70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

il. Patrycja Podkościelny

Zielnik

Najbardziej lubiła soboty. Znikała wtedy na cały ranek. Szła na łąki i do fartucha zbierała zioła. Potem razem rozrzucałyśmy je na prze­ścieradle rozścielonym na stole.

Babcia Józia zawsze pachniała drewnem. Pamiętam, jak siadała przy piecu i strugała fujarki z wierzbiny. Grać na nich umiała średnio. Ale próbowała. Kiedy jej wyraźnie nie szło, tłumaczyła, że to przez „diabły nocne”, które przesia­dują w dziuplach wierzb i straszą podróżnych.

Pachniała też ziołami. Znała ich nazwy. Wiedziała, co zrobić, gdy się komuś „w mózgu popsuje i dostanie pomieszania”: trzeba przygotować proszek chmielowy, czarcie żebro, lilię wodną, trochę maku polnego, korzonki waleriany i lepiężnika. Znała dokładne proporcje, wie­działa, jak wymieszać i jak podawać. A kiedy się już chory uspokoi – zapi­sała (zeszyt babci znalazłam trzy lata po jej śmierci w starym kredensie na strychu) – trzeba przyrządzić krwawnik z zadusznikiem, bylicą i odrobiną pomornika. Ostrzegała: „Z pomornikiem ostrożnie, bo w nieodpowiedniej ilości zastosowany, bywa trujący”.

Po zioła „na miłość” przychodziły do niej sąsiadki. Helka zza płotu z jedną krótszą nogą po wypadku na motocyklu, Rozalia („to połączenie lilii i róży” – mówiła do mnie, grożąc palcem), Gienia, co potrafiła oczami tak wywracać, że widać było same białka. Na miłość babcia zalecała tanecznik, czyli trawę zajęczą, jaskółcze oczko, kocimiętkę, urocznik, kulibabę i witkulę.

Najbardziej lubiła soboty. Znikała wtedy na cały ranek. Szła na łąki i do fartucha zbierała zioła. Potem razem rozrzucałyśmy je na prze­ścieradle rozścielonym na stole.

Jednym tchem wymieniała ich nazwy.

Bylica boże drzewko – matka wszystkich ziół.

Biedrzeniec przeciw zarazie.

Babka na rany.

Bukwica – „stróż ludzkich ciał i dusz o balsamicznym zapachu, skuteczna na wiele chorób, szczególnie na stłuczenia”.

Poderwaniec (inaczej cykoria podróżnik, batożki świętego Piotra, siwe kwiatki, suchotnik, twardostój, poruszeniec męski, uraźnik, zrusze­niec) od zauroczenia. Rośnie przy drogach i na pastwiskach.

Dziewanna zwana gorzyknotem.

Anielska trąba, czyli dendera, diabelskie ziele, majka, datura albo cygańskie ziele. Szeptem wyjaśniała: na śmierć.

Sobacza lilija od kurzajek.

Kurzyślad na melancholię. Ale i na strupy.

Lubczyk ziele miłośnicze zwane też łakomym. „Najskuteczniejszy podany z kieliszkiem wódki. Choć nie działa długo”.

Wisielec „używany przez szarlatanów”.

Przestrach – trzeba spalić ziele, żeby pozbyć się strachu.

Dawniej czcią otaczana werbena nazywana łzą Izydy. Uspokaja nerwy.

Żywokost, czyli żywa kość, od złamań, zwichnięć i stłuczeń.

Ziele świętojańskie (babcia wiązała je w miotełki lub splatała jak wianki) nazywane krwią Chrystusową, dzwońcem, zanowytem, polną rutą, dziurawcem, „skuteczne na 99 chorób”. Najskuteczniejsze w Noc Kupały o północy. Chroni przed czarami, podobno dobre na opętanie i szaleństwo.

Kurdybanek, co leczył trądzik, wrzody i wzmacniał serce. Nazywali go też przerwą, bo przerywał bóle głowy. (Choć babcia uważała, że na ból głowy najlepszy jest łopian, odkąd ścięto głowę świętemu Janowi, a ta potoczyła się w rosnący tam właśnie łopian). Albo obłożnikiem, bo robiono z niego okłady. Pamiętam, że pięknie pachniały jego niebieskofioletowe kwiatki.

Jak tatarak pachniał korzeń gołębiej pokrzywy (arcydzięgiel litwor), skuteczny na bóle i choroby żołądka.

Zbierała nasiona obrazków plamistych w zaroślach, a później kładła pod progiem, by złe duchy nie miały do domu dostępu.

Mleczem karmiła zwierzęta, żeby dobrze się chowały. A córki na jej polecenie jadły krojone liście – dla urody i zdrowia.

Ból zębów leczyła bagnem zwyczajnym o białych kwiatkach nazy­wanym też dzikim rozmarynem.

Reumatyzm, kaszel i łupież – pokrzywą.

Mądra baba, mówili we wsi.

Mądry ten, kto mądrze na świat patrzy – odpowiadała.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata