Kadr z filmu "Saint Maud" fot. Alamy
Kadr z filmu "Saint Maud" fot. Alamy
Marcin Stachowicz październik 2025

Horror w epoce niepokoju

W latach 50. horrory podejmowały temat zagłady nuklearnej i politycznej infiltracji. W latach 60. i 70. diagnozowały rozpad tradycyjnych więzi społecznych, w ostatniej dekadzie XX w. zaczęły coraz mocniej przestrzegać przed nowymi technologiami. Czego boimy się dzisiaj?

Artykuł z numeru

Między słowami. Jak budować głębsze relacje

Między słowami. Jak budować głębsze relacje

Czytaj także

Midsommar – przykład sukcesu Nowej Fali artystycznego horroru pod szyldem A24 fot. Csaba Aknay/Courtesy of A24/Gutek Film

Marcin Stachowicz

A24 i lynchowski vibe

Jest wczesny wieczór, a rodziców nie ma w domu. Nie ma też internetu, płaskich telewizorów ani kablówki z setką kanałów. Płyty DVD nie pojawiły się jeszcze w szerokiej dystrybucji – filmy bierzemy z osiedlowej wypożyczalni kaset wideo albo ktoś nagrywa na pustą taśmę tytuł wypatrzony wcześniej w papierowej gazecie telewizyjnej. Wszyscy mieszkamy przy jednej ulicy, mamy od ośmiu do dwunastu lat i lubimy się bać. W piwnicy kolegi wywołujemy duchy, zbieramy się w kręgu i opowiadamy sobie niesamowite historie na wzór bohaterów serialu Czy boisz się ciemności? (1992), a po kryjomu oglądamy horrory.

Bez wybrzydzania – nie znamy się na kinie i nie mamy wyrobionego gustu. Hammerowska Mumia (1959), Martwe zło (1981) Sama Raimiego, Ptaki (1963) Alfreda Hitchcocka czy Milczenie owiec (1991) Jonathana Demme’a – stare czy nowe, ambitne czy klasy B, wszystko jedno: ważne, żeby straszyło. I choć większość tych filmów oglądam z półprzymkniętymi oczami, to jednak zwykle wytrzymuję do końca. To frajda nie tylko z łamania rodzicielskiego zakazu, ale też – czego wtedy jeszcze nie rozumiem – z przekraczania normy klasowej. W moim „aspirującym” domu horrory uchodzą nie tylko za nieodpowiednie dla dzieci, lecz także schlebiające „prostackim gustom” i – przez swój irracjonalizm – zbyt głupie dla „poważnego człowieka”. Co innego dziesiąta powtórka starego Jamesa Bonda. Tam też trup, cynizm i seksizm ścielą się gęsto, za to uśmiechy są zawsze szerokie, samochody luksusowe, a kolejni złoczyńcy padają martwi w nieskazitelnie czystych ubraniach.

Coś się zjawia

Dzisiaj niewiele się w tej kwestii zmieniło. Wystarczy, że przeczytam tekst o oczywistej, niemal ontologicznej niższości horroru – tej „najbardziej skostniałej” ze wszystkich konwencji kina gatunków – a już słyszę w głowie karzący głos rodziców i natychmiast chcę się buntować.

Jeśli niechęć wynika z indywidualnej wrażliwości albo światopoglądu, który nie dopuszcza pewnych wizji rzeczywistości – w porządku, jestem w stanie to przełknąć. Dużo gorzej, jeśli pod przykrywką neutralności i obiektywizmu przemyca się starego wroga: elitarną hierarchię gustów. Na samej górze intelektualne ambicje, autorska wizja i eksperymenty z formą, u dołu – rozrywkowość, dostarczanie wrażenia i powtarzalność. W przedstawieniach kulturowych oglądanie horrorów prawie zawsze ukazane jest poprzez ciało: widzimy ludzi kulących się w fotelach albo piszczących ze strachu, palce tłuste od popcornu, pary uprawiające seks w kinach samochodowych, kiedy na ekranie gigantyczna ćma pożera bohaterkę. W krytycznych ujęciach horror filmowy bywa przeciwieństwem „twórczego ducha” i gatunkiem przeklętym – nakłada na autorów rzekome „kajdany schematu narracyjnego” i blokuje rozwój oryginalnych pomysłów (to wszystko sparafrazowany ekstrakt z kilku anglojęzycznych recenzji).

Chcesz przeczytać artykuł do końca?

Zaloguj się, jeden tekst w miesiącu dostępny bezpłatnie.

Zaloguj się