Hipochondria to jedyne, co mi nie dolega.
Tony Hancock
1. Od dłuższego czasu odmawiałam przygotowania tekstów do miesięcznika „Znak” z uwagi na stan zdrowia. Schemat korespondencyjny był zawsze ten sam. Dostawałam propozycję napisania eseju na temat bliski moim zainteresowaniom badawczym, dziękowałam za nią, pisałam, że jeśli mi zdrowie pozwoli, to z przyjemnością podejmę się zadania, a potem informowałam z żalem i wstydem, że jednak nie dam rady przygotować artykułu. W miarę konkretnie – ale bez zbędnych szczegółów – podawałam, jaka choroba uniemożliwia mi napisanie zamówionego tekstu. Ostatnie maile w duchu unikająco-medycznym wymieniłam z redakcją „Znaku” pod koniec marca. Wróciłam wtedy z dziwnej podróży. Z dzikim jet lagiem, który nie mijał i okazał się czymś więcej, ale wtedy jeszcze nie wiedziałam czym. Czym są te bóle głowy 10/10, sztywność karku, zawroty, gorączka, światłowstręt, dezorientacja, wysypka, rozdrażnienie, drżenie rąk i niedowłady w nogach, a także sporadyczne utraty przytomności? W odpowiedzi odmownej napisałam więc: „Ze względu na problemy zdrowotne”. Bo jeszcze wtedy mogłam odpisać, byłam w stanie ułożyć wyrazy z liter, proste frazy ze średniej długości słów, utrzymać łączność między zdaniami.
Kilka miesięcy później, na początku lipca, otrzymałam propozycję przygotowania do niniejszego miesięcznika eseju osobistego o hipochondrii – tak bez ogródek, expressis verbis. Dopiero wtedy pomyślałam, że przecież tak to może wyglądać: moje opowieści o chorobach, które wypisuję w pełnych rezygnacji mailach, ktoś mógłby zinterpretować jako przejaw nieuzasadnionego przekonania o posiadaniu poważnej choroby somatycznej lub lęku przed nią, jak często określana bywa hipochondria. Najprostsza definicja zaburzenia hipochondrycznego, widniejąca w Międzynarodowej Klasyfikacji Chorób WHO, precyzuje, że jest ono utrwalonym przekonaniem pacjenta o posiadaniu poważnej choroby somatycznej, której nie potwierdzają ani badania lekarskie, ani wyniki badań laboratoryjnych. Osoba cierpiąca na zaburzenie hipochondryczne może uporczywie prezentować dolegliwości dotyczące różnych narządów oraz doświadczać lęku o własne zdrowie, mimo zapewnień lekarskich, że nie istnieje żadne poważne zagrożenie. Wydaje się więc, że hipochondria jest beznadziejnie paradoksalna: osoba hipochondryczna najbardziej na świecie boi się zachorować, a ta obsesja czyni ją właśnie osobą chorą. Hipochondria – pod różnymi nazwami – znajduje się we wszystkich systemach klasyfikacji chorób i problemów zdrowotnych.
Kiedy więc poproszono mnie o napisanie tego tekstu, pomyślałam: a gdybym tak rozpoczęła esej o hipochondrii wyznaniem o „prawdziwej” chorobie? Mogłoby się wydawać, że w ten sposób powstałby manifest antyhipochondryczny, jednak coś mi mówiło, że będzie inaczej. Bo dopiero co wyszłam, po trzytygodniowej hospitalizacji, ze szpitala. Z diagnozą: zapalenie opon mózgowych, mózgu i serca. W sporcie to się nazywa hat trick: osiągnięcie potrójnego sukcesu, najczęściej trzech bramek. A tu stan zagrożenia życia, długie leczenie szpitalne i jeszcze dłuższa rehabilitacja. Awaria mózgu uniemożliwiła mi sprawne napisanie maila odmownego do „Znaku” o treści zgodnej z wcześniejszą stylistyką mojej korespondencji: zawierającej podziękowania za propozycję i odmowę, podyktowaną (nowymi) problemami zdrowotnymi. Nie byłam w stanie złożyć takiego, nawet poszarpanego, zdania. To, na co pozwalały mi moje ograniczone zdolności poznawcze, to sporządzenie krótkiej odpowiedzi pozytywnej.

