Ilustracja: Patrycja Niewiadomska
Anna Cieplak kwiecień 2026

Sukces w epoce zaniku marzeń

Sukcesem w życiu może być to, że ukończyłeś szkołę średnią albo masz stabilną pracę, jeśli do tej pory żyłeś w domu pozbawionym poczucia bezpieczeństwa. Trzeba być ślepym, by zakładać, że ktoś taki osiągnął mniej, bo „mniej się starał”

Artykuł z numeru

Pułapki samorozwoju

Pułapki samorozwoju

Czytaj także

Karolina Sulej

Każdy coś ma

Od jesieni prześladowało mnie widmo roku 2016, które zimą okazało się trendem algorytmicznym. Instagram uznał, że proponowanie mi postów „2026 to nowy 2016” to strzał w dziesiątkę, biorąc pod uwagę parametry mojego cyfrowego sobowtóra, czyli mojego portretu na bazie danych, które zostawiam w sieci. Przez to tuż po sylwestrze lub w jego okolicy zaczęły napływać do mnie od kilku znanych mi osób, a później już głównie od nieznajomych i celebrytów nostalgiczne obrazy, którym towarzyszyły bardziej lub mniej ostentacyjne posty o osiągnięciach zawodowych, wyjściach

z depresji, dzieciach, przemianach duchowych, transformacjach stylu życia, nowych pasjach, przeprowadzkach. Wszystko to, co zwykle w tym czasie pojawia się jako wspomnienie minionego roku, tutaj stanowiło podsumowanie dekady życia w formie kilku zdjęć.

Cofając się wraz z obcymi ludźmi i ich postami w czasie, czułam coś w rodzaju irytacji, którą tłumiłam racjonalizacją: pewnie znowu Instagram potrzebuje więcej zdjęć, żeby lepiej pozycjonować dane i trenować AI. Pamięć bazuje przecież na podobnych schematach, więc platforma podsuwa gotowy wzór do zarabiania na naszych dobrych wspomnieniach. Tutaj małe dopowiedzenie. Sama jestem człowiekiem i nic, co ludzkie oraz afektywne w sieci, nie jest mi obce: dodałam w minionym roku zdjęcia z własnego ślubu. Można ten gest – zależnie od interpretacji i nastroju – nazwać: chwaleniem się sukcesem małżeńskim, sprzedawaniem prywatności lub dzieleniem się poruszającym momentem życiowym. Niezależnie od jego znaczenia i ja, i mój ukochany wylądujemy ostatecznie na śmietniku danych, może już AI boty na nas żerują.

Pierwszym cieniem sukcesu w 2026 r. wydaje się więc słowo „zależność”. Zależność od platform gigantów cyfrowych sprawia, że nasze osiągnięcia automatycznie łączą się z ich infrastrukturą – ona stanowi docelowe miejsce anonsów. I nie zmieniają tego – póki co – storiesy wyśmiewające to, że na LinkedInie nawet zamówienie pizzy można zakomunikować jako życiowe dokonanie. Zależność naszych chwili triumfu – obojętne, czy będzie to zdanie egzaminu na prawo jazdy, urodzenie dziecka, obrona magisterki czy otrzymanie Nagrody Nobla – od platform prowadzi do prostego rachunku: ludzka chęć opowiadania o swoich osiągnięciach przekłada się przede wszystkim na dobry wynik finansowy big techów. Karmią się one naszymi danymi i dobrze wiedzą nie tylko dlaczego to robimy, ale i co z naszym aktywnym (świadomie dodanym wpisem) lub pasywnym (mimochodem śledzonym feedem) śladem cyfrowym zrobić. Dzielimy się własnym szczęściem, nie zawsze nawet myśląc o nim w kategoriach sukcesu, tylko czując przyjemny haj, skłaniający do oznajmienia światu, że coś się nam udało. To mechanizm behawioralny, wobec którego bywamy bezbronni, widząc opcję „udostępnij”. Strzał dopaminy na platformie przedłuża trwanie przyjemności. Łatwo stracić nad tym kontrolę i ciągle chcieć więcej. Ot, pętla dopaminowa, o której istnieniu dobrze wiemy, jednak dajemy się jej wciąż uwodzić. Oczywiście ten haj ma też swój rewers – niepokój, lęk, poczucie, że nie nadążamy (gdy obserwujemy innych ludzi w podobnych sytuacjach). Niby wiemy z autopsji, że to, co widzimy w mediach społecznościowych, to tylko urywki z czyjegoś życia, lecz i tak w podświadomości zapala się czerwona lampka.

Chcesz przeczytać artykuł do końca?

Zaloguj się, jeden tekst w miesiącu dostępny bezpłatnie.

Zaloguj się