Elahe miała 28 lat, kiedy opuściła południe Iranu.Absolwentka architektury, artystka i dziennikarka zamknęła swoje dotychczasowe życie w jednej decyzji: wyjechać i znaleźć miejsce, w którym będzie się żyło trochę łatwiej. I nawet nie swoje życie miała na myśli.
– 19 lipca 2013 r., tego samego dnia, kiedy opuściłam Iran – wspomina – rząd Australii wprowadził ważną zmianę w swojej polityce migracyjnej.
Jak się później dowiedziała, nowe prawo nie było tylko biurokratyczną formalnością. Zaważyło na całym jej życiu. Właśnie wówczas Australia zdecydowała, że każdy, kto przybędzie do jej brzegów na łodzi w celu ubiegania się o azyl, zostanie wysłany do jednego z dwóch odległych ośrodków detencyjnych: na wyspie Nauru lub Manus. Tego samego dnia Elahe stała się ofiarą polityki. Otrzymała numer IVL-057.
– Byłam IVL-057. Nikt nigdy w więzieniu nie nazwał mnie inaczej.
Zanim została numerem, przeżyła długą podróż. To znajomy z Iranu podpowiedział jej Australię jako cel wyjazdu. Miał być szybszy i prostszy niż Europa.
Poleciała do Indonezji i znalazła przemytników. Wydawało jej się wtedy, że ma szczęście:
– Wiele osób siedzi w Indonezji latami, zanim są w stanie zrobić kolejny krok. Mnie się udało szybko, byłam w siódmym niebie.
Stamtąd czekała ją kolejna część podróży: wraz z 60 innymi osobami przebywała 40 godz. na otwartym oceanie. Głód, strach i wszechobecna sól z wody morskiej, osadzająca się na rzeczach i ludziach. Brak gwarancji, że dotrą do jakiegokolwiek lądu, a tym bardziej do bezpiecznego miejsca. Gdy dopłynęli: euforia.
– Nie zatonęliśmy. Udało się! Jesteśmy szczęściarzami! – Elahe śmieje się sama z siebie, że wtedy tak ją to cieszyło. Wielu migrantów straciło życie na tej trasie. – Ocean był dla nas łaskawy i przyjazny. Ale nie Australia.
Kiedy łódź została przechwycona przez straż, grupie powiedziano, że wyląduje na dwa miesiące w areszcie.
– Dwa miesiące? Tak długo?! – wspomina, znów nie mogąc powstrzymać śmiechu z własnej naiwności. Jej śmiech jest piękny, prawdziwy, ale i smutny.
Na wyspie Nauru spędziła sześć lat. Najdłuższe sześć lat w jej życiu.
Zanim trafiła na Nauru, Elahe była kimś zupełnie innym niż numerem IVL-057.
Z długimi, lśniącymi czarnymi włosami i bystrymi oczami, które zawsze szukały czegoś więcej, należała do tego rodzaju kobiet, które nie pozwalają światu przejść obok siebie obojętnie. Studiowała architekturę, ale jej życie toczyło się także na scenie teatralnej i w środowisku progresywnych intelektualistów. Wierzyła, może naiwnie, lecz gorąco, w zachodnie wartości: prawa człowieka, wolność jednostki, równość.
Była aktywna, pełna pasji, towarzyska. Należała do tych, którzy organizują spotkania i zostają do końca, żeby posprzątać.
– Chciałam żyć głośno, tworzyć, uczyć się, być potrzebna – mówi dziś.
Jej głos miał kiedyś w sobie zapał i młodzieńczą pewność. Ten sam głos wciąż brzmi z zadziwiającą siłą, choć dziś wyraźnie ciszej.
Ojciec zawsze jej powtarzał, że córeczki tatusiów są jak drzewa – rosną cicho, ale wysoko.
– Byłam jego oczkiem w głowie, a on był moim kompasem – mówi Elahe.
Może dlatego nawet na Nauru chodziła wyprostowana. Zdecydowana. Zawsze szybkim krokiem, jakby sama obecność mogła coś zmienić. Pomagała innym, organizowała, nosiła ciężary – tak jakby ból był czymś, co można odłożyć na później.
– Chciałam, żeby był ze mnie dumny – dodaje cicho. – Nawet tam. Nawet wtedy.
Pośrodku niczego
Nauru to maleńka wyspa na Pacyfiku, którą od Australii dzieli ponad 4 tys. km. Wysepka ma wielkość połowy warszawskiego Ursynowa albo trzynastu krakowskich Starych Miast. Z populacją zaledwie 10 tys. mieszkańców i wyeksploatowanym terenem, który po dziesięcioleciach wydobycia fosforanów stał się jałowy, oferuje niewiele więcej niż upał, zardzewiałą infrastrukturę i ślady dawnej świetności. W latach 70. Nauru należało do państwa z najwyższym PKB na mieszkańca na świecie. Jednak bogactwo to zniknęło wraz z fosforanami, pozostawiając po sobie upadek gospodarczy, korupcję i głęboką zależność od pomocy Australii.
Ośrodek detencyjny dla uchodźców stał się jednym z niewielu źródeł dochodu wyspy, a cierpienie innych okazało się częścią desperackiej strategii przetrwania mieszkańców Nauru.
Elahe wie, że nawet oni od pokoleń nie byli i nie są wolnymi ludźmi.
– Mieszkańcy Nauru też są tylko ofiarami – tłumaczy spokojnie. – Ofiarami kolonializmu i kontroli Australii. Systemu, który ich przejął, wykorzystał i dawno porzucił.
Dzisiaj to jeden z najrzadziej odwiedzanych krajów na świecie. Dziesięć procent powierzchni wyspy zajmuje lotnisko. Objazd wyspy trwa zaledwie 30 min. Nie ma tu ryb, kokosów, własnej waluty ani własnej armii. Wszystko zależne jest od Australii.
Dla Elahe i 1200 innych osób uwięzionych na wyspie w latach 2013–2019 Nauru to jedna wielka więzienna cela „zbudowana” z morza i słońca.
– Znalazłam się w więzieniu. Nie dlatego, że byłam przestępczynią, ale dlatego, że poprosiłam o ochronę – wspomina.
Przybyła tam jako zdeterminowana kobieta z planami i ambicjami: artystka, pisarka, konstruktorka. Na Nauru wszystko to się rozpadło.
– Naprawdę trudno mi było przypomnieć sobie osobę, którą byłam przed wyjazdem – mówi. – Nagle nie byłam już nikim innym poza „uchodźczynią”.
A jednak właśnie taki był cel. W tamtym roku do Australii przybyło łodziami ok. 20 tys. osób, a system miał na celu sprawienie, że znikną: fizycznie, politycznie i duchowo. Elahe już niedługo miała zrozumieć, że cała architektura ośrodka detencyjnego miała na celu represjonowanie.
W 2013 r. nic z tego nie było jeszcze jasne. Wybijała się tylko tęsknota za domem. I cisza. I żar z nieba.
Istnieje milion powodów, dla których ludzie opuszczają swoje domy i wyjeżdżają ze swoich krajów. Dla Elahe jednym z nich były drżące ręce ojca.
Miał parkinsona, a lekarstwa, których potrzebował, zniknęły w Iranie z półek.
– W aptekach nie było prawie nic, żadnych specjalistycznych leków, nie było nawet insuliny. – opowiada. – Płakałam, jeżdżąc pomiędzy kolejnymi punktami.
Zachodnie sankcje, nałożone na irański rząd w związku z programem nuklearnym, nie dotknęły rządzących. Paraliżowały szpitale i życie zwykłych pacjentów. To na tych zmagających się z rakiem, cukrzycą i przewlekłymi chorobami spoczywał ciężar geopolityki. Sankcje miały na celu izolację reżimu, jednak zamiast niego ich efekty ponosili zwykli ludzi.
Znajomy Elahe podpowiedział jej rozwiązanie: wyjazd do Australii, zdobycie tam azylu i sprowadzenie ojca. Tam razem zawalczą z parkinsonem.
Oddelegowanie cierpienia
Ostatecznie to nie polityka zmusiła Elahe do wyjazdu. To poczucie braku sprawiło, że podjęła decyzję, która zmieniła jej życie. Braku lekarstw, braku godności, braku nadziei.
Jak którykolwiek kraj może sobie wmówić, że najlepszym sposobem postępowania z osobami znajdującymi się w trudnej sytuacji jest skazanie ich na jeszcze większe cierpienie: na odludziu, w ukryciu, z dala od wzroku innych? Jak liberalna demokracja może przekształcić politykę izolacji w politykę imigracyjną i sprzedawać ją innym jako rozwiązanie?
W lipcu 2013 r. ówczesny premier Australii Kevin Rudd oświadczył: „Osoby ubiegające się o azyl, które przybędą do Australii nielegalnie łodzią, nigdy nie zostaną osiedlone w Australii”. Żadna. Nigdy.
To nie była polityka, to był komunikat skierowany do caluśkiego świata. Przybrał on formę morskich ośrodków detencyjnych: odległych, spalonych słońcem i pilnie strzeżonych. Australia zaczęła transferować osoby ubiegające się o azyl – w tym rodziny z dziećmi i małoletnich bez opieki – do obozów na Nauru, na wyspie Manus (innej byłej kolonii australijskiej w Papui-Nowej Gwinei) i Wyspie Bożego Narodzenia. Te małe enklawy na Pacyfiku stały się twarzami nowego modelu kontroli granicznej: tzw. outsourcingu.
Zamiast rozpatrywać wnioski o azyl na własnym terytorium, Australia płaciła biedniejszym, odizolowanym krajom za przejęcie tego ciężaru. Umowy zostały sformalizowane w porozumieniach, a całość kosztów pokrywała Canberra. Tylko w 2015 r. Australia wydała 415 mln dol. australijskich na działania na Nauru. To prawie 350 tys. dol. na osobę umieszczoną w takim ośrodku rocznie.
Według audytu z 2016 r. w latach 2013–2016 Australia wydała ponad 9,6 mld dol. australijskich na programy przetrzymywania uchodźców poza granicami kraju. Kwota ta wystarczyłaby na sfinansowanie tysięcy mieszkań socjalnych lub budowę kilkudziesięciu szpitali. Zamiast tego została przeznaczona na system wielokrotnie potępiany przez ONZ oraz organizacje w rodzaju Amnesty International czy Lekarze bez Granic i wiele innych.
Prowadzenie obozów powierzono prywatnym kontrahentom, takim jak np. międzynarodowa korporacja Serco, które zyskiwały intratny biznes, pomagając rozmyć prawną odpowiedzialność za losy zesłanych do ośrodków migrantów.
Działaniom tym towarzyszyła także kontrola informacji. Cała wyspa Nauru zakazała używania Facebooka i wprowadziła szeroko zakrojone przepisy przeciwko niejasno zdefiniowanym „zagrożeniom dla porządku publicznego” – takie, jakie według ekspertów prawnych mogą być wykorzystywane do uciszania uchodźców, zapobiegania protestom i kryminalizacji sprzeciwu.
Jak napisał dziennikarz Ben Doherty w „Guardianie”, system przetwarzania danych poza granicami Australii funkcjonował i wciąż funkcjonuje w „próżni odpowiedzialności”, gdzie dziennikarze mają zakaz wstępu, przejrzystość jest ograniczona, a osoby zgłaszające nieprawidłowości są ścigane pod pretekstem łamania przepisów dotyczących bezpieczeństwa narodowego.
Zaprojektowane okrucieństwo
Miał to być czas „przetwarzania wniosku”. Tymczasowy etap. Krótkie oczekiwanie. Jednak dla Elahe i wielu innych osób Nauru stało się miejscem, w którym czas się zatrzymał, ich tożsamość zaczęła być powolnie wymazywana, a nadzieja wyparowywała z każdym miesiącem. Ośrodki, oficjalnie nazwane Offshore Processing Centers (później przemianowane na Regional Processing Centers, Regionalne Centra Przetwarzania), były prezentowane jako dobre i praktyczne rozwiązanie administracyjne. W rzeczywistości były czymś zupełnie innym.
– Zbudowali dla nas piekło – mówi Elahe. – Próbowali wmówić, że jesteśmy przestępcami, tylko dlatego, że szukaliśmy bezpieczeństwa.
Namioty: cienkie plastikowe konstrukcje pod bezlitosnym tropikalnym słońcem – były, jak to ujęła Elahe, kuchenką mikrofalową dla ludzi. Nawet kiedy na Nauru jest 30°C, temperatura odczuwalna to prawie 50. Wilgotność była tak duża, że w nocy para wodna skraplała się wewnątrz namiotów, powodując, że czarna pleśń kapała z nylonowych sufitów na śpiące ciała. Namioty zostały podzielone na dziesięć maleńkich cel za pomocą nylonowych przegród, co eliminowało przepływ wiatru. Podłogę stanowił gruby żwir – produkt uboczny kopalni fosforanów – który wzmacniał ciepło pod stopami. Jedynym dostępnym obuwiem były cienkie klapki, rozpływające się na gorącej powierzchni. Z czasem prawie wszyscy zaczęli odczuwać przewlekły ból: kolan, pleców, nóg – ciała były zniszczone przez lata stania, chodzenia i czekania, ale też przez toksyny unoszące się wszędzie wokół jako skutek uboczny prowadzonego tu wcześniej wydobycia.
Nie było żadnych mebli. Więźniowie robili półki i stoły ze śmieci – kartonowych pudeł, gruzu i złomu. Widzę na zdjęciach i nagraniach, że każdy drobiazg zapewniający minimum komfortu to kreatywna prowizorka.
Czysta woda i prąd znikały czasem na kilka dni. Często brakowało jedzenia. Ponieważ Nauru nie miało porządnego portu, nawet wzburzone morze mogło opóźnić dostawy o kilka tygodni. Ryż, mąka, olej napędowy, lekarstwa regularnie się kończyły. Cała wyspa była uzależniona od jednego generatora diesla, a kiedy ten się zepsuł, wyspa pogrążała się w ciemności.
W ośrodku nawet kawałek cienia był na wagę złota. Uchodźcy próbowali przywiązywać prześcieradła do ogrodzenia, aby stworzyć własne zacienienie, lecz strażnicy momentalnie je demontowali.
W obozach każdy ruch był kontrolowany. Aby wziąć prysznic, trzeba było ustawić się w kolejce pod nadzorem strażników. Na kąpiel przewidziano dwie minuty. Woda włączano z zewnątrz i po tym czasie wyłączano choćby w połowie mycia. Nawet o papier toaletowy należało prosić.
Kobiety takie jak Elahe były zakwaterowane oddzielnie, w sekcji oznaczonej jako SAF – Single Adult Female. Już sama nazwa sugerowała niebezpieczeństwo.
– Dla tych kontrolujących ośrodek, głównie mężczyzn, byłyśmy jak owce w stodole – mówi Elahe. Bezsilne, bezbronne, bez minuty ani centymetra prywatności. – Nie muszę ci mówić, że podstawowe potrzeby związane z menstruacją i higieną były codziennym zmaganiem o godność.
Dosłownie kilka produktów, takie jak papierosy, mydło, majtki, można było dostać na punkty będące swoistą wewnętrzną walutą, a następnie podstępem czy dzięki znajomościom wymieniać je na produkty z zewnątrz.
Regularnie jednak przeprowadzano rewizje namiotów, a później pokoi. Funkcjonariusze wpadali do środka, przeszukiwali torby i zabierali wszystko, co mogło zostać uznane za kontrabandę: pęsety, nici, lakier do paznokci, a nawet igły do szycia.
Telefon
Był też namiot telefoniczny – jedyne miejsce, gdzie można było skontaktować się ze światem zewnętrznym. Bardzo rzadko i na krótko, ale to zawsze coś.
– Panował tam totalny chaos – wspomina Elahe. – Dwadzieścia osób rozmawiało jednocześnie, dzieci płakały, a inne śmiały się zbyt głośno, aby nie martwić rodzin.
To właśnie stamtąd Elahe dzwoniła do domu. 7 października 2015 r., w dzień urodzin taty, walczyła o dzwonienie kilka razy, bo wciąż go nie mogła zastać. Próbowała od południa do późnej nocy. Dopiero wtedy bliscy się poddali i przestali przed nią ukrywać, że tata zmarł pół roku wcześniej. Próbowali ją chronić, bo wiedzieli, że ją to zmiażdży. Jej tata był jej najlepszym przyjacielem, to przecież dla niego opuściła Iran.
Zabrakło nawet przestrzeni, żeby się rozpaść. Zamiast żałoby – numer w kolejce. Zamiast ramion bliskich – plastikowy dach nad głową i duszny namiot medyczny. Tylko mocne leki, żadnego wsparcia psychologicznego.
A zdrowie psychiczne właściwie każdego ulegało powolnemu rozkładowi. Próby samobójcze stały się niemal codziennością.
W 2018 r. organizacja Lekarze bez Granic ujawniła, że jedna trzecia zatrzymanych próbowała popełnić samobójstwo, a dwie trzecie nachodziły silne myśli samobójcze. Dzieci przestawały mówić, a nawet jeść.
– Zagraniczni pracownicy ośrodka byli przewożeni samolotami do Australii, co tydzień, na przerwę – mówi Elahe. – Aby chronić ich zdrowie psychiczne i fizyczne. My, zatrzymani, siedzieliśmy nieustannie w tym piekle. Latami.
Elahe podczas pobytu na Nauru schudła 25 kg.
– Byłam bardzo spragniona – mówi – Ale wcale nie wody. Pragnęłam kropli nadziei. Iskry światła w całej tej niewyobrażalnej ciemności.
Nie chodziło tylko o fizyczne trudne warunki życia, lecz o cały system. Elahe, z wykształcenia architektka, dostrzegała to wyraźnie:
– Sam pomysł OPC3 (Offshore Processing Center) miał na celu po prostu pozbycie się nas. Wszystko: rozmieszczenie, ograniczenia, harmonogram, nadzór, traktowanie, było systemem kontroli psychologicznej. Architekturą zła.
Australijska architektura offshore nie zaczęła się od Kevina Rudda. Już w 2001 r., po tzw. aferze Tampa, konserwatywny premier John Howard zapoczątkował tzw. Pacific Solution – system przetrzymywania osób ubiegających się o azyl w ośrodkach na wyspach Pacyfiku. Gdy Rudd objął urząd, początkowo go zamknął. Jednak w 2013 r., pod presją kolejnych łodzi na horyzoncie, sam wrócił do tego modelu, czyniąc go jeszcze bardziej bezwzględnym.
Jego następcy, minister imigracji i ochrony granic Peter Dutton oraz premier Scott Morrison, przez kolejnych dziewięć lat nadzorowali i umacniali ten system. Mówili, że „zatrzymali łodzie”. Ale zatrzymali też nadzieję.
Zbudowali coś więcej niż tylko ośrodki: stworzyli przestrzeń zaprojektowanego cierpienia. Nazwali to polityką. Lecz to było coś więcej – inżynieria okrucieństwa.
Mimo tego wszystkiego Elahe uczyła innych angielskiego. Malowała kolorowanki z dziećmi. Organizowała przedstawienia teatralne.
– Musieliśmy znajdować i tworzyć chwile, podczas których wciąż czuliśmy się ludźmi.
Im dłużej byli w zamknięciu, tym było gorzej. Ale wciąż mieli nadzieję.
– Nawet po trzech latach, kiedy mówili nam, że możemy tu zostać kolejnych dziesięć, nie wierzyliśmy w to! Tak bardzo wierzyliśmy w ideę Australii jako kraju praw człowieka. Niewiarygodne, prawda?
Po jakimś czasie rozpoczęły się rozmowy o przesiedlaniu niektórych osób, nie do Australii, ale na podstawie umów do Stanów Zjednoczonych. Nawet jakiś lot się odbył, było to pod koniec kadencji Obamy. Niestety, nadzieja gruchnęła chwilę później: wraz z wyborem Donalda Trumpa i wprowadzeniem w Stanach zakazu wjazdu dla muzułmanów.
– To był najgorszy okres – mówi Elahe. – Danie nadziei, a potem jej odebranie. Życie w zawieszeniu, bez przyszłości to najgorsza tortura, jaka istnieje.
Żadnych wyjątków dla dzieci
Który kraj na świecie, widząc dziecko w rozpaczy, tylko dodatkowo pogarsza jego stan? Jak to świadczy o państwie i jego politykach, jeśli podczas szczegółowego planowania okrucieństwa nie ma nawet litości dla najmłodszych, którzy znaleźli się w takim ośrodku przecież nie z własnej woli?
Na Nauru nie było żadnych wyjątków – nawet dla dzieci. Ukryte nagrania i zdjęcia Elahe, wykonane z wielkim ryzykiem, pomogły ujawnić niektóre z ich historii. Powstały film dokumentalny Forgotten Children został wyemitowany w telewizji ABC, dając światu wgląd w to, co Australia tak bardzo starała się ukryć. Kobiety z organizacji Save the Children, które pracowały w obozie przez ponad rok, postanowiły złamać zasady i zabrać głos publicznie. Opowiedziały o tym, że nie są w stanie unieść dłużej tego ciężaru niesprawiedliwości. Organizacja przestała pracować na wyspie, a jej przedstawicielki zaczęły mówić o tym, co widziały.
– To miejsce to powolna śmierć przez tortury – mówiła Gabby Sutherland, nauczycielka specjalistyczna. – Zostało stworzone, żeby doprowadzić ludzi do szaleństwa.
Judith Reen, koordynatorka szkolna, opowiadała w filmie o tym, co działo się po zaledwie kilku tygodniach pobytu w ośrodku.
– Dzieci, przychodząc do szkoły, chowały przed nami ręce, ponieważ się okaleczały. Ich ciała były jedyną rzeczą, nad którą miały kontrolę.
Nocami wymykały się na plac zabaw: nie po to, aby się bawić, ale aby płakać tam, gdzie nikt ich nie słyszał. Niektóre z nich zszywały sobie usta w geście protestu, milcząc i kompletnie się poddając.
To nie były pojedyncze przypadki. W 2016 r. ujawniono ponad 2000 raportów z Nauru, opublikowanych jako Nauru Files, które ujawniły skalę nadużyć, zwłaszcza wobec dzieci.
Zawierały one opisy samookaleczeń, napaści seksualnych i zaniedbań. Zaledwie 11-letnie dziecko próbowało się powiesić. Inne wielokrotnie uderzało głową o ścianę, krzycząc: „Chcę umrzeć”.
W jednym z raportów opisano strażnika, który chwycił chłopca za szyję i rzucił nim o ogrodzenie. W innym dziewczynkę, którą znaleziono z pętlą zrobioną z prześcieradła. Choćby drobne dziecięce protesty – takie jak rysowanie kredą lub odmowa jedzenia – spotykały się z surową odpowiedzią.
Dorośli, jeden po drugim, też się załamywali. Omid, młody mężczyzna, w geście błagania o godniejszą przyszłość podpalił się na oczach innych na środku ośrodka. Dzieci widziały i to.
Oglądając nagrania, nie mogłam przestać myśleć o tym, jak można patrzeć na plac zabaw, który zmienia się w miejsce płaczu i okaleczeń, i wciąż nazywać to ochroną granic.
– W każdym innym kraju nazwalibyśmy to znęcaniem się nad dziećmi. W Nauru nazywamy to polityką – powiedział mi były pracownik organizacji Save the Children.
Opór poprzez sztukę
W miejscu, które miało ich całkowicie zniszczyć, Elahe postanowiła tworzyć.
Zaczęła szkicować już pierwszego dnia pobytu w ośrodku. Z precyzją architekta i determinacją więźnia rysowała kontury ośrodka – najpierw po to, aby przetrwać, a potem, aby jak najwięcej szczegółów ujawnić.
– Zaczęłam odwzorowywać architekturę australijskiego ośrodka detencyjnego… aby ostatecznie, kiedyś w przyszłości, stworzyć trójwymiarowy model tego miejsca – mówi. – Mój pierwotny plan rozrósł się do kilku projektów artystycznych. Inicjatywy te są wynikiem sześciu długich lat oporu, badań, filmowania i trudnych wywiadów z innymi osobami przebywającymi wraz ze mną w więzieniu.
Krok po kroku, używając najpierw aparatu z gry dziecięcej o rozdzielczości 3 mpx, który podstępem zdobyła od strażników w zamian za 20 paczek papierosów, Elahe zaczęła filmować. Przemycony następnie w częściach aparat stał się jej narzędziem do dokumentowania rzeczywistości. Tworzyła 15–20-minutowe reportaże, gromadząc ostatecznie ponad dwa TB materiału filmowego – dokumentując to, czego nie mógł zrobić żaden dziennikarz, ponieważ oni nie mieli oni wstępu do ośrodka ani nawet na wyspę. To właśnie z jej materiału można było stworzyć Forgotten Children. Kiedy Omid podpalił się i leżał bez pomocy przez dwa dni, przesłanie było jasne: nawet śmierć nie pozwoli ci opuścić Nauru – Elahe filmowała. Kiedy wkrótce potem młoda Somalijka próbowała popełnić samobójstwo – Elahe ponownie rejestrowała.
– W tym momencie zdałam sobie sprawę, że muszę wykorzystać to, że mam jeszcze siłę. Że mam jakiś głos. Że umiem pracować z obrazami – mówi.
Nagrała wiadomość z okazji Dnia Matki dla australijskich rodzin. Wykorzystywała każdy pretekst do tego, żeby poruszać sumienia.
– A może po to tu jestem? – pytała samą siebie.
Złość zamieniła w działanie. Sztuka stała się jej formą oporu, która trzymała ją przy życiu.
Poza notatkami, szkicami i nagraniami malowała.
Namalowała swoje własne koszmary. Seria zatytułowana Border-Industrial Complex opowiada historie, których nie była w stanie wypowiedzieć na głos.
Niektóre jej obrazy są żywe, pełne fioletu i różu – nie tylko kolorów, ale także siniaków. Kobiecość, pobita i ocenzurowana. Jej praca Nameless przedstawia cierpienie kobiet w ciąży w obozie, którym odmówiono aborcji do piątego miesiąca.
– Te kobiety tylko walczyły o lepsze życie – opowiada Elahe. – W aktach urodzenia ich dzieci otrzymały numer zamiast imienia. Była to najgorsza odczłowieczająca praktyka.
Elahe zbudowała trójwymiarowy model ośrodka, korzystając z Google Earth i zeznań ocalałych. Projektowała po kolei namiot, łóżka piętrowe, ogrodzenie… Niektórzy byli więźniowie dołączyli do niej przez Zooma, aby pomóc w odtworzeniu szczegółów. Inni nie byli w stanie wracać do wspomnień.
– Niektórzy z moich przyjaciół mdleją na sam widok modelu – mówi. – Pamięć to przetrwanie, ale także rana, którą trudno otwierać na nowo.
Jednak Elahe nie poddała się. Była jedyną dziennikarką dokumentującą piekło od środka.
– Nie chciałam być przegraną we własnych oczach. I nie chciałam im dać satysfakcji, że udało im się sprawić, iż zamilknę i zniknę.
Ta odmowa zniknięcia przyniosła jej po latach uznanie. Elahe otrzymała nagrodę w konkursie Minority Artists Competition organizowaną przez wysokiego komisarza Narodów Zjednoczonych ds. praw człowieka i pojechała do Genewy, aby zaprezentować swoje prace. Jury pochwaliło jej „niezwykłe zaangażowanie w badanie problemów mniejszości z perspektywy intersekcjonalności” oraz siłę oddziaływania jej wielowymiarowej sztuki. W świecie, w którym polityka zamienia ludzi w liczby, Elahe przywracała imiona, historie i godność. Właśnie tam się poznałyśmy. Fiolet jej obrazów i siła charakteru doprowadziły do naszej wieloletniej przyjaźni.
Globalizacja okrucieństwa
To, co zaczęło się na odległej wyspie na Pacyfiku, stało się w dzisiejszych czasach czymś znacznie bardziej niepokojącym: wzorem do naśladowania. Nauru nigdy nie było tylko miejscem detencji – było prototypem. Dowodem słuszności koncepcji. Argumentem. Kuszącym przykładem.
Elahe pamięta dzień, w którym duńscy urzędnicy zwiedzali obóz z notesami w rękach, oglądając i badając ich cierpienie, jakby były czymś, co można opatentować.
– Australijczycy szukali partnerów w zbrodni – ocenia. – Żeby nie byli jedynymi, którzy tak robią.
Od Londynu po Rzym plan Canberry stawał się coraz częściej, po cichu, kopiowany: pomysł na przetwarzanie wniosków poza granicami kraju, umowy z biedniejszymi krajami trzecimi, szare strefy prawne na morzach.
Wielka Brytania podpisała umowę o wysyłaniu osób ubiegających się o azyl do Rwandy. Włochy zawarły porozumienie o procedowaniu wniosku azylowego w Albanii. Dania uchwaliła przepisy umożliwiające przenoszenie ludzi całkowicie poza Europę. Unia Europejska zmienia swoje ramy azylowe, aby umożliwić deportacje do tzw. bezpiecznych krajów – często wybieranych ze względów politycznych, a nie realnego bezpieczeństwa.
Kiedy Wielka Brytania ogłosiła swój plan dotyczący Rwandy, australijscy ministrowie otwarcie go pochwalili.
– To potwierdzenie słuszności naszych działań – oświadczył jeden z nich, świętując upowszechnienie australijskiego modelu.
O czymś jednak nie było głośno mowy: o ludzkich kosztach. O latach udokumentowanych traum, miliardów wydatków i międzynarodowej reputacji kraju naznaczonej zarzutami brutalnego łamania praw człowieka.
Wszystkie te strategie polityczne wykorzystują ten sam zestaw słów kluczy: skuteczność, zagrożenie, bezpieczeństwo, odstraszanie. Jednak w rzeczywistości kopiują one bezduszny geniusz Australii: outsourcing okrucieństwa i eksportowanie odpowiedzialności.
Nauru pokazało, że nie trzeba ukrywać cierpienia, aby stało się niewidoczne. Wystarczy przenieść je wystarczająco daleko, by nikt nie mógł go dostrzec. Obecnie coraz więcej rządów chce się tego nauczyć.
Wolność bez milczenia
Elahe została w końcu wypuszczona z ośrodka w 2019 r. Wciąż nosi w sobie tamtą młodą kobietę z Iranu, choć dziś towarzyszy jej coś jeszcze: ostrość spojrzenia, które przetrwało sześć lat więzienia. Kiedy patrzy w kamerę, robi to pewnie. Jest piękną, silną kobietą, nie musi niczego udowadniać.
– Jedyne dobro, które dała mi ta wyspa, to miłość – mówi z uśmiechem.
To właśnie na Nauru poznała swojego przyszłego męża, jednego z pracowników socjalnych.
– Gdyby nie to, że spotkałam jego, powiedziałabym, że to miejsce było całkowicie pozbawione światła. Ale on był wyjątkiem.
Nie wyjechali razem do Australii: kraju, który kiedyś miała nadzieję, że ją ochroni, tylko do Stanów Zjednoczonych. Po sześciu latach pobytu w areszcie jej wolność nie była wynikiem pozytywnego rozwiązania sprawy, lecz raczej wydaleniem z ośrodka.
– Myślę, że po prostu chcieli mnie wyrzucić z wyspy – mówi. – Wpisali mnie w program wymiany, żeby się mnie pozbyć, byłam zbyt głośna.
Inni uchodźcy-więźniowie, którzy byli w podobnej do Elahe sytuacji, pozostali w zamknięciu. Wielu nadal tam pozostaje. Świadomość tego ciąży jej jak cień.
– Czułam się winna – przyznaje Elahe. – Jakbym zostawiła ludzi w płonącym domu.
I choć formalnie była wolna, władze Australii nadal ją ścigały. Przez lata rząd odmawiał jej wizy na wjazd, choćby tymczasowy – nawet na udział w wystawach lub wygłoszenie wykładu na temat własnej twórczości. Jej sztuka, głos, sama obecność nadal były traktowane jako zagrożenie.
Ale w 2023 r., już na amerykańskim paszporcie, Elahe w końcu wjechała do Australii. Tylko na cztery tygodnie, ale bardzo o tym marzyła. Właśnie tam chciała zaprezentować swoją wystawę wirtualnej rzeczywistości Weapons of Slow Destruction, przejmujące upamiętnienie systemu, który próbował ją wymazać.
Projekt demontuje mechanizmy ucisku państwa, mediów i korporacji, odsłaniając niewidzialną architekturę kompleksu przemysłowo-granicznego. Ta wystawa to mieszanka: pamięci i oporu. Nowa narracja stworzona z wielu starych ran.
Podczas pobytu w Australii Elahe spotkała się z kilkoma byłymi współwięźniami, obecnie rozproszonymi po świecie, którzy też przyjechali na tymczasowych wizach, i wciąż niepewnymi swojej przyszłości. Niektórzy chorują na raka spowodowanego ekspozycją na azbest. Większość nadal boi się publicznie mówić o tym, co ich spotkało na Nauru. Wielu nie żyje.
– Często jestem pytana, jak to było być zamkniętą przez sześć lat w australijskim ośrodku detencyjnym w Republice Nauru – mówi Elahe. – Zastanawiam się, czy nawet teraz, siedząc w swoim domu w Stanach Zjednoczonych, potrafię odpowiedzieć na to pytanie. Po sześciu latach uwięzienia zostałam sprzedana przez rząd australijski. Komu mnie sprzedano? Za co mnie sprzedano? Kim jestem? Kim byłam?
Prawie wszystkie z 3127 osób wygnanych na Nauru lub wyspę Manus nadal cierpią z powodu konsekwencji: psychicznych, fizycznych i społecznych.
Nauru nadal prześladuje
W Stanach znów pojawił się w Elahe lęk. Nie taki, jaki krzyczy – tylko ten, co zaciska gardło.
Bała się polityki Trumpa. Bała się, że znów znajdzie się za drutem, w kolejnym centrum detencyjnym. Tak było przecież z innymi migrantami, którzy zostali odesłani do Salwadoru. Ale najbardziej bolało co innego.
– Usunęli mnie z uniwersytetu – mówi. – Bo powiedziałam, że w Gazie giną ludzie.
Znów musiała wybierać: cisza albo konsekwencje.
– Iran przynajmniej nie udaje, że jest demokracją – dodaje. Gorzko, bez żalu.
W 2025 r., po 12 latach, wróciła. Przekroczyła lotnisko w Teheranie nie jako uchodźczyni, nie jako artystka, nie jako świadek. Przekroczyła je jako Elahe.
Dzisiaj Nauru wciąż jest blizną, która nie chce się zagoić.
Obecnie w sierpniu 2025 r. Regionalne Centrum Przetwarzania w Nauru nadal działa. Chociaż w połowie 2023 r. obiekt został na krótko opróżniony, nie pozostał nieczynny na długo. W ciągu kilku miesięcy Australia po cichu ponownie go uruchomiła. Obecnie przebywa tam ok. 90–100 osób ubiegających się o azyl.
W lutym rząd Nauru ogłosił, że ośrodek zostanie przekształcony w tzw. model otwarty, zapewniający zatrzymanym swobodę poruszania się po całej wyspie.
W oficjalnych oświadczeniach mówiono o współczuciu, integracji i reformach. Krytycy pozostają jednak nieprzekonani. W styczniu Komitet Praw Człowieka ONZ orzekł, że Australia nadal ponosi odpowiedzialność za arbitralne przetrzymywanie osób ubiegających się o azyl na Nauru – nawet tych formalnie uznanych za uchodźców. Ale na razie nikt za outsourcing okrucieństwa nie ponosi odpowiedzialności.
Kwietniowa zapowiedź prezydenta Nauru Davida Adeanga o wznowieniu długoterminowego finansowania ośrodka przez Australię potwierdziła tylko to, co Elahe już wiedziała: system nie zostanie zlikwidowany. On ewoluuje.
Kiedy więc Elahe czyta nagłówki z innych stron świata: np. o planie Wielkiej Brytanii związanym z Rwandą lub propozycjach UE dotyczących ośrodków poza granicami członków, nie widzi tylko podobieństw. Widzi repliki.
Nie potrafi milczeć. Pisze do gazet, występuje publicznie.
– Wiem, że obietnice sprawiedliwego traktowania migrantów, złożone przez brytyjską minister spraw wewnętrznych Priti Patel, są puste, ponieważ australijscy politycy mówili to samo, kiedy otwarto Nauru. Patel twierdzi, że decyzja dotycząca Rwandy „nie jest porównywalna” z Nauru. Jednak pod każdym względem – od odmowy rzetelnego procesu sądowego po retorykę rządu skierowaną do wyborców skrajnej prawicy – jest ona identyczna. Wszystko to już słyszeliśmy.
***
To, co przeszła Elahe, nigdy nie powinno stać się wzorem, a tym bardziej polityką eksportowaną na inne kontynenty. Zatrzymywanie ludzi na morzu nie rozwiązuje przecież przyczyn i powodów wysiedleń czy wędrówek ludów. Nie zmniejsza migracji, bo w istocie nie widać statystycznej korelacji między praktykami offshore a spadkiem prób przybycia do Australii.
Przenosi za to cierpienie poza zasięg wzroku i zbyt często poza zasięg odpowiedzialności.
– Codziennie muszę brać pod uwagę wpływ pobytu na Nauru na moje ciało, myśli i emocje – mówi Elahe. – Niby jestem wolna, ale to doświadczenie zmieniło wszystko na całe moje życie.
Jej sztuka, dokumentacja i nieustępliwy głos pozostają aktami oporu wobec systemów stworzonych po to, by wymazać z życia ludzi takich jak ona. Ale konsekwencje okrucieństwa pozostaną w niej na zawsze.
Ludzie tacy jak Elahe nie tylko przetrwali – dokumentują, rysują, uczą, pocieszają, tworzą. W przestrzeniach zaprojektowanych, by zniszczyć nadzieję, budują społeczność. Te odporność, kreatywność, cicha siła ludzkości w obliczu zagrożenia może są tym, czego powinniśmy się uczyć i co powinniśmy eksportować?
Patronem cyklu jest Amnesty International

