Statut Łaskiego - rekopis z 1506 r. (po lewej), Biblia brzeska (po prawej) z 1563 r. w zbiorach specjalnych BUW. 
Fot. Maciek Jaźwiecki / Agencja Gazeta
Albert Gorzkowski luty 2020

Marzenia biblisty

Marzy mi się biblistyka, która zaufałaby ewangelicznej, zgrzebnej prostocie, która nie wstydziłaby się obecnej w Biblii pospolitości człowieczych działań i słów.

Artykuł z numeru

My, rodzice osób LGBT+

My, rodzice osób LGBT+

Niemal ćwierć wieku temu jeden z najwybitniejszych polskich biblistów, śp. ks. Julian Warzecha, napisał te słowa: „Wielu ludzi, którzy zabrali się do czytania Pisma św., przeżyło swoiste rozczarowanie; po krótkiej fascynacji niektórymi tekstami lub osobami napotkali różnorakie trudności, które ich zniechęciły do dalszej lektury. Odłożyli więc Księgę, która – paradoksalnie – zamiast budować, nierzadko ich gorszy”[1].

Nic nie straciły one na aktualności, a raczej wprost przeciwnie – stały się jeszcze bardziej wymowne, zwłaszcza wobec nasilających się ostatnio, nie tylko w Polsce, przejawów manipulacji słowem biblijnym. Traktowanie Pisma św., a przynajmniej wybranych z niego cytatów, jako oręża w wojnie ideologicznej bywa gorszące i skutecznie odstrasza od budowania z tą Księgą głębszej relacji[2]. Często przeze mnie przywoływane, na poły tylko żartobliwe stwierdzenie Northropa Frye’a, iż we współczesnej kulturze europejskiej autorytet Biblii przypomina (czysto nominalną) pozycję cesarza Japonii w okresie szogunatu, w swej prawdziwości bardziej dziś rani, niż wywołuje uśmiech.

Książka wybitnej filozofki żydowskiego pochodzenia Heleny Eilstein Biblia w ręku ateisty, w której określa się Stary Testament ksenofobicznym wytworem „okrutników” i „kłamców” oraz przejawem prymitywizmu moralnego, jest przejmująca i powinna prowokować do poważnej, merytorycznej dyskusji.

Jej autorka mierzyła się z Biblią wielokrotnie (choć przede wszystkim w przekładach), co więcej – podejmowała przez lata trud jej pogłębionej lektury, zakończonej jednak rozgoryczeniem… Jakże to jednak inna postawa niż wywołujące u nas jakiś czas temu ekscytację skandalizująca wypowiedź Dody o autorach Pismach św. jako pisarzach „naprutych winem i palących jakieś zioła” czy zachowanie Nergala, targającego publicznie karty Biblii, rodzące jedynie smutek i zamyślenie. Mówię tu nie tyle o zgorszeniu, ile o ignorancji. Czy pani Dorota Rabczewska lub pan Adam Darski przeczytali kiedykolwiek naprawdę uważnie i ze świadomością kontekstu historyczno-kulturowego, uwarunkowań literackich, specyfiki językowych niuansów oraz retorycznego wydźwięku tekstu bodaj jedną księgę biblijną? Wątpię. Pod tym właśnie względem w Polsce A.D. 2020 sytuacja medialnie jawi się jeszcze boleśniej, tym bardziej że antyewangeliczne przesłania padają niestety również ze strony części biskupów i księży, od których oczekiwalibyśmy przynajmniej rudymentarnej wiedzy na temat biblijnej hermeneutyki.

Mimo że polska biblistyka przeżywa od kilkunastu lat rozkwit i coraz częściej można dostrzec kolejne próby dialogu nad przekładami Starego i Nowego Testamentu, powstają inspirujące, egzegetyczne i monograficzne rozprawy[3], to łatwo zauważyć, że pewne kwestie, m.in. obecność w księgach biblijnych słów ze sfery erotyki lub określeń wulgarnych, jak również problemy humoru i ironii, nierzadko spotykanych w Piśmie św., wciąż podlegają – nawet w eksperckich pracach – niemalże tabuizacji. Chciałbym poświęcić tym dwom dość arbitralnie wybranym przeze mnie zagadnieniom trochę uwagi.

„Nieprzyzwoite”, „wstydliwe” – gorszące?

Ponieważ nie tak dawno za sprawą ożywionej dyskusji nad językiem polskiej sceny politycznej[4] wróciła na łamach prasy kwestia wulgaryzmów, przypomniała mi się wypowiedź jednego ze studentów, uczęszczających na moje wykłady monograficzne poświęcone starożytności. Zbulwersowany, nie mógł uwierzyć, że nieprzyzwoite czy dalekie od wysokiej kultury słowa padają także w Biblii. Przywołajmy chociażby taki fragment: „Zaiste, napełnili kraj przemocą, powrócili, żeby Mnie obrażać. Oto oni przykładają gałązkę do swego nosa” (Ez 8, 17). Najnowszy polski komentarz naukowy do Księgi Ezechiela sprzed paru lat wyjaśnia, iż chodzi tu jedynie o bałwochwalcze oddawanie czci wschodzącemu słońcu poprzez przykładanie do ust (nosów) pachnącej gałązki[5], chociaż w rzeczywistości hebrajski leksem zemora – „gałąź” jest w tym przypadku konwencjonalną metaforą oznaczającą „penisa”. Całe zaś wyrażenie można by adekwatnie oddać (niestety) jako: „Mówią do Mnie: „pocałuj nas w…” (notabene pierwotnie oryginał hebrajski brzmiał: el’-appî, czyli jeszcze dosadniej: „[przykładają] do Mojego nosa”). Niewątpliwie trudno pomyśleć, aby tego rodzaju wersety objaśniać wnikliwie podczas homilii, ale dlaczego unika się tej kwestii nawet w fachowych studiach egzegetycznych? Kiedy w hebrajskim oryginale Księgi Rodzaju czytamy (Rdz 26, 8), iż Abimelech, król Geraru, wyjrzał przez okno i zauważył, że Izaak i Rebeka oddają się pieszczotom małżeńskim[6], to Biblia Tysiąclecia (wyd. 5) proponuje w tym miejscu „stosowny” eufemizm: „Izaak uśmiechał się czule do Rebeki jako do żony”[7]. Podobnie w wielu innych miejscach rozmaite hebrajskie bądź greckie zwroty związane z seksualnością lub skatologią wciąż przekłada się na polski w sposób oględny, aby „uchronić” Biblię przed mówieniem o sprawach „wstydliwych” i pospolitych. Stąd np. czytamy, że król Ehod poszedł „okryć sobie nogi w letniej komnacie” (Sdz 3, 24; kalka hebrajskiego idiomu hesech raglaw) zamiast „poszedł na stronę / za potrzebą”, zaś w wypowiedzi Jezusa na temat prawdziwej nieczystości (Mk 7, 19) zastępuje się słowo „kloaka, wychodek” (gr. aphedrōn) określeniem „(wydalone) na zewnątrz”.

— pełna wersja tekstu dostępna jest w drukowanych i elektronicznych wydaniach Miesięcznika Znak

Kup numer