Zaparkowałem przed bramą, ale nie wysiadłem. Patrzyłem i słuchałem. Po drugiej stronie ogrodzenia wściekle ujadał pies. Słońce już zaszło i podwórze tonęło w październikowej szarości, podszytej brązami i fioletami jak niechętnie gojący się siniak. Z prawej strony napierała ciemna bryła domu, przede mną wznosił się zwalisty kontur stodoły. Pies był duży i czarny, podejrzewałem, że to wilczur albo doberman – niski, chrapliwy szczek, nasycony morderczą groźbą.
Mój stary dom rodzinny. Stał jako ostatni na końcu wąskiej drogi, za nim już tylko pola. Za polami stawy oparte groblami o ścianę lasu. A za lasem już inny świat.
Nie żebym jakoś szczególnie planował ten wyjazd. Decyzja zapadła nagle, tak jak nagle przychodzi ochota na pączka lub kiszoną kapustę, w reakcji na niedobór czegoś tam. Zaczynasz odczuwać ssanie i coś z tym musisz zrobić, natychmiast. Kiedy wczoraj zobaczyłem krwawe światło październikowego zmierzchu, poczułem kłucie, jakby mnie paliła zgaga. Różnie to nazywają, dla mnie nie ma nazwy. Po prostu przychodzi i jest.
– Na pewno tego chcesz? – spytała B. dwie godziny wcześniej.
Patrzyła mi w oczy, a ja bez słowa skinąłem głową. Spakowałem do torby ciepłą bluzę z logo Uniwersytetu Jagiellońskiego (plus ratio quam vis), koszulkę na zmianę i wełnianą czapkę.
– Pojedziesz samochodem?
– Uhm.
– Ponury dzień – stwierdziła z pozorną obojętnością, podczas gdy ja dorzucałem do torby paczkę słonych paluszków, dwa batony energetyczne i butelkę Muszynianki. – Na miejsce zajedziesz po ciemku.
– Znam drogę – odparłem i uśmiechnąłem się do niej płaskim jak deska uśmiechem.
– Dlaczego akurat dzisiaj? – spytała bez większego przekonania. Zrozumiała, że walka jest przegrana. – Nie mógłbyś poczekać do weekendu? Jutro rano masz spotkanie w pracy.
Wzruszyłem ramionami i nie odpowiedziałem, ponieważ ani jedna z prawidłowych odpowiedzi nie brzmiała sensownie. Że w nocy przyśnił mi się Andrzej? Że na zachodzie rozlała się krwawa łuna? Że z lipy w ogrodzie wiatr zdmuchnął garść rudych liści, a w górze samolot orał mgielną skibę? I że to wystarczyło? Równie dobrze mogłem nic nie mówić.
– Zadzwoń, gdy dojedziesz – poprosiła jeszcze. – Albo napisz.
– Jasne – odparłem pogodnie i pocałowałem ją w policzek.
Komórkę i laptop zostawiłem w pokoju na górze.
Niełatwo było wyjść z mieszkania. Aksa zwinęła się w kłębek pod drzwiami i nie chciała mnie wypuścić. Na moje coraz bardziej natarczywe żądania nie reagowała, a kiedy się pochyliłem, żeby odciągnąć ją za obrożę, kłapnęła zębami.
– Auć, głupia! – krzyknąłem, dociskając do warg skaleczony kciuk. Kieł Aksy rozorał go od stawu do paznokcia. – Co mi zrobiłaś!
B. natychmiast przybiegła z buteleczką wody utlenionej i kawałkiem gazy. Zanim zdezynfekowała palec, wzięła go do ust i wyssała cieknącą krew. Szarpnąłem się.

