Nie pragnę teraz być szczęśliwy, chcę tylko być obecny.
Albert Camus, Notatniki
Zacznę górnolotnie i egzaltowanie, biorąc siebie zbyt poważnie, czyli dokładnie tak, jak pasuje osobom powierzającym swe tajemnice „Drogiemu Pamiętnikowi”. Zacznę od wyznania, że prowadzenie dziennika to mój sposób, żeby uczcić życie. A do jego pisania popycha mnie parcie egzystencjalne, o którym tak soczyście, jak o wiśni, pisała Jolanta Brach-Czaina. Chodzi o zagęszczenie obecności. Z pewnością jest to jedna z moich idée fixe. Kiedyś usłyszałam od psychoterapeuty: „Pani obsesją jest obecność”. Można więc powiedzieć, że mam to zdiagnozowane – cierpię na obsesję obecności, a dziennik pozwala mi to pragnienie nasycić.
Głód rzeczywistości można oczywiście zaspokajać na różne sposoby. Moją metodą, od ponad 30 lat, jest próba wniknięcia w rzeczywistość poprzez prowadzenie dziennika. Mam jedno zadanie: nie oddalić się od bycia w świecie. Pisanie jako próba zbliżenia się do świata, próba, która przynosi upragnioną obecność. Annie Ernaux w Dzienniku zewnętrznym pytała: „Dlaczego to opowiadam, opisuję tę scenę i inne, które pojawiają się na tych stronach? Czego ze wszystkich sił szukam w rzeczywistości? Znaczenia? Owszem, często, choć nie zawsze, z (wyuczonego) intelektualnego nawyku, by nie poddawać się po prostu wrażeniom, by wznieść je na wyższy poziom. Może notując działania, postawy i słowa ludzi, których spotykam, ulegam złudzeniu, że się do nich zbliżam?” (tłum. A. Dwulit). Może to złudne wyobrażenie o roli dziennika, ale z tych, które pomagają pilnie żyć, zanurzyć się w świecie i „nie poddawać się po prostu wrażeniom”.
Pisząc pamiętnik, wywołuję obecność, tak jak w podstawówce wywoływałam duchy w piwnicy z koleżankami – przerażona, ale i zafascynowana tym przejściem od normalności do czegoś więcej.
Choć sąsiadki ostrzegały, że jedna z mieszkanek naszego bloku przez te duchy oszalała. A ja szalałam z dzikiej obecności, wbijając długopis w 32-kartkowy zeszyt w kratkę. I tak od początku podstawówki. Bo przed prowadzeniem dziennika nikt nie zdążył mnie ostrzec, a jest przed czym ostrzegać. Prowadzenie prywatnego dziennika nie jest bowiem bezkarne. Pisząc go, można coś stracić, coś ważnego – np. dobre zdanie na własny temat. A to tylko jedno z niebezpieczeństw notowania swojego życia.
Mój stosunek do dzienniczenia był, od kiedy pamiętam, ambiwalentny. Dlatego chcę tak o nim opowiadać. O tym, jak diariusz sprawia, że obecność po prostu mi się przytrafia, przy czym jednocześnie powoduje, że bywam nieobecna wobec samej siebie. O tym, jak prowadzenie dziennika pomaga pamiętać lub przeciwnie: fałszuje wspomnienia. W końcu o tym, jak pisanie pamiętnika może być odtrutką od AI – ostatnim, intymnym, pilnie strzeżonym rejonem, do którego nie ma dostępu nawet sztuczna inteligencja. I przeciwnie, jak prowadzenie dziennika zostaje wchłonięte przez AI journaling jako wspomagana autorefleksja. Będzie to więc opowieść o szklance do połowy pełnej, a od połowy pustej. Pisanie o tym pozwoli mi zrozumieć, dlaczego odkąd skończyłam 7 lat, prowadzę to życiopisanie, pozwoli na utrzymanie tej pozornej sprzeczności.

