Michał Koza marzec 2021

Filozof martwy, filozof spełniony

Męczeństwo według Umrzeć za ideę to zawsze uwznioślenie, nigdy przymus, zniewolenie lub tragedia – co w świetle bardziej krytycznej refleksji o śmierci i władzy trudno przyjmować bez zastrzeżeń i bez pewnego niepokoju.

Artykuł z numeru

Michał Heller. Pytanie o Boga i ateizm

Czytaj także

Søren Gauger

Piraci, Darwin i awokado

Pier Paolo Pasolini został zamordowany po północy 2 listopada 1975 r. Jego zmasakrowane ciało znaleziono na plaży w Ostii – kilkakrotnie przejechano po nim samochodem, żyjącego jeszcze reżysera skatowano, połamano mu kości, a zwłoki oblano benzyną i spalono. Przyczyny morderstwa wciąż są zagadkowe (co opisał m.in. Jarosław Mikołajewski w tekście Pier Paolo próbuje z martwych wstać), ale faktem pozostaje, że Pasolini za życia poświęcił się bez reszty krytyce faszystowskich tendencji we włoskim społeczeństwie, co przysporzyło mu wielu wrogów. Czy historia reżysera Salò, czyli 120 dni Sodomy mogłaby stanowić nieoczywisty i problematyczny punkt wyjścia dyskusji o „męczeństwie za ideę”? Nie mam wątpliwości – ale akurat książka Costici Bradatana z zadziwiającym uporem stara się tej i wielu innych dyskusji uniknąć.

Na początek jednak warto przedstawić zamiar przyświecający opracowaniu amerykańskiego badacza rumuńskiego pochodzenia. Umrzeć za ideę w tłumaczeniu Dariusza Jana Skotarka (którego terminologiczna pieczołowitość miejscami osładza niedostatki autorskiej koncepcji) to przede wszystkim książka o „cielesnej autokreacji”. Według Bradatana najbardziej spektakularną i najściślej filozoficzną formą tego twórczego podejścia do życia jest uczynienie z umierania „wymownego widowiska”, które wstrząsa widzami, wywołując w nich mieszankę „zachwytu i przerażenia”. Filozof męczennik byłby zatem kimś, kto dzięki wytrwałemu wprawianiu się w sztuce umierania i życiu poświęconemu praktykowaniu mądrości (rozumianej przez autora w dużej mierze jako dystans do wszelkich ziemskich spraw) jest w stanie wyreżyserować własną śmierć.

Najpiękniejszy polski magazyn intelektualny

Ciesz się z darmowej dostawy
i dostępu do e-wydań

Prenumeruj znak

Bradatan wiąże ideę autokreacji z nowożytną myślą o człowieku jako stworzeniu niedokończonym, humanistycznym twórcy samego siebie. W tej chyba najbardziej interesującej części książka nawiązuje do Pica della Mirandoli, włoskiego humanisty, by przejść do myśli Pierre’a Hadota, którego badaniami starożytnych ćwiczeń duchowych inspirował się z kolei Michel Foucault, niezrównany badacz idei sztuki życia i „technik siebie”. Dalszym ogniwem wywodu jest dzieło Michela de Montaigne’a, u którego literacka autokreacja splata się z ideą oswajania się ze śmiercią w codziennym życiu. Do tego filozoficznego przeglądu autor dołącza również Martina Heideggera jako filozofa uzależniającego autentyczność życia od perspektywy domykającej je śmierci. Z Heideggerowską koncepcją „bycia-ku-śmierci” Bradatan zestawia Śmierć Iwana Iljicza autorstwa Lwa Tołstoja (nie ma co ukrywać – czyniono to już wielokrotnie), by ostatecznie odwołać się do najmniej chyba znanej z przywoływanych postaci: Paula-Louisa Landsberga. Z egzystencjalistycznej myśli autora O sprawach ostatecznych wydobywa jednak właściwie tylko dwa motywy – umieszczenie doczesnego istnienia w perspektywie wieczności oraz alegorię „człowieka jako byka na arenie” – zaniedbując np. problematykę cielesności czy koncepcję eutanazji, które również wydawałyby się istotne w kontekście życiowej autokreacji. Część „pojęciową” domyka jeszcze zestawienie z Siódmą pieczęcią Ingmara Bergmana, stawiające przed oczami czytelników i czytelniczek dobrze znany pojedynek Antoniusa Blocka ze Śmiercią.

Kontekstom, po które w części pierwszej sięga uczony, można by zarzucić brak inwencji, lecz wciąż broniłyby się jako popularnonaukowe spojrzenie z lotu ptaka na zachodnią filozofię śmierci. Co jednak zrobić z częścią (czy też, jak chce autor, „warstwą”) drugą? Prezentuje ona wybrane z bardzo różnych momentów historycznych postacie, których wspólnym mianownikiem jest utrata życia z powodu głoszonych poglądów. Wśród nich, oprócz Sokratesa jako patrona i najważniejszego punktu odniesienia, znaleźli się zamordowana w imię chrześcijaństwa filozofka Hypatia, spalony na inkwizytorskim stosie Giordano Bruno, stracony przez Henryka VIII katolik Thomas More oraz Jan Patocˇka, sygnatariusz Karty 77, który zmarł po wielogodzinnych przesłuchaniach przez czechosłowacką tajną policję.

Historie tych osób, ubarwione biograficznymi szczegółami, zajmują jednak stosunkowo niewiele miejsca (osoby szukające ciekawych historycznych faktów o wiele bardziej skorzystają na lekturze np. Księgi zmarłych filozofów Simona Critchleya). Im dalej, tym bardziej dyskurs przejmują za to autorskie rozważania o niezliczonych aspektach filozoficznej śmierci, które miałyby być wzniosłe i godne podziwu. Patetyczny ton jest niełatwy w odbiorze – nad przywoływanymi biografiami unosi się duch arcydzielności (źródła nie są poddawane krytycznej analizie, biorącej pod uwagę okoliczności historyczne), czego nie można powiedzieć o samym tekście, obfitującym w powtórzenia i nadmiarowe ekskursy (w tym chyba najdłuższy poświęcony enigmatyczności języka Heideggera). Apoteoza sięga zenitu przy częściach dotyczących More’a i Sokratesa, najbardziej rozbudowanych, a do tego pełnych dramatyzatorskich zabiegów, mających być może stworzyć wrażenie głębokiego wczucia się w przeżycia skazanych na śmierć. Jak w tym fragmencie: „More był również świadom tego, że w dowolnym momencie może zostać poddany torturom, aby wymusić na nim zgodę. Jego śmierć zbliżała się wielkimi krokami i More to rozumiał, jednak nie zbliżała się ona sama: miały jej towarzyszyć okrutne męki. More wiedział z doświadczenia, że samo znoszenie bólu jest ostatecznie kwestią budowy ciała. (…) More czuje, że jest wrażliwy, słaby i nie będzie w stanie znieść tej nadzwyczaj trudnej próby. Wyraźnie terroryzuje go strach, że poprzez ograniczenia własnego ciała nie będzie w stanie sprostać swoim własnym chrześcijańskim standardom, co narazi go »na gniew Boga«. Rzadko kiedy jakikolwiek kandydat na męczennika bywa gorzej wyposażony”.

Pomijając stylistyczną niezgrabność, Bradatan często wchodzi w ton iście kaznodziejski, przez co umyka mu najwyraźniej wiele krytycznych pytań, które można by postawić. Trzymając się przeważnie szlaków wytyczonych przez liczne podręczniki i syntezy (choć niemiłosiernie przeskakując z jednego kontekstu kulturowego do drugiego), wpada w sidła niezliczonych stereotypów, a do przykładów sięga w sposób jednoznaczny i zachowawczy. Jak wtedy gdy opisując koncepcję „śmierci jako ostatecznego montażysty życia” Pasoliniego, zupełnie pomija przytoczoną na początku historię ostatnich chwil samego reżysera, niemożliwą do prostego osadzenia w męczeńskiej ramie, i zamiast tego woli co chwilę powracać do promiennego oblicza sięgającego po cykutę Sokratesa.

Zastanawiające jest uporczywe upodobanie, z którym książka oddaje się uwzniośleniu teatru filozoficznej śmierci. Idealizacja figury „filozofa męczennika” oraz „umierania za ideę” jest przecież przyjęciem retoryki, która ma swoją historię, genealogię, ograniczenia, zdolność wykluczania i polityczne zastosowania w zachodnich społeczeństwach. Często zakreśla filozoficznemu myśleniu bardzo wąską sferę „prywatnego świadectwa” i przypisuje jednostkom życie z jednej strony poza społecznymi ramami (wątek Girardowskiego „kozła ofiarnego”, o którym wspomina autor), a z drugiej – ponad nimi (choć tego elitarystycznego wątku książka nie problematyzuje). Kreuje zmarłych filozofów na „arystokratów ducha”, którzy niejako z natury nie mogą mieć wpływu na życie społeczne i polityczne. Bradatan wprost nazywa filozofów en masse „mistrzami zrywania więzi i palenia mostów”, przypisuje im społeczną alienację, co miałoby odróżniać ich od tyranów, posiadających jakoby wrodzone zdolności rządzenia i obchodzenia się z ludźmi. W ten sposób, choć zapewne nie o to chodziło, retoryka usprawiedliwia władzę, a filozoficzne męczeństwa jawią się jako konsekwencja tych „naturalnych” pozycji i postaw – nie jako akt przemocy. Przesłanie książki okazuje się ostatecznie z ducha konserwatywne: prawdziwi filozofowie kontestatorzy są zbyt elitarną grupą, by żyć na tym świecie wśród niezrozumienia, dlatego ich dusza może tylko wzgardzić nędznym ciałem i bezsilnie odejść. Najlepiej z odpowiednio wymowną oprawą, która może być najwyżej nietzscheańską „zemstą słabych”.

Męczeństwo według Umrzeć za ideę to zawsze uwznioślenie, nigdy przymus, zniewolenie lub tragedia – co w świetle bardziej krytycznej refleksji o śmierci i władzy (m.in. nekropolityki Achille’a Mbembego) trudno przyjmować bez zastrzeżeń i bez pewnego niepokoju. Ostatecznie Umrzeć za ideę pozostaje przewrotnie wierne swojemu tytułowi. Konkretne osoby, wraz ze skomplikowanymi okolicznościami, motywacjami, aspiracjami, uwikłaniem w konflikt z władzą, są w imię idei Filozofii przetwarzane w retorycznej maszynie tekstu na historyczne pomniki. Również czytelnik skazany zostaje na nostalgię za przeszłością, bo za oknem ni grama idei, ni namaszczonych kapłanów wiedzy nie widać – choć śmierci jak zawsze nie brakuje, nieporównywalnie mniej wzniosłej i mniej uzasadnionej niż w filozoficznych hagiografiach.

Costica Bradatan

Umrzeć za ideę. Niebezpieczne żywoty filozofów

tłum. Dariusz Jan Skotarek, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2020, s. 360

Kup numer