petersburskim więzieniem Kriesty. Była jak inne kobiety w ogonku. Znoszone ubranie, wychudzone, zgarbione, pomarszczone. Staruchy, choć jeszcze młode. Kilkanaście lat przybyło im w ciągu paru miesięcy. Nie rozmawiały ze sobą, bo i tak wiedziały o sobie wszystko. Chciały sforsować więzienne mury. Wyrwać swoje dziecko z niewoli. Przytulić, choć to przecież już nie byli chłopcy, ale dorośli mężczyźni. Achmatową skuwał lęk i ból na równi z innymi matkami.

W Requiem, swoim najsłynniejszym utworze, który powstawał przez kilka lat i długo istniał jedynie w ludzkiej pamięci (spisanie strof na papierze stanowiło śmiertelne niebezpieczeństwo), Achmatowa zapisze:

„W strasznych latach jeżowszczyzny spędziłam siedemnaście miesięcy w więziennych kolejkach w Leningradzie. Któregoś razu ktoś mnie »zidentyfikował«. Wtedy stojąca za mną kobieta z sinymi wargami, która oczywiście nigdy w życiu nie słyszała mojego nazwiska, ocknęła się z właściwego nam odrętwienia i spytała mnie na ucho (wszyscy tam mówili szeptem):

– A to może pani opisać?

A ja powiedziałam:

– Mogę.

Wtedy coś w rodzaju uśmiechu przemknęło po tym, co kiedyś było jej twarzą.

Leningrad

1 kwietnia 1957

(tłum. Adam Pomorski)

Poemat stanowi najpełniejszy zapis stalinowskiego terroru. Ma synkretyczny charakter: łączy modlitwę i reportaż uczestniczący. Wiersz do dziś zachował aktualność. Żyjące na terytorium byłego Związku Radzieckiego kobiety nie cytują już strof Requiem z pamięci. Ale doświadczają podobnych uczuć.

Requiem Achmatowa zapisała:

„Łatwo dzień się w dzień odmienia,

Ani bym się połapała,

Że ci, synku, do więzienia

Zagląda nocka biała,

A tu znów nade mną stoi

I jastrzębim okiem wierci,

I o krzyżu męki twojej

Przypomina, i o śmierci

1939. Wiosna

(tłum. Adam Pomorski).

Po wojnie Lew Gumilow został wybitnym naukowcem. Rozwinął teorię eurazjatyzmu, mówiącą o wyjątkowym pochodzeniu i, co jest tego konsekwencją, wyjątkowej kulturze Rosjan. Jako dorosły mężczyzna wykrzyczał Achmatowej w twarz: „Ile minut dziennie o mnie myślałaś, mamo?”. Macierzyństwo było dla Achmatowej jedną z cięższych życiowych prób. Kiedy Lew był dzieckiem i przyszło jej wybierać pomiędzy realizacją zawodową, czyli sztuką, podróżami i uczestnictwem w życiu artystycznej bohemy, a opieką nad synem, wybrała karierę. Później targały nią wyrzuty sumienia. Z zapisków i dzienników przyjaciół Achmatowej (m.in. Lidii Czukowskiej) wiemy, że poetka myślała o swoim dziecku prawie nieustannie.

Niestety, macierzyństwo miało dla Achmatowej gorzki smak. Zrealizowała się jedynie jako Mater Dolorosa.

Palec na ustach

Na dzieje krajów poradzieckich składają się rewolucje i  wojny. Kobiety rodzą dzieci, które politycy zamieniają w mięso armatnie. W ZSRR i w Poradziecji życie jest tanim towarem.

Radziecka propaganda nie pozwalała opłakiwać poległych na frontach II wojny światowej. Powodem była skala ofiar. Po zakończeniu wojny, Stalin nie chciał przyznać, jaką ilością krwi Związek Radziecki okupił swoje zwycięstwo. Mówił o 7 mln poległych czerwonoarmistów. Kolejni przywódcy Kraju Rad, w miarę postępowania procesu destalinizacji, wymieniali wyższe liczby. Dopiero otwarcie radzieckich archiwów wojskowych pozwoliło poznać skalę „strat ludzkich” poniesionych na froncie w latach 1941–1945. W 2001 r. rosyjska Duma Państwowa wyjawiła te skrywane dane: 19 mln żołnierzy Armii Czerwonej i 23 mln cywilów.

Najpiękniejszy polski magazyn intelektualny

Ciesz się z darmowej dostawy
i dostępu do e-wydań

Prenumeruj znak

Partyjne kierownictwo było świadome, że po II wojnie światowej wyludniły się radzieckie wsie i miasta. Kobiety zostawały matkami w późniejszym wieku i wiele z nich wdawało się w przygodne romanse. Mężczyzna (obojętnie, żonaty czy nie) został sprowadzony do roli dawcy nasienia. Kobiety nie mogły opłakiwać poległych synów czy mężów – ofiar wielkiej wojny ojczyźnianej (tej terminologii używało sie i wciąż się używa w odniesieniu do walk toczonych w latach 1941–1945 przez ZSRR). Miały czuć się dumne z wkładu, który ich bliscy włożyli w  „wielkie zwycięstwo”. W  świętą „pobiedę”. Nie mogły być kimś na miarę „degeneratki”, Tatiany Samojłowej, czyli aktorki, która w filmie Lecą żurawie wcieliła się w rolę Weroniki. Bohaterka traci na froncie narzeczonego. I ma śmiałość cierpieć, płakać, krzyczeć. Brudna kobieta z twarzą wykrzywioną bólem, bliska obłędu, nie pasuje do obrazu salw zwycięstwa. Radości, z którą wita się pociągi wiozące z frontu ocalałych czerwonoarmistów. Paletę uczuć wyrażanych przez Weronikę Nikita Chruszczow uznał za „niegodną radzieckiej kobiety”. A samą Samojłową porównał do prostytutki. Film miał nawet nie wejść na ekrany kin, ale na szczęście mogli go zobaczyć zarówno obywatele Kraju Rad, jak i  publiczność międzynarodowa. Otrzymał Złotą Palmę na festiwalu w Cannes.

Podobnie było z  ofiarami radzieckiej interwencji w Afganistanie. Toczona w latach 1979–1989 wojna przynosiła Związkowi Radzieckiemu tysiące zabitych i rannych. Z afgańskich miast przylatywały do Związku Radzieckie słynne samoloty z „ładunkiem 200” – czyli cynkowymi trumnami, w których znajdowały się ciała poległych. Informacja na temat ich liczby była tajna.

Wspomniana już Swietłana Aleksijewicz jako młoda pisarka zainteresowała się problemem „matczynej traumy”. W książce Cynkowi chłopcy zebrała wspomnienia matek, których synowie walczyli podczas afgańskiej interwencji. Pisarka chciała, by jej książka miała „autentyczny charakter”, chciała poczuć, czym jest „Afgan”. Poprosiła radzieckie kierownictwo o pozwolenie na wyjazd do Afganistanu, by pobyć na tamtejszej „linii frontu”. Po przyjeździe jeden z oficerów zapytał pisarkę, czy chce zobaczyć, co się dzieje z człowiekiem po wybuchu bomby. Odparła: „Tak”. Pojechali na miejsce. Żołnierze właśnie porządkowali teren. Saperką zeskrobywali z ziemi resztki ciała zabitego mężczyzny, „żeby było co matce do trumny włożyć”. Aleksijewicz zemdlała.

Podczas pracy nad książką matki żołnierzy były wobec pisarki nieufne, wiedziały, że o śmierci na froncie i wojennym kalectwie, które wojna przynosi, się nie mówi. Aleksijewicz długo nawiązuje relacje. „Otwiera” swoje bohaterki: rozmawia z nimi całymi godzinami, by usłyszeć „te słowa”. Kobiety zwierzały się jej z największych traum, a ona płakała, kiedy słuchała nagrań. Mówiły, co czuły, kiedy błagały, by choć na chwilę otworzyć cynkową trumnę: „Chcę zobaczyć czy to moje dziecko!”, „Dajcie się pożegnać”. Opowiadały o losach żołnierzy, którym udało się wrócić z frontu: często bez nogi czy ręki, z syndromem stresu pourazowego, uzależnieni od narkotyków i zabijania. Po raz pierwszy ktoś pytał o ich uczucia, one po raz pierwszy mogły „powiedzieć prawdę”. Poruszająca była reakcja jednej z bohaterek Cynkowych chłopców. Kiedy książka się ukazała, matki weteranów oskarżyły pisarkę o zniesławienie i podanie fałszywych informacji. Ale zeznając podczas sądowego procesu, płakały i mówiły: „Tak, to moje, to wszystko moje”.

Nie inaczej jest dziś – „tajna” wojna, którą Rosja toczy na wschodniej Ukrainie, rodzi ofiary. I znów ciała są dla reżimu problemem. Bo jeśli oficjalnie konflikt zbrojny się nie toczy, to skąd polegli? Rodzinom mówi się, że młodzi żołnierze brali udział w „ćwiczeniach”, podczas których zdarzył się „nieszczęśliwy wypadek”. Sugeruje się, by nie zadawały zbyt wielu niewygodnych pytań. To może być dla nich niebezpieczne.

Kości

Olga Zawadzka, matka Dmitrija Zawadzkiego, zamordowanego białoruskiego dziennikarza, mówi, że nie uwierzy w śmierć syna, póki nie zobaczy jego kości. Jest lekarką. Wierzy w materialne dowody na życie i śmierć człowieka. Zawadzki „zginął bez śladu” w 2000 r. Wcześniej „obraził” Łukaszenkę – zrezygnował z bycia „osobistym operatorem” prezydenta i przeszedł na stronę opozycyjnych mediów (pracował m.in. dla nadającej na Białoruś rosyjskiej telewizji ORT). Logika reżimu wskazuje, że Zawadzki nie żyje. „Jeśli nie żyje, musi mieć grób. Miejsce, gdzie będę go odwiedzać, palić mu znicze. Matce grób syna jest potrzebny. Jeśli nie ma grobu, wierzy się, że dziecko nie umarło” – mówiła mi kilka lat temu w Mińsku Olga Zawadzka.

Lesia Gongadze, matka zamordowanego ukraińskiego dziennikarza Georgija Gongadze, też chciała pochować syna. Ale odnalezione w podkijowskim lesie ciało nie miało głowy.

– Nic tylko każą mi wciąż oglądać kości. Po raz kolejny chcą badać DNA. Co oni tam znajdą? Ciągle powtarzam: jak nie ma głowy, to nie ma ciała – mówiła Gongadze.

Lesia nie wierzyła, że winnych zabójstwa jej syna reżim znajdzie i osądzi. Właściwie jej już na tym nie zależało. Czuła, że wkrótce umrze.

– Czekam tylko na jedno. Chcę pochować syna. Chcę mieć pewność, że gdy umrę, to będę leżeć w grobie obok mojego dziecka.

Pierwszy raz odwiedziłam Lesię Gongadze w 2005 r. Sprawa zabójstwa jej syna była słynna nie tylko na Ukrainie. Żyły nią Europa i  Stany Zjednoczone. Sprawcy zbrodni chcieli, żeby każdy opozycyjny dziennikarz nad Dnieprem poczuł lęk. Stąd to wyjątkowe okrucieństwo: odcięcie głowy trupowi. Dodatkowo pojawiły się słynne „taśmy mjr. Melnyczenki”, na których Leonid Kuczma, były prezydent Ukrainy, zleca „uciszenie” Gongadzego.

Prezydent Wiktor Juszczenko, którego w  2005  r. do władzy wyniosła pomarańczowa rewolucja, osobiście spotkał się z Lesią i obiecał jej, że sprawa zabójstwa zostanie wyjaśniona. To, co wydarzyło się wkrótce po złożeniu owej obietnicy, przypominało, serial kryminalny. Nagle zmarł Jurij Krawczenko, były minister spraw wewnętrznych, zamieszany w zabójstwo Gongadzego. Dwa lata wcześniej w areszcie zginął były oficer milicji Igor Gonczarow, który miał znać szczegóły zbrodni. Lista była coraz krótsza. Ktoś (z  politycznej wierchuszki) zacierał ślad. Ale Lesia Gongadze nawet nie śledziła medialnych doniesień. Mówiła, że to wszystko polityka, a ona nie jest politykiem. Jest matką.

Mieszkała w kamienicy w centrum Lwowa. Niewielki, skromny pokój z  kuchnią. Gotowała na kaflowym piecu. Była w podeszłym wieku, jednak wciąż pracowała. Emerytura nie starczała na życie. Lubiła opowiadać o synu. Zresztą syn cały czas z nią był. Pokój, który zajmowała, przypominał małą izbę pamięci Georgija Gongadzego.

– Straciłam nie tylko Gię  – powiedziała Lesia, kiedy oglądałam zdjęcia jej syna. – Straciłam także jego brata bliźniaka. Podczas porodu okazało się, że ciąża była mnoga. Gię mi pokazano, jego brata, który przyszedł na świat zaledwie chwilę wcześniej, nie. Powiedziano, że urodził się martwy. A martwych dzieci nie dawano matkom do przytulenia. Jestem pewna, że go skradziono. Szpital był zamieszany w handel dziećmi. Takie rzeczy działy się w  Związku Radzieckim.

Gongadze, jak jego ojciec Gruzin, był charyzmatyczny, wylewny. Czasem zbyt impulsywny. „Gruzińska krew”. Nie mógł usiedzieć na miejscu. Zajął się dziennikarstwem śledczym. Pisał o korupcji w elitach władzy, przestępstwach gospodarczych, trudnych sprawach społecznych.

Lesia przechowywała stare kasety VHS z nagraniami programów prowadzonych przez Gongadze.

– O, niech sama pani zobaczy – powiedziała, wręczając mi kilka.

Na nagraniu z 1999 r. Gongadze pytał Wiktora Juszczenkę, czy zamierza ubiegać się o fotel prezydenta. Polityk odparł, że nie. Gongadze wiedział swoje i nie dawał za wygraną. Pytanie powtórzył jeszcze dwukrotnie; kiedy dwukrotnie usłyszał „nie”, skomentował: „Wiktor Andriejewicz Juszczenko to dobry polityk i uczciwy człowiek. Choćby dlatego, że gdy kłamie, to spuszcza oczy”. Uważał, że dziennikarz zawsze musi być w opozycji, bo gdy chwali władzę, przestaje być dziennikarzem.

Lesia próbowała z synem rozmawiać. Tłumaczyła, że igra z ogniem. Że źle się to wszystko skończy. Wiedziała, że syn dostaje telefony z pogróżkami. Odpowiadał:  „Mamo, jeśli my, dziennikarze, nie będziemy bronić tego narodu, to kto? Nie można się bać!”. Nie zmienił się po ślubie. Nie pomogły też narodziny córek bliźniaczek. Liczyło się tylko dziennikarstwo.

Lesia doskonale zapamiętała 16 września 2000 r. Od dłuższego czasu coś nie dawało jej spokoju. Miała złe przeczucia. Poszła do teatru, żeby na chwilę oddalić złe myśli. W przerwie dowiedziała się: Gia znikł. Tego, co działo się dalej tamtego dnia, już nie pamięta. Stała się matką cierpiącą. Resztę życia myślała już tylko o zaginięciu syna. Umarła w listopadzie 2013 r. Trzy lata później pochowano jej syna Georgija. Trumnę owinięto w  dwie flagi: ukraińską i  gruzińską. Po wielu latach śledztwa ukraiński sąd skazał Ołeksieja Pukacza, byłego generała MSW Ukrainy, za zabójstwo Gongadzego. Zleceniodawców morderstwa nie znaleziono.

Gongadze stał się na terytorium byłego ZSRR symbolem walki o wolność słowa. Ale w każdym z reżimowych krajów poradzieckich zginęły setki dziennikarzy i dziennikarek, obrońców i  obrończyń praw człowieka. To często śmierci anonimowe. Nie zawsze uwzględniane w danych statystycznych. To także setki matczynych traum.

Zachwiany porządek świata

W czwartki w Armenii zbiera się parlament. Przed jego siedzibą (na placu Republiki w Erywaniu) stoją kobiety ubrane na czarno. To matki żołnierzy, którzy padli ofiarą fali w armeńskim wojsku. Paradoksalnie, jeszcze kilka lat temu więcej wojskowych ponosiło śmierć z rąk swoich przełożonych niż w wyniku ostrzału granicy spornego Górskiego Karabachu. Kilkakrotnie spotykałam się z „kobietami w czerni”. Opowiadały o sobie: „Matka rodzi syna i daje tym draniom z armii na pożarcie”; „Nie miałam pieniędzy, by wykupić syna od wojska, gdybym zapłaciła, teraz syn by żył”; „Takiego pięknego syna miałam. Mądry, chciał się wykształcić, a teraz w grobie leży”; „Niech pani patrzy, to on po śmierci, mój syneczek” – matka podsunęła fotografie trupa na sekcyjnym stole.

Po takich spotkaniach trudno było mi radzić sobie z emocjami. Podczas rozmów z „matkami cierpiącymi” najmocniej odczuwałam bestialstwo poradzieckich reżimów. One nigdy nie kierują się humanitaryzmem. Nie żałują starców i dzieci. Tak było choćby w 2004 r., podczas szturmu rosyjskich sił specjalnych na oblężoną przez islamskich bojowników szkołę w  Biesłanie. Padli zabici cywile, w  tym uczniowie i uczennice. W przypadku Mater Dolorosa Poradziecji dzieje się coś więcej: zachwiany zostaje odwieczny porządek świata, to nie dziecko chowa swoją matkę, to matka staje nad grobem dziecka.

Dlaczego nie mówimy o cierpiących ojcach? Czują taki sam ból, także nie umieją wyjść z żałoby. Radziecki model wychowania nie nauczył ich mówić o  sobie. Ich uczucia widoczne są najczęściej w  spojrzeniu. Zdradza je przedwcześnie postarzała twarz. Czasem wypowiedzą kilka słów. Po chwili przerwą: „To niech może żona opowie”.

Wiele z „kobiet cierpiących” nie ma już sił do życia. Nie znajduje żadnego ukojenia. Śmierć ich dziecka była daremna. Matki cierpiące znajdują porozumienie, mimo że ich synowie walczyli po przeciwnych stronach frontu. Tak czasem jest (choć nie stanowi to reguły) na Kaukazie Północnym. W takich republikach jak Dagestan, Czeczenia czy Kabardyno-Bałkaria ludzie mówią: „U nas w każdej rodzinie ktoś zginął”. Z rąk funkcjonariuszy służb specjalnych giną bojownicy z podziemia islamskiego, a działacze podziemia zabijają „federałów”. Politolodzy analizujący sytuację w tym regionie Rosji mówią, że w wielu republikach Kaukazu Północnego toczy się wojna domowa. Krwawa i niesłabnąca na sile.

Kilka lat temu rozmawiałam z Czeczenką, której syn był funkcjonariuszem OMON-u (oddział milicji specjalnego przeznaczenia). Pewnego dnia wyszedł do pracy, śpieszyło mu się do domu, bo kilka tygodni wcześniej został ojcem. Uczył się pielęgnować noworodka: nosić, przewijać, kąpać. Tego dnia bojownicy zorganizowali zasadzkę na „federałów”. Syn Czeczenki zginął. Od tamtego wydarzenia minęło już kilka lat. Stara i schorowana kobieta mieszka w domu z widokiem roztaczającym się na głęboki las. Jej syna zamordowano właśnie tam. Uważa, że nigdy do końca nie przeżywa się żałoby po dziecku, ból jest nie do uśmierzenia. Ale wie też, że nie da się przeprowadzić rachunku krzywd. Ona cierpi tak samo jak niejedna matka zamordowanego bojownika. Przyszło im żyć na przeklętej ziemi. Naznaczonej konfliktami, żądającej krwi. Jej syn zabijał i jej syna zabito.

Czeczenka uważa, że obrona żadnego systemu czy wizji świata nie może być okupiona śmiercią. Czasem bywa wręcz przeciwnie. Kobiety się radykalizują. Wyznają zasadę „ząb za ząb”. Kimś takim jest żyjąca w Kabardyno-Bałkarii Marina. Jej syna oskarżano o udział w podziemiu islamistycznym. Przedstawiciele służb specjalnych porwali go i torturowali. Kobieta nie miała wątpliwości. Stwierdziła: „To jest wojna. Niech dzieci funkcjonariuszy giną tak samo, jak giną nasze dzieci”.

Na terytorium poradzieckim przeważa konserwatywny i patriarchalny stosunek do kobiet. Kobieta „ma stać przy mężczyźnie”. Być strażniczką ogniska domowego, znać swoje miejsce. W życiu publicznym spotykamy się z nadreprezentacją mężczyzn. W części kaukaskich rosyjskich republik trwa proces reislamizacji. Tam kobieta zajmuje miejsce przynależne jej w kulturze islamu. Matki cierpiące po stracie dzieci często wyklucza się ze społeczeństwa. Opinie publiczna uważa, że zginął, bo „coś miał na sumieniu”, „przecież nie zginąłby tak zwyczajnie…”. Z tymi matkami nie rozmawiają politycy. Opinia publiczna ich nie zauważa. Słyszy się: „Ona jest taka zaniedbana. Tylko płacze, świata już nie widzi”. Obarcza się je także winą: „No jak ona go wychowała, że tak skończył?”.

Jak w Requiem Achmatowej. Cierpiąca matka szuka pomocy u innej cierpiącej matki. W 1991 r. w Rosji zarejestrowano, działającą od trzech lat nieformalnie, organizację Komitet Matek Żołnierzy. Organizacja ma swoje przedstawicielstwa w różnych poradzieckich państwach. Świadczy pomoc matkom, których synów bezprawnie wezwano do wojska (to powszechna praktyka, poborowych rekrutuje się spośród studentów) albo wysłano na front (np. wschodnioukraiński). Do Komitetu zwracają się o pomoc także matki w żałobie. Ich dzieci straciły życie podczas walk, ale wojskowe kierownictwo nie chce udzielić informacji, w jakich stało się to okolicznościach. Często pojawia się problem z wydaniem ciała: matce zostaje przekazana trumna ze zwłokami, przy czym nie wolno jej otwierać. Ciało umarłego dziecka stanowi część tajemnicy wojskowej. Matka ma wierzyć, że syn zginął nie w Donbasie, lecz podczas ćwiczeń wojskowych. Ma też wierzyć, że pod wiekiem znajduje się ciało właśnie jego, a nie kogoś innego.

Skala cierpienia Mater Dolorosa Poradziecji jest oczywiście nieporównywalna z cierpieniem, które udokumentowała Achmatowa w okresie Wielkiego Terroru. Nie zmieniła się jednak skala rozpaczy matek i relacje państwo–jednostka. Matki tracą swoje dzieci podczas rewolucji (ukraiński Majdan w 2014 r.). Poradzieckie państwa rzucają młodych ludzi na wojny, jak czynił to Związek Radziecki w 1941 r. i w latach 80. w Afganistanie. Dziennikarzy, obrońców praw człowieka i opozycyjnych polityków zabija się nawet w środku dnia, strzałem w głowę – tak w Moskwie zginęli prawnik Stanisław Markiełow i  dziennikarka Anastazja Baburowa. Kto nam o tym opowie? Kto je ocali? Matki. Matki zachowują pamięć.

Kup numer