Ilustracja nocnej sceny. Na pierwszym planie widoczny jest czarny pies o czerwonych oczach,goniący postać z głową żaby, ubraną w koszulę i spodnie. uchylająca się przez okno budynku. W tle widnieje niebieski budynek o zaostrzonym dachu. W jego oknie stoją ciemne postaci. Tło stanowi czarne niebo z gwiazdami.
Ilustracja: Artur Blusiewicz
Krzysztof A. Zajas czerwiec 2026

Stodoła

Z belki pod dachem zwisał tłusty sznur zakończony hakiem, jego grot oblepiały kłaki świńskiej szczeciny. Pod nim leżało drewniane koryto z czterema uchwytami. Było wydrążone z jednego pnia wierzby, tak mi kiedyś wyjaśniał wujek Mietek. Obok koryta stało niebieskie emaliowane wiadro. Nachyliłem je do światła, było puste. Dokładnie wylizane z krwi

Artykuł z numeru

O czym śni Ameryka?

O czym śni Ameryka?

Czytaj także

Ewa

Maria Karpińska

Dzieci kontra koniec świata

Zaparkowałem przed bramą, ale nie wysiadłem. Patrzyłem i słuchałem. Po drugiej stronie ogrodzenia wściekle ujadał pies. Słońce już zaszło i podwórze tonęło w październikowej szarości, podszytej brązami i fioletami jak niechętnie gojący się siniak. Z prawej strony napierała ciemna bryła domu, przede mną wznosił się zwalisty kontur stodoły. Pies był duży i czarny, podejrzewałem, że to wilczur albo doberman – niski, chrapliwy szczek, nasycony morderczą groźbą.

Mój stary dom rodzinny. Stał jako ostatni na końcu wąskiej drogi, za nim już tylko pola. Za polami stawy oparte groblami o ścianę lasu. A za lasem już inny świat.

Nie żebym jakoś szczególnie planował ten wyjazd. Decyzja zapadła nagle, tak jak nagle przychodzi ochota na pączka lub kiszoną kapustę, w reakcji na niedobór czegoś tam. Zaczynasz odczuwać ssanie i coś z tym musisz zrobić, natychmiast. Kiedy wczoraj zobaczyłem krwawe światło październikowego zmierzchu, poczułem kłucie, jakby mnie paliła zgaga. Różnie to nazywają, dla mnie nie ma nazwy. Po prostu przychodzi i jest.

– Na pewno tego chcesz? – spytała B. dwie godziny wcześniej.

Patrzyła mi w oczy, a ja bez słowa skinąłem głową. Spakowałem do torby ciepłą bluzę z logo Uniwersytetu Jagiellońskiego (plus ratio quam vis), koszulkę na zmianę i wełnianą czapkę.

– Pojedziesz samochodem?

– Uhm.

– Ponury dzień – stwierdziła z pozorną obojętnością, podczas gdy ja dorzucałem do torby paczkę słonych paluszków, dwa batony energetyczne i butelkę Muszynianki. – Na miejsce zajedziesz po ciemku.

– Znam drogę – odparłem i uśmiechnąłem się do niej płaskim jak deska uśmiechem.

– Dlaczego akurat dzisiaj? – spytała bez większego przekonania. Zrozumiała, że walka jest przegrana. – Nie mógłbyś poczekać do weekendu? Jutro rano masz spotkanie w pracy.

Wzruszyłem ramionami i nie odpowiedziałem, ponieważ ani jedna z prawidłowych odpowiedzi nie brzmiała sensownie. Że w nocy przyśnił mi się Andrzej? Że na zachodzie rozlała się krwawa łuna? Że z lipy w ogrodzie wiatr zdmuchnął garść rudych liści, a w górze samolot orał mgielną skibę? I że to wystarczyło? Równie dobrze mogłem nic nie mówić.

– Zadzwoń, gdy dojedziesz – poprosiła jeszcze. – Albo napisz.

– Jasne – odparłem pogodnie i pocałowałem ją w policzek.

Komórkę i laptop zostawiłem w pokoju na górze.

Niełatwo było wyjść z mieszkania. Aksa zwinęła się w kłębek pod drzwiami i nie chciała mnie wypuścić. Na moje coraz bardziej natarczywe żądania nie reagowała, a kiedy się pochyliłem, żeby odciągnąć ją za obrożę, kłapnęła zębami.

– Auć, głupia! – krzyknąłem, dociskając do warg skaleczony kciuk. Kieł Aksy rozorał go od stawu do paznokcia. – Co mi zrobiłaś!

B. natychmiast przybiegła z buteleczką wody utlenionej i kawałkiem gazy. Zanim zdezynfekowała palec, wzięła go do ust i wyssała cieknącą krew. Szarpnąłem się.

Chcesz przeczytać artykuł do końca?

Zaloguj się, jeden tekst w miesiącu dostępny bezpłatnie.

Zaloguj się