70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Roku zerowego nie było

W polskiej literaturze historycznej i literaturze faktu brakowało dotąd pozycji próbujących uchwycić specyfikę przełomowych momentów w dziejach, typu 1492: The Year the World Began czy 1913: A Year Before the Storm. Pierwszym krokiem do wypełnienia tej luki jest 1945. Wojna i pokój Magdaleny Grzebałkowskiej.

Jak to jest, gdy się wyciąga szuflady w czyichś komodach, decyduje, że sztućce z inicjałami nieznajomych będą od dziś dotykać naszych ust, wsuwa dłoń między chłodne poszewki kołder, pod którymi jeszcze niedawno ktoś spał, ogląda w szafie płaszcze, halki i suknie, których poprzednia właścicielka nie zdążyła zabrać?” – pyta Magdalena Grzebałkowska w reportażu otwierającym książkę 1945. Wojna i pokój. Pytanie: „Jak to jest?” – sformułowane mniej lub bardziej wprost – pojawia się w tych opowieściach wielokrotnie.

Bo co to właściwie znaczy maszerować dziesiątki kilometrów w mrozie, od którego przykryte pierzynami niemowlęta wychładzają się na śmierć, a ich ciałka trzeba zostawić, by nie wlec dodatkowego balastu? Jak to jest, jechać już – jak Bolesław Drobner, pierwszy powojenny prezydent Wrocławia – do miasta, którym ma się zarządzać, chociaż Festung Breslau ciągle jeszcze się broni? Jak powinna się zachować niemiecka rodzina, żyjąca w swym domu od kilku pokoleń, gdy pewnego dnia w progu zjawiają się nowi gospodarze z Polski? Wiadomo już, że tu zostaną, bo granice właśnie się przesuwają. Odstąpić pokój czy piętro? Poczęstować chlebem? Jak długo odwlekać wyprowadzkę? A ta polska rodzina? Powinna przyjąć chleb? Podobno tutaj, na „dzikim Zachodzie”, Niemcy częstują zatrutym, a na pionierów napadają gestapowcy w kobiecych przebraniach. A ten nowy dom? Remontować, skoro nie wiadomo, czy granice nie zmienią się znowu? Kiedy będzie można poczuć się tu „u siebie”?

Szaber od kuchni

Grzebałkowska, opisując rzeczywistość tamtego czasu – zawieszoną gdzieś między wojną a pokojem, choć niebędącą ani jednym, ani drugim – zawsze przywołuje perspektywę jednostki. Nie zapominając o aspektach historycznych, politycznych czy socjologicznych, próbuje przywrócić znanym wydarzeniom lub zjawiskom bardzo indywidualny, osobisty wymiar. Przypomina, że zawsze stoją za nimi konkretni ludzie, ich twarze i głosy.

Wspomniany szaber został już opisany w polskiej literaturze, nierzadko w sposób budzący kontrowersje (szczególnie ten z obrzeży Zagłady). Wiemy przecież, że barachło, jak nazywa go bohaterka reportażu, było zjawiskiem powszechnym, nie tylko w Polsce i nie tylko w czasie tej wojny i tuż po niej; że jest reakcją na niemal każdy poważniejszy kryzys społeczny, z zamieszkami w państwach demokratycznych włącznie (trudno zapomnieć telewizyjne przekazy z bankrutującej Argentyny w 2001 r. czy choćby z przedmieść Londynu dekadę później). Czy da się na ten temat powiedzieć jeszcze coś nowego?

Reporterka nie wyjaśnia fenomenu szabru w nowy sposób, ale przygląda mu się od kuchni. Wchodzi do opuszczonego domu („dużego, ceglanego, ze stodołą w podwórzu, spichlerzem i ulami w sadzie”) razem z Niusią i jej towarzyszami. Nie bez trudności. Bo „jak zapytać starszą, uprzejmą kobietę, która siedzi na kanapie w swoim pokoju: »Pani Niusiu, czy nie miała pani z tego powodu wyrzutów sumienia?« Czy będę umiała zrozumieć jej odpowiedź, ja, która nie przeżyłam wojny?”. Opowieść prawie 90-letniej dziś kobiety poraża, ale nie – jak przywykliśmy – apokaliptycznymi obrazami plagi szarańczy zalewającej kolejne terytoria. Raczej szczerością, otwartością i precyzją. „Pani pyta, jak to jest wejść do cudzego domu i brać co popadnie? To ja pani powiem, że lepiej jak do skarbca, bo ze skarbca nic nie można brać, a tu się wchodzi i bierze, co chce. Jak w bajce. Firanki wiszą? Bierzesz, jak chcesz. Jak nie chcesz, to nie. I idziesz dalej”.

Nie mniej poruszające są kolejne relacje. Werner Henseleit z rodzeństwem znalazł się wśród 450 tys. uciekinierów z Prus Wschodnich, którzy zimą tamtego roku przeszli przez zamarznięty Zalew Wiślany (wielu zamarzło lub zniknęło pod taflą lodu). W maju został niewolnikiem u polskiego chłopa („szwabem, hitlerowcem, gnidą, która ma pracować za obierki z ziemniaków i kości z obiadu”). Alicja Wolwowicz z Sanoka usłyszała, że w jednej z tamtejszych piwnic NKWD torturuje Polaków. Na dużej przerwie przez małe okienko piwnicy wrzucały z koleżankami kanapki, które zrobiły do szkoły. Aż pewnego dnia wyleciała w odpowiedzi kulka papieru, z listem po ukraińsku. „Wyrzuciłyśmy tę kulkę do śmietnika i tak nasza pomoc się skończyła”.

Oczami nastolatków

Obraz tamtego czasu wyłaniający się z opowieści to nie tylko bieda i głód, wszechobecna przemoc, śmierć i bolesne wspomnienia, niepewność i chaos. To także trudne dziś do pojęcia wymieszanie ludzkich popędów i dążeń, lęku z nadzieją, Tanatosa z Erosem. To nade wszystko wola przetrwania. A przecież opowiadają o niej dzieci, w najlepszym razie nastolatkowie. Niusia od szabru w 1945 r. miała 18 lat, Werner-niewolnik – kończył 16, a był najstarszy z rodzeństwa, Alicja od kanapek – 17. Jeszcze młodsi byli podopieczni domu dziecka dla żydowskich sierot w Otwocku. „Niech mi się nie wydaje, że coś pojmę, ostrzegają mnie dawni wychowankowie. Żadnego przykładania dzisiejszych miar! Tylko żebym nie dała im się zwieść, radzą. Ich minkom, warkoczykom, krótkim spodenkom. One jedynie udają dzieci”. Każde z nich miało już wtedy na koncie sześcioletnie doświadczenie wojny. „Nie byliśmy normalni, ani dzieci ani wychowawcy. To był dom wariatów” – wspomina po latach jeden z nich.

Nie dajmy się zwieść: oni tylko pozornie wyszli z tej pożogi bez szwanku. A że trauma i syndrom stresu pourazowego nie znikają wraz z pokoleniem, które ich doświadczyło, ale są dziedziczne i w kolejnych generacjach rozmieniają się na drobne, o „roku zerowym”, nowym początku, nie mogło być mowy. Wzajemne uprzedzenia polskich i żydowskich dzieci w Otwocku dobitnie pokazują, że od przeszłości nie ma ucieczki. Tabu dotyczące nieleczonych urazów psychicznych po wydarzeniach wojennych ciągle jest w Polsce bardzo silne. Słabnie, gdy mówimy o naszych żołnierzach wracających z Afganistanu, „z wojną w głowach”. A co, jeśli ona ciągle tli się w nas wszystkich?

Osadnicy, ruszający w wielodniową (czasami wielotygodniową) podróż na zachód, zachęcani do niej przez propagandę, przypominają determinacją śmiałków z czasów amerykańskiej gorączki złota. Choć dla wielu to dramatyczna konieczność, na tle innych wydarzeń opisanych w książce, jest w tym zrywie też krzepiąca siła i wiara, że najgorsze już minęło. A przecież fakt, że ok. 10 mln Polaków jeszcze 70 lat temu miało zupełnie gdzie indziej zapuszczone korzenie, nie pozostaje dla dzisiejszych lokalnych społeczności i ich tożsamości bez konsekwencji.

Odbiór książki Grzebałkowskiej o roku 1945 z pewnością powie też dużo o Polsce w roku 2015. O Polsce pogrossowej, posmoleńskiej, podzielonej. O kraju, w którym ważny film może przejść właściwie niezauważony, póki palcem nie wskażą go zagraniczne gremia. A i wtedy trzeba się zastanowić, czy wyróżnienie to nie jest aby podejrzane. Fakt, że Ida oskarżana była jednocześnie o antypolskość i antysemityzm, trafnie zdiagnozowała Agnieszka Holland: „Polacy, nawet przedstawiciele intelektualnej lewicy – którzy przynajmniej obejrzeli film, choć go nie zrozumieli – utracili narzędzia do bezinteresownego odbioru dzieła sztuki. Wpisują w nie natychmiast swoje polityczne lęki i stereotypy. Wszystko traktują ideologicznie, zero-jedynkowo, konfrontacyjnie” („Polityka” 201 nr 9).

Dobrze by było, gdyby książka 1945. Wojna i pokój spotkała się z odbiorem zaangażowanym. Tyle że nie na poziomie wielkich narracji, a tych małych, rodzinnych, jednostkowych. Takich, jakie snują bohaterowie Grzebałkowskiej, ostatni już przecież żyjący świadkowie. Bo na dobrą sprawę powinniśmy czym prędzej biec do bliskich nam ludzi z pokolenia rodziców i dziadków i prosić, by opowiedzieli, jak zapamiętali tamten rok, tamten mróz, tamto szczęście. „Ale jakoś koniec wojny musisz pamiętać. Ja bym pamiętała” – to dobry początek.

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter