70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Wiedzieć, wierzyć, kochać

Jerzy Sosnowski dotyka kłopotu dla naszej postsekularnej rzeczywistości absolutnie podstawowego: jak pogodzić rozum z wiarą, jak wiedzieć, ale i jak wierzyć, by te dwie przestrzenie mogły ze sobą współegzystować, nie oddając uprzywilejowanej pozycji żadnej z nich i nie stygmatyzując się wzajemnie w wyniszczającej, ideologicznej walce.

Wśród pisarzy swojego pokolenia Jerzy Sosnowski być może najbardziej otwarcie przyznaje się do inklinacji religijnych. W wywiadach podkreśla, że jest „pisarzem kryptoreligijnym”, co odczytuję przede wszystkim jako deklarację formalną w tym sensie, że określa ona pisarską strategię autora Prądu zatokowego. W jego powieściach bowiem wątki religijne nie są podane kawa na ławę, nie dominują planu fabularnego, nie rażą nachalną tendencyjnością ani mierną publicystyką. Sadowią się raczej pomiędzy poszczególnymi rejestrami powieści, przyklejają się do bohaterów, wyzierają zza dyskretnej aluzji czy trawestacji biblijnego tekstu. Spotkamy się w Honolulu, najnowsza proza Sosnowskiego, zachowuje tę metodologię, choć – przyznać trzeba – z dużo lepszym skutkiem niż przegadana chwilami Instalacja Idziego. W nowej książce warszawski pisarz splata dwie przestrzenie, którymi rządzi tajemnica – wiarę i miłość. „Kochać to jak wierzyć” – pisał Sosnowski przed laty w jednym ze swoich esejów i zdanie to powtórzył w nowej książce. O tym właśnie jest Spotkamy się w Honolulu: o tajemnicy, która sprawia, że nie wiemy, jak i dlaczego kochamy, o niewyrażalności, która każe nam ciągle znajdować oparcie w pozarozumowych kryteriach, wreszcie o tym, że nasze życie przydarza się wyłącznie nam i trzeba coś z tym fantem zrobić.

Podskórny nurt prozy

Fabuła Spotkamy się w Honolulu rozpisana jest zgodnie z zasadą chronologicznego (a co za tym idzie: kulturowego) płodozmianu. Wątek współczesny obejmuje perypetie Piotra Dębickiego, dziennikarza specjalizującego się w pisaniu reportaży. Mężczyzna znalazł się w trudnym momencie życia – rozwiedziony z żoną, po nieudanym romansie z uczennicą, próbuje napisać tekst o mieszkającej w Krośnie wielkopolskim kobiecie, której sąd odbiera dzieci, ponieważ utrzymuje ona, że ma bezpośredni kontakt z Jezusem. Od kochanek, póki co, raczej stroni – razem ze swoim przyjacielem Markiem Giedojtem mieszka w dość tajemniczej Wieży, w której każdy ma osobny pokój (choć chciałoby się napisać: celę) i w której obowiązują jasno określone zasady. To coś na kształt świeckiego instytutu zakonnego, połączonego z warsztatem pracy i pozwalającą ukryć się przed światem samotnią. Piotr wraca do niej, by pisać, ale również prowadzić filozoficzno- -religijne dysputy z przyjacielem. W takim momencie w życiu dziennikarza pojawia się Roma, była stewardessa i urzędniczka, w której powoli (acz definitywnie) zakochuje się dziennikarz. Romans ze starszą o prawie 30 lat kobietą to najważniejsze pasmo fabularne powieści.

Postać pięknej stewardessy łączy plan współczesny z fragmentami retrospektywnymi, w których również mamy do czynienia z trójką bohaterów – oprócz Romy są jeszcze jej koleżanka Bella oraz Stefan. Relacje między nimi są zdecydowanie niejednoznaczne – Bella podkochuje się w Stefanie, który co prawda nie gardzi flirtem, ale w głębi duszy kocha Romę. Ta z kolei nie od razu podejmuje zaloty przyjaciela. Ale ostatecznie to ona zostanie później jego żoną. Zanim jednak to się stanie, będą we trójkę spędzać wakacje, bywać w sopockich klubach, wspólnie czytać książki. Ten wątek rozgrywa się w latach 60. ubiegłego wieku i – znowu – koniecznie podkreślmy sprawność, z jaką Sosnowski oddaje koloryt tamtych czasów, w których przejście od jazzu do twista było czymś więcej niż tylko zmianą muzycznej mody. Autor doskonale pokazuje, jak życie na chwilę znalazło swój upust, jak uwalniało swoją stłamszoną w powojennych dekadach zmysłowość, jak tańce, wyjazdy do Kazimierza czy spacery nad Wisłą stawały się „odświętną codziennością”, powidokiem, do którego można będzie kiedyś wracać w melancholijnych wspomnieniach.

Wiwisekcja związku Piotra i Romy oraz rzucone w ujmujący entourage lat 60. losy wspomnianej wyżej trójki z pewnością wystarczyłyby do przeczytania nowej powieści warszawskiego pisarza jako świetnie zrobionej prozy obyczajowej. Można by przy okazji takiej lektury postawić pytania o nasz stosunek do starości, o społeczną akceptowalność dla seksualności osób wiekowych, o kondycję i formy ewolucji ageizmu, o granice cielesności i sposoby uwikłania tejże w dyskurs polityczny, wreszcie o mitologizujące przeszłość mechanizmy pamięci. Kwestie te, gdyby je rozwinąć, odsłoniłyby pewnie bardzo ważne aspekty nowej prozy Sosnowskiego. Ważniejszy jednak niż socjologiczno- -obyczajowe pasma Spotkamy się w Honolulu jest dla mnie ukryty, podskórny (i mocno zabełtany) nurt tej prozy, w którym krążą inne nieco – lecz, w moim przekonaniu, równie istotne – pytania. Sosnowski dotyka bowiem kłopotu dla naszej postsekularnej rzeczywistości absolutnie podstawowego: jak pogodzić rozum Jerzy Sosnowski Spotkamy się w Honolulu Wydawnictwo Literackie, Kraków 2014, s. 339 z wiarą, jak wiedzieć, ale i jak wierzyć, by te dwie przestrzenie mogły ze sobą współegzystować, nie oddając uprzywilejowanej pozycji żadnej z nich i nie stygmatyzując się wzajemnie w wyniszczającej, ideologicznej walce. Albo (parafrazując Agambena) – jak pogodzić możność z wolą oraz niemożność z koniecznością.

Przeciwległe bieguny

W najnowszej powieści Sosnowskiego przedstawicielem skrajnego racjonalizmu jest Marek Giedojt, wzięty informatyk, ale i „agnostyk-ironista”, żyjący „w nieustannych zapasach ze zjednoczonymi siłami entropii, przypadkowości i bezsensu”. Próby opanowania niesionej przez życie przypadkowości przybierają u niego postać obsesyjną, obejmując nie tylko odmierzanie składników potraw z dokładnością do jednej tysięcznej grama, ale i próby cyfryzacji problemów teologicznych, które uskutecznia poprzez komputerową analizę trynitarnych sporów wczesnego chrześcijaństwa. Przeciwieństwem Marka jest, rzecz jasna, Piotr, który nieustannie wystawia się (jest wystawiany?) na to, co w naszym życiu nieobliczalne, niewyjaśnione, nieracjonalne. Innymi słowy, zakochany w Romie reportażysta jest figurą człowieka wrzuconego w odmęty egzystencji, nad którą pieczę sprawuje, w zależności od przekonań, los, przypadek lub Bóg. W każdym razie coś nieodgadnionego, tajemniczego i milczącego. Dla przyjaciela postępowanie Piotra jest z kolei przykładem działania tyleż nieracjonalnego, co naiwnego. Bo przecież kocha, a kiedy kochamy, to – podobnie jak w przypadku wiary – zawieszamy na gwoździu cały dyskurs empirycznej dowodliwości, unieważniamy procedury weryfikacyjne, bez patrzenia za siebie kładziemy na szali wszystko. W tak zakreślonych perspektywach obaj przyjaciele reprezentują przeciwstawne strategie egzystencjalne: wyostrzony do granic racjonalizm oświecenia i postoświeceniową „chorobę” wiary.

Ale dokładnie przeciwko tak wyraźnie postawionej opozycji protestuje w swojej nowej powieści Sosnowski! Spotkamy się w Honolulu pokazuje bowiem, że „rzeczywistość nie jest przecież tym, co umiemy lub czego nie umiemy dowieść, ale tym, czego dowodzić nie potrzebujemy”. A jeśli tak, to usytuowane na przeciwległych biegunach światopoglądy mogą wtedy jedynie powiedzieć coś dorzecznego o rzeczywistości, kiedy wzajemnie się – w sensie dosłownym – ścierają, kiedy łagodzą swoje zbyt kanciaste brzegi, rozjaśniają własne ciemne źródła. Owo łagodzenie symbolizuje silnie zwertykalizowana (była wszak stewardessą) i symboliczna (także onomastycznie) postać Romy. Spotkanie z nią zmienia obydwu mężczyzn tak, jak doświadczenie miłości wywraca na nice nasz sposób bycia w świecie i rozpoczyna swoiste vita nuova – przybrane nazwisko Romy (Naufahrt) oznacza wszak Nową Podróż. Nie inaczej jest z wiarą, którą Sosnowski ma, jak wiemy, za przestrzeń pokrewną miłości (czytane wspak imię Roma zmienia się w łacińską amor). W swojej łagodzącej obecności bohaterka powieści Sosnowskiego przypomina o tym, że ostatecznie, jak chce Jean Luc- -Nancy – i jest to, jak sądzę, myślenie bliskie autorowi Wielościanu – Bóg jest tym, co „międzyludzkie”, jest relacją, odniesieniem jednych do drugich. Tutaj, w tym dokładnie miejscu, splatają się radykalne opozycje, łagodząc ideologiczne ostrza na rzecz konstatacji tego, co w naszym byciu pozareligijne, dużo bardziej głębokie i przerażające: że świat, być może, opiera się na niczym, ale trzeba w nim jakoś żyć i jakoś (choćby czasami) się spotykać. Nawet w Honolulu.

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter