Jagoda Grondecka styczeń 2020

Ostatni Żyd w Afganistanie

W wiek XX afgańska społeczność żydowska wkroczyła, licząc sobie imponujące 50 tys. członków. Zaledwie cztery dekady później liczba ta zmniejszyła się ponad stukrotnie. Dziś w całym kraju mieszka tylko jeden Żyd. Postanowiłam go odwiedzić.

Artykuł z numeru

Jedzenie przyszłości

Jedzenie przyszłości

Czytaj także

Katarzyna Rodacka

Czy nas słychać? Głosy z Afganistanu

Kabulska dzielnica Szahr-e Nau to jedna z niewielu części tego miasta, o której można powiedzieć, że tętni życiem. Młodzi Afgańczycy przesiadują w modnych kawiarniach, jakich nie powstydziłyby się europejskie stolice, uliczni sprzedawcy wystawiają na chodnikach swoje kramiki, gdzieniegdzie w parkach bawią się dzieci. Znajduje się tam też dom, w którym mieszka Zablon Simontow – ostatni przedstawiciel mniejszości żydowskiej w Afganistanie. Budynek jest jednocześnie jedyną działającą w Afganistanie synagogą. Miejscowi nazywają ją mesdżed-e jehudi – „żydowskim meczetem”. Wciśnięta między niewielkie sklepiki, mieści się przy słynnej Flower Street czy – jak mówią starsi mieszkańcy Kabulu – Gulforuszi, ulicy sprzedawców kwiatów, jednej z głównych dróg handlowych w centralnej części miasta. Została zbudowana w 1966 r. przez niewielką już grupkę afgańskich Żydów, która żyła wówczas w Kabulu.

Historia Żydów pod Hindukuszem jest zaskakująca i pełna skrajności. Choć trudno to sobie dziś wyobrazić, były czasy, kiedy do historycznej krainy Chorasanu uciekali wyznawcy judaizmu z całej Azji Centralnej i Bliskiego Wschodu, znajdując tam bezpieczne schronienie i możliwość swobodnego praktykowania swojej religii. Czarne karty żydowskiej historii w Afganistanie są jednak gęsto zapisane wzmiankami o antysemickich praktykach, ograniczaniu praw żydowskich współobywateli i pogromach, które skłoniły do emigracji prawie wszystkich – poza Simontowem.

Jego odnalezienie nie jest trudne – wystarczy zapytać któregoś z okolicznych sprzedawców o drogę. „Wszyscy go tutaj znają” – uśmiecha się jeden z nich, wskazując na pomarańczowy budynek obok niewielkiego supermarketu. Niebieskie drzwi z falistej blachy zdobią metalowe gwiazdy Dawida. Do środka wpuszcza nas ok. siedmioletni chłopiec. Choć jak wiele afgańskich dzieci powinien być teraz w szkole, pracuje, dorabiając do skromnego domowego budżetu. Przez całą naszą rozmowę będzie siedział obok i przysłuchiwał się, łuskając ziarenka ryżu.

Zablon Simontow większość czasu spędza w niewielkim, skromnie umeblowanym pokoiku na piętrze, gdzie wchodzimy przez ciemną, zrujnowaną klatkę schodową. Na ścianach pomieszczenia widzę żydowskie kalendarze – Simontow, choć jest w swoich praktykach osamotniony, deklaruje, że celebruje wszystkie święta. „Przed rozmową muszę się pomodlić” – oznajmia. Z regału zdejmuje nieco przykurzoną jarmułkę, zakłada także tefilin – tradycyjne żydowskie akcesorium modlitewne w formie dwóch skórzanych pudełeczek, koniecznie wykonanych z jednego kawałka skóry koszernego zwierzęcia. Na ramiona zarzuca tałes – prostokątną chustę w granatowe pasy, jaką mężczyźni noszą podczas modlitw w dni powszednie. Słowa modlitwy odmawia po persku, w harawi, jego pochodzącym z Heratu dialekcie. „Nie znam hebrajskiego – tłumaczy później. – Dlaczego miałbym mówić w tym języku? Przecież pochodzę stąd, z Afganistanu. To jest moja ojczyzna”.

Nigdy nie lubiłam przyglądać się ludziom w trakcie modlitwy. W wykonaniu Simontowa ten akt wydaje się jednak raczej starannie wyreżyserowanym performance’em odgrywanym na potrzeby gościa z zagranicy niż intymną chwilą dialogu z Bogiem.

Uczucie to potęguje fakt, że bezpośrednio po modlitwie Zablon upewnia się, czy zrobiliśmy zdjęcia, i płynnie przechodzi do interesów. Status ostatniego Żyda w Afganistanie stał się dla niego nieźle prosperującym biznesem. „To moje główne źródło dochodu – tłumaczy, gdy żąda 500 $ za udzielenie wywiadu. – Wszyscy dziennikarze mi płacą. Kiedy wrócisz do swojego kraju, napiszesz o mnie artykuł i na tym zarobisz. Ja też chcę coś z tego mieć. Jestem biednym człowiekiem, rząd Izraela mi nie pomaga”.

Potomkowie zaginionych plemion

Pierwsze wiarygodne wzmianki o wyznawcach judaizmu w Afganistanie sięgają VII w. W tamtych czasach byli oni skupieni głównie w Balchu, o czym informował jeden z ówczesnych arabskich historyków, pisząc o „tych, którzy nazywają się Żydami”. Położony niedaleko Mazar-e Szarif w północnej części Afganistanu Balch bywał w średniowieczu opisywany jako „matka miast świata”. Kiedy na przełomie XVII i XVIII w. Arabowie podbijali Persję, mieczem szerząc islam, perscy Żydzi uciekali właśnie na tereny historycznej krainy Chorasanu. Część afgańskich Żydów, głównie tych wywodzących się z grupy etnicznej Pasztunów, uważała się za potomków jednego z Dziesięciu Zaginionych Plemion Izraela. Niektórzy mówili o sobie Jusafzai, czyli „synowie Józefa”. Większość wyznawców judaizmu zamieszkiwała jednak północno-zachodnie tereny kraju, zdominowane przez Tadżyków, i podobnie jak oni władali językiem perskim, nie paszto. Od nich wywodzi się rodzina Simontowa. On sam urodził się w 1952 r. w Heracie, mieście na zachodzie kraju, które przez setki lat było domem dla największej społeczności żydowskiej we współczesnym Afganistanie. „Moi przodkowie zamieszkiwali te tereny od 3 tys. lat. Nie było tu nawet jeszcze żadnych muzułmanów. Tylko buddyści i Żydzi” – tłumaczy.

Do Heratu migrowali także Żydzi z Iranu. W latach 1839–1840 ok. 200 rodzin w położonym po drugiej stronie granicy Maszhadzie zostało zmuszonych do przejścia na islam lub opuszczenia Iranu. To właśnie do Afganistanu mogli wówczas uciec przed dyskryminacją, jaka spotkała ich za miedzą. O irańskim pochodzeniu wielu afgańskich rodzin żydowskich świadczą pojawiające się w kronikach nazwiska, takie jak Maszhadi, Jazdi czy Kaszani, wywodzące się od nazw irańskich miast. Żydzi w Heracie na wiele dekad zdominowali rynek tkanin. Wielu z nich handlowało także towarami luksusowymi, jak słynne afgańskie futra – karakuły, a niektórzy prowadzili tradycyjne sklepiki zwane attari, które w asortymencie miały przyprawy, cukier i herbatę. Ze względu na swoje koneksje zajmowali wysoką pozycję pośród innych handlarzy. Afgańscy Żydzi żyli w tamtych czasach m.in. w Londynie, Lipsku, Indiach czy wielu miastach w Rosji, dokąd ich afgańscy bracia w wierze eksportowali dywany, wełnę i tkaniny. Podobnym statusem cieszyła się rodzina Simontowa.

„Mój ojciec odwiedzał Amanullaha Chana, ówczesnego króla Afganistanu. Byliśmy bogatymi ludźmi, nasza rodzina od siedmiu pokoleń zajmowała się handlem i prowadziła dobrze prosperujące biznesy, więc mieliśmy kontakty wszędzie, także na królewskim dworze – opowiada. – Miałem dobre, spokojne dzieciństwo. W mieście poza nami żyło ok. 300 innych żydowskich rodzin. Tęsknię za tamtymi czasami. Wtedy nikt nie pytał, czy jesteś Żydem, czy muzułmaninem, czy chrześcijaninem. Nie, nikt nas nigdy nie gnębił. Mój ojciec i dziadek byli rabinami, byliśmy bardzo religijną rodziną, a dobrze żyliśmy z muzułmańskimi sąsiadami. Obchodzili nawet z nami nasze święta, a my z nimi ich. Nie było między nami żadnej wrogości”.

Mein Kampf na straganie

W wiek XX afgańska społeczność żydowska wkroczyła, licząc sobie imponujące 50 tys. członków. Zaledwie cztery dekady później liczba ta zmniejszyła się ponad stukrotnie. Po zabójstwie Nadira Szacha w 1933 r. wprowadzono wiele dyskryminujących przepisów wymierzonych w Żydów. Zabroniono im m.in. podróżowania po kraju bez specjalnego pozwolenia, wysyłania listów poza granice kraju oraz zamknięto drzwi do wykonywania większości zawodów. Choć podobnie jak na innych Afgańczykach ciążył na nich obowiązek odbycia służby wojskowej, Żydzi nie otrzymywali broni ani mundurów – zamiast tego służyli w armii, wykonując różne cywilne obowiązki. W poł. lat 30. XX w. żydowska społeczność w Afganistanie była już stosunkowo niewielka i ograniczona głównie do Balchu, Heratu i Kabulu. Stało się tak wskutek polecenia wpływowego ministra finansów i późniejszego premiera Mohammada Haszima Chana, który nakazał Żydom przenieść się tam z obszarów wiejskich oraz innych miast, jak Mazar-e Szarif czy Cholm. Oficjalną przyczyną tej decyzji była chęć ograniczenia migracji Żydów z terenów ówczesnego Związku Radzieckiego do Afganistanu. W rzeczywistości rząd chciał jednak pozbyć się Żydów z miast, by przejąć ich własność i wprowadzić monopol państwa na handel zagraniczny. W wyniku tej polityki wiele żydowskich rodzin utraciło swoje majątki, gwałtownie ubożejąc. Jedynie w stolicy żyli rozproszeni między muzułmańskimi współobywatelami. W Balchu i Heracie mieszkali skupieni w mahale-je jehudi – dzielnicach żydowskich.

Niewielka liczba afgańskich Żydów – głównie ludzi zamożnych, których stać było na zorganizowanie dalekiej podróży – opuściła w tamtym czasie Afganistan i osiedliła się w Palestynie, docierając do niej przez Indie, Persję i Irak. Migracja Żydów z Afganistanu rozpoczęła się masowo dopiero po II wojnie światowej, kiedy afgański rząd stanął po stronie państw arabskich w wojnie z Izraelem, co doprowadziło do silnego przebudzenia antysemickich nastrojów. Trudno powiedzieć, czy miały one źródło bardziej w nazistowskiej propagandzie, czy raczej w tradycyjnym afgańskim nacjonalizmie. Popularne afgańskie powiedzenie głosi, że Hitler zostawił przy życiu część Żydów, by przypominali światu, jak bardzo są nieznośni. Podobnie jak w Iranie, postać Hitlera cieszy się w Afganistanie pewną popularnością, a Mein Kampf w perskim przekładzie można bez problemu kupić w większości księgarni czy na ulicznych straganach z książkami.

Przyczyn takiego stanu rzeczy jest kilka. Bodaj najpoważniejsza to niski stan wiedzy historycznej i brak świadomości, co naprawdę wydarzyło się podczas II wojny światowej czy jak wyglądały nazistowskie Niemcy. Większość informacji docierających na ten temat do Afganistanu to silna antysemicka propaganda, jaka podczas wojny była rozprzestrzeniona w państwach arabskich. Dla Afgańczyków – w większości niedarzących szczególną estymą swojej skorumpowanej i nieudolnej klasy politycznej – Adolf Hitler jest książkowym przykładem sprawnego lidera, który skutecznie wcielił swoje idee w życie. Antysemickie nastroje do dziś rozbudza także polityka Izraela wobec Palestyńczyków, którą część Afgańczyków odczuwa jako wymierzoną w całą społeczność muzułmańską na świecie i wpisującą się w narrację o wojnie z islamem, jak niektórzy mówią o amerykańskiej „wojnie z terroryzmem” po 2001 r.

W pierwszych latach po zakończeniu II wojny światowej ok. tysiąca Żydów opuściło Afganistan nielegalnie, czyniąc Bombaj swoistym centrum tranzytowym. Część z nich udało się także przewieźć do Izraela przez jemeński Aden w ramach operacji Magic Carpet w latach 1949–1950. Ci, którzy mimo wszystko pozostali w Afganistanie, w większości uciekli, gdy w 1979 r. kraj zaatakowali Sowieci, instalując w Kabulu marionetkowy komunistyczny rząd i rozpoczynając krwawą wojnę, która toczyła się przez następną dekadę.

W czasach rządów Mohammada Nadżibullaha, ostatniego komunistycznego premiera Afganistanu, w Kabulu żyło już tylko od 10 do 15 Żydów, stanowiąc całą społeczność żydowską, jaka pozostała w Afganistanie.

Wkrótce po wycofaniu się wojsk Związku Radzieckiego w 1989 r. Simontow wraz z rodzicami i rodzeństwem wyjechał do Turkmenistanu, gdzie poznał swoją przyszłą żonę. W 1992 r. już jako małżeństwo wrócili razem do Kabulu. Reżim komunistów właśnie dogorywał, a pozostawioną przezeń próżnię natychmiast wypełnili różnej proweniencji watażkowie, zaciekle rozrywając między sobą niemal wszystkie prowincje w kraju. Po dekadzie krwawej wojny przemoc znów osiągnęła nieprawdopodobne natężenie – porwania, gwałty i morderstwa były na porządku dziennym. W 1995, rok przed tym, jak talibowie przejęli Kabul, ogłaszając ustanowienie Islamskiego Emiratu Afganistanu, żona Zablona wraz z ich dwiema córkami – Szoszanną i Rachelą – wyjechała do Izraela. „Byłem tam raz, tuż po ich wyjeździe. Spędziłem w Izraelu dwa miesiące i wróciłem. Dlaczego nie chciałem się przeprowadzić z nimi? A czego miałbym tam szukać?” – pyta retorycznie Simontow.

Dwóch Żydów idzie na wojnę

Wkrótce w Kabulu zostało już tylko dwóch żydów: Simontow i Izaak Lewi, jego sąsiad i… największy wróg. Choć mogłoby się wydawać, że w atmosferze rosnącej nienawiści wobec wszelkich mniejszości powinna ich scalać pewna wspólnota, jedyna rzecz, co do której zgadzali się ci dwaj, to wzajemna niechęć. Geneza sporu do dziś nie jest do końca jasna, choć na pewno ma wiele wspólnego z aktem własności budynku, w którym rozmawiamy.

„Kiedy Zablon wrócił do Kabulu z Turkmenistanu, Izaak przyjął go bardzo serdecznie – mówił przed kilkoma laty jednemu z dziennikarzy okoliczny sprzedawca. – Wojna między nimi zaczęła się później”. Simontow i Lewi zamieszkali na dwóch różnych piętrach synagogi. W 1998 r. Lewi napisał do talibskiego Ministerstwa Spraw Wewnętrznych list, w którym oskarżył Simontowa o kradzież żydowskich relikwii. Ten nie pozostał mu dłużny – zaczął rozsiewać plotki, jakoby jego sąsiad miał prowadzić dom publiczny i nielegalną rozlewnię alkoholu. Opowiadał także, że Lewi, który dzięki długiej brodzie zyskał przydomek Mułła, przeszedł na islam, czemu ten zdecydowanie zaprzeczał. „Zablon wysłał do mojej żony w Izraelu list, w którym pisze, że zostałem konwertytą. Teraz ona nie chce ze mną rozmawiać. Wszystko, co dzieje się w moim życiu złego, jest przez niego!” – utyskiwał Lewi kilka lat przed śmiercią.

Najpiękniejszy polski magazyn intelektualny

Ciesz się z darmowej dostawy
i dostępu do e-wydań

Prenumeruj znak

Litania wzajemnych oskarżeń ostatecznie zaprowadziła obu do więzienia. Okazało się jednak, że kłótnie Simontowa i Lewiego to za dużo nawet dla talibów. Awanturnictwo dwóch ostatnich Żydów w Afganistanie być może zatem ocaliło im życie, a na pewno zdecydowało o opuszczeniu przez nich więzienia, w którym nie mogli ich znieść strażnicy. Austriacko-afgański dziennikarz Emran Feroz dotarł do Khairullaha Khairkhwy, jednego z przywódców ruchu talibów, którzy w tym roku brali udział w rozmowach pokojowych z rządem USA w Katarze. Po zobaczeniu wideo z udziałem Simontowa miał powiedzieć Ferozowi: „O tak, dobrze pamiętam tych dwóch. Miałem z nimi mnóstwo problemów”.

Opuszczenie więzienia nie było bynajmniej ostatnim aktem konfliktu. W 2002 r. Simontow skarżył się na Lewiego dziennikarzowi „New York Timesa”: „Nie rozmawiam z nim, to diabeł. Nawet pies jest lepszy od niego. Nie narzekam za bardzo na talibów, za to na niego owszem”. Lewi odpowiedział wówczas, że Simontow to złodziej i kłamca.

Simontow i Lewi nie znosili się tak bardzo, że w jednym z pomieszczeń w synagodze rozwiesili prześcieradło, by nie musieć się nawzajem oglądać podczas modlitwy.

Antagonizm między nimi i jego sceniczny potencjał stały się inspiracją dla artystów z całego świata. Ich historia została zobrazowana m.in. w sztuce Dwóch ostatnich Żydów w Kabulu Josha Greenfielda, Dwóch Żydów idzie na wojnę Setha Rozina oraz rumuńskim filmie z 2007 r. pod wdzięcznym tytułem Kabała w Kabulu.

„Levi chciał sprzedać budynek naszej synagogi – tłumaczy Simontow. – Dlatego nasłał na mnie talibów. Powiedział im, że jestem izraelskim szpiegiem, bo miał nadzieję, że mnie zabiją i zostanie jedynym właścicielem. Więzili mnie kilka razy, łącznie spędziłem w celi 57 dni. Chcieli, żebym przeszedł na islam, ale odmówiłem. Dlaczego mnie nie zabili? Bóg miał mnie w opiece”.

Dwóch ostatnich Żydów żyło ze sobą jak pies z kotem aż do śmierci Lewiego w 2005 r. Simontow nie ukrywa swojej radości z faktu, że wreszcie został sam. „Lewi nie był dobrym Żydem. Zarabiał pieniądze, wróżąc ludziom z ręki i robiąc amulety, uprawiał magię. Nasza religia na to nie pozwala. Umarł, a ja za nim nie tęsknię. Jest mi dobrze tak, jak jest – mówi. – Przez niego talibowie ukradli naszą ostatnią Torę!” XV-wieczny manuskrypt miał być wyniesiony przez talibskich funkcjonariuszy i sprzedany na czarnym rynku. Simontow deklaruje jednak, że przez resztę swojego życia będzie poszukiwał księgi, która według niego została przewieziona do amerykańskiego więzienia w Guantanamo. „Czuję się odpowiedzialny za ochronę żydowskiej spuścizny w Afganistanie. Muszę tu zostać, żeby chronić synagogę. Słyszeliście, co się stało z naszym cmentarzem w Kabulu? Talibowie wszystko rozkradli i sprzedali ziemię. Gdyby mnie tu nie było, z synagogą stałoby się to samo”.

Po śmierci Lewiego Simontow znalazł ujście dla swojej energii w rozkręcaniu nowego biznesu. W 2009 r. w budynku synagogi powstała restauracja Bastane Balkh. „Przez jakiś czas biznes kręcił się naprawdę dobrze – mówi Simontow. – Jeden z hoteli w Kabulu codziennie zamawiał u nas kilkaset posiłków dla swoich gości. Kucharze gotowali od rana do nocy. Wszyscy byli muzułmanami. Nie chciałem nikogo zniechęcać do naszej restauracji, a niektórzy pewnie nie chcieliby posiłku przygotowanego przez Żyda”. Niestety, wraz ze stopniowym wycofywaniem się z Afganistanu obcych wojsk, dla których miejscowe hotele i restauracje codziennie wydawały tysiące posiłków, topniała liczba zamówień w restauracji Simontowa. W miarę jak w kolejnych latach pogarszała się sytuacja bezpieczeństwa, sami kabulczycy coraz mniej chętnie wychodzili z domów, by cieszyć się spacerem czy posiłkiem w restauracji. W 2013 r. Simontow wobec widma bankructwa został zmuszony do zwinięcia interesu. „Wcześniej przychodziły tu całe rodziny z dziećmi, młodzi ludzie. Później zrobiło się tak niebezpiecznie, że nikt już nie wychodził z domu. Straciłem mnóstwo pieniędzy i stałem się bezrobotny” – opowiada.

„Amerykanie nie mogą opuścić Afganistanu!”

W swoim ponad 60-letnim życiu Simontow imał się różnych zajęć: jak wcześniej wielu swoich pobratymców handlował dywanami oraz antykami. „Sprzedawałem je do Izraela, Tajlandii, Londynu. To był dobry, dobry czas” – rozmarza się. Dziś także, jak twierdzi, nie może opuścić Kabulu, bo ma tu interesy. Niechętnie jednak o nich opowiada. Wokół jego biografii narosło wiele legend, a on sam nie tylko wydaje się nieskory, by dementować plotki, ale umiejętnie podsyca zainteresowanie swoją osobą, udzielając sprzecznych lub niejasnych informacji. „Regularnie rozmawiam ze swoimi córkami przez telefon. Jeśli sytuacja w Afganistanie jeszcze się pogorszy, być może nawet do nich dołączę” – mówi najpierw. Później deklaruje jednak, że ich ostatni kontakt miał miejsce podczas jego pobytu w Izraelu – potem żona miała przestać się do niego odzywać i zabronić tego córkom.

Simontow, podobnie jak inni mieszkańcy Afganistanu, boi się o przyszłość kraju. We wrześniu talibowie zajmowali ponad połowę prowincji, a Afgańczycy szykowali się do nadchodzących wyborów prezydenckich. Po zerwanych wcześniej przez Donalda Trumpa rozmowach pokojowych z talibami Simontow obawia się najgorszego – widma wybuchu kolejnej wojny domowej lub powrotu reżimu talibów. „Przekażcie moją wiadomość Donaldowi Trumpowi i amerykańskim Żydom: Amerykanie nie mogą opuścić Afganistanu! Jeśli się teraz wycofają, będzie tak samo jak po opuszczeniu kraju przez Związek Radziecki. Do władzy wrócą talibowie. Afgański rząd nie poradzi sobie sam. To wina NATO, że po 2001 r. [obalenie reżimu talibów – przyp. aut.] nie udało się ustabilizować sytuacji, więc teraz powinniście zostać tak długo, aż będziemy tu bezpieczni”. Po chwili dodaje: „Przekażcie też Amerykanom, żeby nie głosowali więcej na Trumpa, to nie jest dobry prezydent. Ja bardzo interesuję się polityką, codziennie do północy oglądam wiadomości”.

Dziś licząca ponad 10 tys. osób społeczność Żydów afgańskiego pochodzenia zamieszkuje Izrael, nieco ponad tysiąc Stany Zjednoczone. Nie wiadomo, ilu dokładnie pozostaje rozsianych po świecie. Simontow przyznaje, że mimo hartu ducha i przyzwyczajenia do niesprzyjających warunków bycie nie tyle mniejszością, ile jedynym tej mniejszości przedstawicielem bywa bardzo trudne: „Tęsknię za moją rodziną i czasami czuję się samotny, ale nie chcę opuszczać Afganistanu na zawsze. Tu jest mój dom. Moja rodzina także by wróciła, gdyby wreszcie zapanował pokój”.

Za współpracę dziękuję Samirowi Szerzadowi.

Kup numer