Subskrybuj
(fot. Maciej Zienkiewicz / Agencja Gazeta)
Adiunkt na Wydziale Polonistyki UW. Recenzentka i czytelniczka literatury najnowszej. Autorka prozy Elizje (Kraków 2017) i po drugiej stronie siebie (Kraków 2019), a także książek naukowych np. Lektura jako spotkanie. Brzozowski – tekst – metoda...

Alchemia codzienności

Nie tak znowu wielu poetów mogłoby się ścigać z autorką <em>Szczelin istnienia</em> na enumeracje jedynych i szczególnych cech owocu. By je wypisać, trzeba było wpierw go dotknąć. By je wymienić, trzeba było się zachwycić.

Nie wydały Szekspira, Rembrandta, Kanta ani Gaussa. Wszyscy to wiemy dzięki Virginii Woolf, a zbyt długo by dywagować, dlaczego tak jest. One – jako kolejne wcielenia kobiecego losu albo: losu ludzkiego w jego aspekcie zmarginalizowanym, nieawantażownym, egzystencjalnie odkuchennym. Role kulturowo męskie i role kobiece, działania męskie i działania kobiece różnią się diametralnie pod jednym względem: czynności męskie, przynajmniej teoretycznie, celują w konkret, choćby przygotowawczo. Figura mężczyzny, który czyści broń, ostrzy szablę, pucuje do połysku buty – robi to, co mu, niewątpliwie, służy, co poniesie dalej akcję. A kobieta? Pierze, zmywa, zamiata, gotuje, szoruje. Te czynności nie służą niczemu poza podtrzymywaniem egzystencji. Trudno je afirmować i łatwo przegapić, że w ogóle zostały wykonane – oczywiście do czasu, bo zaniechanie rychło demaskuje, jak bardzo były potrzebne. Widać je tylko w skali zaniedbań – a i wtedy rzadko, choćby od strony negatywnej, przemknie ku nim jakiś gest wdzięczności. Gdzie tu jednak miejsce na sens, a cóż dopiero na zachwyt?

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Sztuka zachwytu