|
JANUSZ PONIEWIERSKI
„W tym znaku zwyciężysz”. Krótka historia miesięcznika „Znak”
Dekada piąta (1986–1996):
„Czy przetrwamy upadek komunizmu?”
Pod rządami Jarosława Gowina „Znak” zaczyna być coraz częściej traktowany jak „niezbędnik
polskiego inteligenta”. Ukazują się bowiem zeszyty, bez których
nie sposób się obejść, zajmując się określoną dziedziną wiedzy.
Jesienią 1989 roku – po zwycięskich wyborach i sformowaniu
rządu Tadeusza Mazowieckiego – do redakcji „Znaku”, na Sienną,
przyszedł znany ze swego radykalizmu działacz nowohuckiej „Solidarności”.
W ręku trzymał bukiet kwiatów. „Do tej pory – tłumaczył
zdziwionemu Stefanowi Wilkanowiczowi, który te kwiaty od
niego otrzymał – Polska potrzebowała ludzi odważnych. Teraz przyszedł
czas na ludzi mądrych”.
Członkowie środowiska „Tygodnika Powszechnego” i „Znaku”
odegrali ważną rolę w obradach Okrągłego Stołu (m.in. Stanisław
Stomma i Jerzy Turowicz, który te obrady w imieniu opozycji uroczyście
inaugurował) i później – w ustrojowej transformacji państwa.
Znaleźli się w parlamencie (Stommę wybrano do Senatu), w Radzie
Ministrów (Henryka Woźniakowskiego premier mianował dyrektorem
rządowego Biura Prasowego) i w samorządzie (Jacek Woźniakowski
został prezydentem Krakowa). „Znak” okazał się prawdziwym
rezerwuarem kadr III Rzeczypospolitej. Nie dziwiono się zatem
specjalnie, kiedy Mazowiecki – wkrótce po objęciu funkcji premiera – poprosił Stefana Wilkanowicza o pomoc w rozwiązaniu międzynarodowego
konfliktu wokół klasztoru Karmelitanek w Oświęcimiu. Tak
zaczęła się bardzo owocna działalność redaktora Wilkanowicza w charakterze
„męża stanu” (wcześniej był on znany przede wszystkim jako
działacz katolicki). Nowe, zaszczytne obowiązki oznaczały jednak coraz
mniej czasu dla miesięcznika. Co gorsza, z redakcji odeszli wówczas
„warszawiacy”: Jan Grosfeld (zajął się pracą naukową – dziś jest
profesorem UKSW), Damian Kalbarczyk (został naczelnym nowego
pisma „Obserwator”) i Krzysztof Śliwiński (stał się dyplomatą), a także
Henryk Woźniakowski oraz – troszkę później – Tomasz Fiałkowski,
który zasilił redakcję „Tygodnika Powszechnego” (obecnie jest
tam zastępcą redaktora naczelnego).
Na szczęście „Znak” potrafił wynajdywać młodych, bardzo zdolnych
ludzi, którzy całym sercem angażowali się w pracę w miesięczniku
i w przyszłości stawali się również formalnie jego filarami. Tak
właśnie trafili tu kiedyś między innymi (nie sposób bowiem wymienić
wszystkich): Stefan Wilkanowicz (który znalazł się w redakcji
w roku 1957), Bohdan Cywiński i Henryk Woźniakowski (zatrudniony
w „Znaku” już w roku 1976; gdyby nie upadek komunizmu
i propozycja złożona mu przez premiera Mazowieckiego zostałby
on zapewne redaktorem naczelnym po Wilkanowiczu).
Pod koniec lat osiemdziesiątych szczęście raz jeszcze uśmiechnęło
się do miesięcznika: do pracy przyjęto bowiem Jarosława Gowina.
Ten niezwykle pracowity absolwent filozofii miał pomysł na „odświeżenie”
pisma. I silną osobowość. Dzięki temu już wkrótce został
sekretarzem redakcji (1991), a potem redaktorem naczelnym (1994)
– i mógł ten swój pomysł realizować.
A reformy były, co tu kryć, konieczne. Krążyła wtedy o niektórych
katolickich tytułach taka oto, lekko złośliwa, anegdota: „Co to
jest »Tygodnik Powszechny«? Pismo tygodniowe redagowane jak miesięcznik.
»Więź«? To pismo miesięczne redagowane jak tygodnik.
A miesięcznik »Znak«? On jest redagowany jak półrocznik”.
„Znak” bywał hermetyczny, zbyt specjalistyczny, bardzo trudny
(już na początku lat osiemdziesiątych Stanisław Stomma wytykał redaktorom
„poziom trochę seminariów naukowych”). Jednak nie
wszyscy traktowali to jako zarzut. Stefan Wilkanowicz opowiadał kiedyś o dwóch listach, jakie w tym samym mniej więcej czasie przyszły
do redakcji. Autor pierwszego – profesor doktor habilitowany –
skarżył się na niezrozumiały, jego zdaniem, język artykułów i z tego
powodu żądał skreślenia z listy prenumeratorów. Autor drugiego –
człowiek z wykształceniem zaledwie średnim – pisał, że wprawdzie
niewiele ze „Znaku” rozumie, ale traktuje to jak wyzwanie: szuka,
czyta, pyta mądrzejszych od siebie... Lektura miesięcznika wymaga
od niego trudu – i daje ogromną satysfakcję.
Reform domagał się również... kalendarz. „Znak” musiał przecież
wychodzić regularnie, a miał z tym ciągle kłopoty. W połowie
lat osiemdziesiątych opóźnienie było już tak duże, że numery
zimowe ukazywały się latem. Problem rozwiązano na samym początku
tej dekady: w pierwszej połowie roku 1987 wydano zaledwie
jeden zeszyt miesięcznika, normalnej objętości, noszący za to numer...
1-7 (styczeń-lipiec). W ten sposób zlikwidowano spóźnienie
i od tej pory dość rygorystycznie pilnowano terminów.
Ważną zmianą okazało się wprowadzenie zeszytów tematycznych
(wcześniej numery takie ukazywały się sporadycznie – teraz to miała
być norma). Tak przygotowany miesięcznik szedł ku przyszłości: na
spotkanie z wolnym rynkiem.
Wtedy, pod koniec lat osiemdziesiątych, PRL powoli odchodziła
w przeszłość, choć jeszcze nikt nie wiedział, co przyniesie rok 1989.
To było jak przedwiośnie zwiastujące koniec ciężkiej zimy. Ten „powiew”
wolności, jakąś cenzuralną „odwilż”, widać nawet w ówczesnych
rocznikach „Znaku”. Oto bowiem na przełomie lat 1987/1988
opublikowano ankietę „Czym jest polskość?”*. W listopadzie 1988
roku ukazał się numer „niepodległościowy”. Cenzura „puściła” też
kolejny zeszyt „ukraiński” (1988), zeszyt „białoruski” (wiosna 1989)
i ważny numer Niewierzący a Kościół (autorami tekstów wprowadzających
do dyskusji byli Adam Michnik i ks. Józef Tischner). Udało
się również ogłosić zapis dyskusji na temat wolności i teologii wyzwolenia, w której na zaproszenie „Znaku” uczestniczył kard.
Joseph Ratzinger (1988).
Na przełom roku 1989 redakcja zareagowała natychmiast – już
w lipcu ogłoszono ankietę, w której o Polsce i Polakach wypowiadali
się nowo wybrani posłowie i senatorowie z „drużyny Wałęsy”.
Wkrótce potem ukazał się zeszyt zawierający artykuły, które – począwszy
od 1981 roku (wtedy zaczęła obowiązywać ustawa o Urzędzie
Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk) – skonfiskowała w „Znaku”
cenzura. W styczniu 1990 wydano numer „europejski”, a miesiąc
później zeszyt poświęcony Rosji. Zaiste, ktoś, kto nazwałby
ówczesny „Znak” półrocznikiem, okazałby się ignorantem.
Takie to były czasy, że nawet tołstyj żurnał trzymał rękę na pulsie.
Inna rzecz, że był do tego w pewnym sensie przymuszony. Mechanizmy
wolnego rynku sprawiały bowiem, iż nakłady leciały na
łeb na szyję (w styczniu 1988 nakład „Znaku” wynosił 15 tysięcy
egzemplarzy; w grudniu 1989 – 10 tysięcy, a miesiąc później –
w styczniu 1990 – zaledwie 6,5 tysiąca. W roku 1991 redakcja w ogóle
zrezygnowała z podawania wysokości nakładów). Sam tytuł i towarzysząca
mu legenda już nie wystarczały... Jacek Żakowski pamięta,
co w połowie 1989 roku mówił Krzysztof Kozłowski, zastępca
redaktora naczelnego „Tygodnika Powszechnego”: „»Tygodnik«
padnie dwa miesiące po upadku ustroju, który przez lata zwalczał,
bo pasożyt zawsze ginie razem z nosicielem”. Taki też mógł być los
niskonakładowego „Znaku”, który przez lata wychowywał swoich
czytelników do wolności.
W marcu 1991 roku na okładce miesięcznika pojawił się tytuł:
„Czy przetrwamy upadek komunizmu?”. Chodziło, oczywiście, o Polskę
i o chrześcijaństwo w naszej Ojczyźnie – ale to pytanie można
było przecież odnieść także do „rzeczy mniejszych”. Ono jakoś dotyczyło
wszystkich, którzy przyłożyli rękę do zwycięstwa nad komunizmem
(np. pracowników wielkich kombinatów, takich jak stocznie
czy huty), a teraz muszą się odnaleźć w nowej, całkowicie nieznanej
rzeczywistości. Ono w pewnym sensie dotyczyło również „Znaku”...
Lata dziewięćdziesiąte to w miesięczniku okres wielkiej rotacji
kadrowej, czas poszukiwania nowych redaktorów i wzajemnego „docierania się”. Nie wszyscy, którzy zaczynają tu pracować, pozostaną
na dłużej. Przez redakcję przechodzą zatem między innymi: Zbigniew
Baran, Krzysztof Gurba (w stopce redakcyjnej zaledwie przez kilka
miesięcy 1991 roku), Krystyna Czerni i Izabella Sariusz-Skąpska.
Poważnym wzmocnieniem intelektualnym jest pojawienie się w redakcji
trojga filozofów, profesorów uniwersytetu: Elżbiety Wolickiej
(KUL), ojca Jana Andrzeja Kłoczowskiego, dominikanina, i Karola
Tarnowskiego (obaj: PAT). Wszyscy troje (Tarnowski już od lat
sześćdziesiątych) byli dotąd stałymi współpracownikami „Znaku”.
W stopce pojawiają się również – i są w niej do dzisiaj – tłumaczka
(romanistka) Dorota Zańko i polonista Łukasz Tischner (przez wiele
lat pełniący obowiązki sekretarza redakcji). Wkrótce dołączy do
nich Wojciech Bonowicz.
Pod rządami Jarosława Gowina (który – w związku z częstą nieobecnością
Stefana Wilkanowicza – już jako sekretarz redakcji faktycznie
kierował miesięcznikiem) „Znak” zaczyna się coraz bardziej
zmieniać. Ta zmiana oznacza na przykład nową szatę graficzną. Ale
w pewnym sensie „nowe” staje się również wnętrze pisma. Miesięcznik
– zawsze ogromnie ceniony za głębokość spojrzenia i swoją niezależność
– zaczyna być teraz coraz częściej traktowany jak „niezbędnik
polskiego inteligenta”. Ukazują się bowiem zeszyty, bez których
nie sposób się obejść, zajmując się określoną dziedziną wiedzy.
Tak jest zwłaszcza z numerami poświęconymi dziedzictwu kolejnych
epok historycznych: antyku, średniowiecza, oświecenia itp., oraz
z monografiami wyznań chrześcijańskich (Co to jest prawosławie?,
Co to jest protestantyzm?). Nic dziwnego, że poszczególne numery
„Znaku” są zadawane studentom jako lektura obowiązkowa. Ale to
ma też swoje złe strony. No bo jak przekonać czytelnika – zainteresowanego
na przykład problematyką religijną albo kulturą – żeby
kupił zeszyt pt. Kosmos. Chaos. Fizyka?
Lekarstwem na taki stan rzeczy ma być poszerzenie działu Tematy
i refleksje, wprowadzenie doń nowych rubryk (m.in.: o. Kłoczowski
– Lapidarium; Anna i Zbigniew Baranowie, potem Piotr Mucharski,
a wreszcie Tadeusz Nyczek – Kronika krakowska itp.) czy interesująca
próba uruchomienia stałego dodatku: „Znak–Kultura”, stanowiącego
niemalże osobne „pismo kulturalne” w miesięczniku filozoficzno-religijnym. Jednocześnie redakcja miesięcznika daje dowody, że
trzyma rękę na pulsie i dotyka tematów gorących – zabiera głos w sporze
o aborcję (1991 – numer o świętości życia); tuż po pielgrzymce
Ojca Świętego do Polski (1991) pyta, czy zawiedliśmy Papieża; próbuje
wykreślić granice pomiędzy Kościołem i demokratycznym państwem
(1992); podejmuje namysł nad sensem cierpienia i śmierci,
problematyką wychowania, samotnością... Rozpoczyna też dyskusję
wokół dylematów moralnych, przed którymi stają wierni Kościoła
katolickiego (szerokim echem odbija się numer o antykoncepcji).
O czytelnika trzeba teraz walczyć. Wydawaniu pisma towarzyszą
zatem działania promocyjne – głównie audycje radiowe... Częściowo
udaje się również wprowadzić w życie stary pomysł Stefana Wilkanowicza
(„akcja kasetkowa”): niektóre zeszyty, na przykład monografie
baroku czy romantyzmu, mają swoją wersję mówioną. Wypowiedzi
autorów tych numerów, nagrane na kasetach magnetofonowych, trafiają
następnie do nauczycieli, którzy zaczynają postrzegać „Znak” jako
cenną pomoc dydaktyczną.
Oczywiście, poczta wciąż dostarcza ważne (często bardzo długie)
teksty, które jednak nie mieszczą się w obecnej formule miesięcznika.
Szkoda je odrzucić, nie sposób w całości wydrukować. Na szczęście
ktoś przypomina sobie o marzeniu Hanny Malewskiej: żeby
miesięcznikowi towarzyszył rocznik pn. „Zeszyty Naukowe »Znaku
«”. Tak właśnie powstaje inicjatywa wydawania serii „Znak–Idee”,
do której redagowania zaproszeni są również specjaliści spoza redakcji,
na przykład biskup Józef Życiński. W latach 1989–1995 ukazało
się siedem zeszytów „Idei”, poświęconych filozofii (m.in. metafizyce,
filozofii przyrody i filozofii wolnego rynku, a także konkretnym
osobom: Edycie Stein i Henrykowi Elzenbergowi).
Innym „dzieckiem” „Znaku” był kwartalnik „Polska w Europie”.
Zawierał on „wypisy” z miesięcznika ułożone pod szczególnym kątem:
ich tematem było społeczeństwo obywatelskie, demokracja,
dialog kultur, wspólna Europa... Niestety, kwartalnik ten nie przyjął
się na polskim rynku prasowym – zniknął po czterech numerach
i już nigdy się nie odrodził.
W nowe czasy miesięcznik wchodził, przeprowadziwszy się pod
nowy adres. Na początku lat dziewięćdziesiątych redakcja przeniosła się bowiem z ulicy Siennej na ulicę Kościuszki 37, do wyremontowanego
przez SIW Znak tzw. Dworku Łowczego, pałacyku wzniesionego
w połowie XVII wieku, który został wydawnictwu wydzierżawiony
przez miejscową parafię. Kiedyś był to budynek mieszkalny,
potem mieściły się w nim: karczma, fabryka wódek, wytwórnia
artykułów chemicznych, warsztat stolarski, organmistrzowski i warsztat
szklarski. Jak pisze autor specjalnej publikacji poświęconej dziejom
dworku, kwaterowały tutaj wojska szwedzkie, pruskie, austriackie
i radzieckie. W roku 1945 znajdował się tu radziecki szpital polowy
– leżał w nim ranny ojciec Michaiła Gorbaczowa. Kiedy
I sekretarz KPZR był w Krakowie (1988 r.), zapragnął odwiedzić
remontowany właśnie budynek. Świadkiem tego był nocujący w pokoju
gościnnym (w oficynie) Krzysztof Śliwiński, który przywitał się
z Gorbaczowem i poprosił go o złożenie autografu na... okładce
miesięcznika.
Dworek i towarzyszący mu ogród to miejsce bardzo urokliwe.
Niestety – inaczej niż kamienica przy Siennej – nieco oddalone od
Rynku. Z tego powodu redakcja „Znaku” przestała być miejscem
ważnych spotkań, tak bardzo inspirujących dla ich uczestników. Ale
był i inny tego powód – nowy, „kapitalistyczny” rytm pracy. Kierowana
przez Gowina redakcja „Znaku” zaczęła teraz przypominać
klasztorne lektorium – miejsce skupienia, namysłu, cichej pracy.
Oczywiście, Jarosław Gowin doceniał wymianę poglądów, dyskusję,
zaciekły spór – ale nie w godzinach pracy. Z jego inicjatywy co
miesiąc (wieczorem, w tzw. czasie wolnym) organizowano specjalną
debatę na gorący temat, tzw. polowanie na idee. Te spotkania miały
duże znaczenie formacyjne. One również tworzyły środowisko.
Bo Gowin chciał wokół miesięcznika stworzyć (a może raczej:
odtworzyć) środowisko opiniotwórcze. To dlatego – jak tylko został
redaktorem naczelnym – radykalnie poszerzył zespół miesięcznika,
doprosił doń nowych ludzi. Obok dotychczasowych założycieli i redaktorów
w ciele tym (jak dotąd, czysto honorowym) znaleźli się
zatem: Tadeusz Gadacz, ks. Michał Heller, ks. Wacław Hryniewicz,
ks. Jan Kracik, ks. Józef Tischner i ks. Tomasz Węcławski. To nazwiska
wiele mówiące w polskim Kościele, gwarancja tego, że „Znak”
– pokazując różne stanowiska – nadal będzie pozostawał w kręgu
katolicyzmu otwartego.
Piątą dekadę zakończyły obchody 50-lecia „Znaku”. W kwietniu
1996 roku zorganizowano w Krakowie kilkudniowe sympozjum, na
którym rozmawiano o „chrześcijaństwie przyszłości” (wykłady wygłosili
m.in.: Sergiusz Awierincew i Nikolaus Lobkowicz), o wychowaniu,
wyobraźni religijnej i przyszłości Kościoła w Polsce. Pół roku
później z okazji swoich „urodzin” „Znak” pielgrzymował do Rzymu
– cała redakcja została wówczas przyjęta przez papieża Jana Pawła II.
W tej pielgrzymce nie mógł, niestety, uczestniczyć sędziwy współzałożyciel
pisma profesor Stanisław Stomma. Jednak były redaktor
naczelny wciąż utożsamiał się z miesięcznikiem. I nadal widział w nim
jeden ze „z n a k ó w (...), które zdradzają głębszy sens bytu” i są pomocne
„w odkrywaniu tajemnic ducha”. To właśnie Stomma przekazał
redakcji przejmujące życzenia na kolejne 50-lecie. „Życzę –
pisał – wiele niepokoju ducha, bo niepokój duchowy ma sens dynamiczny,
przełamuje inercję i naprzód nas gna. Ale razem z tym życzę
wiele pokoju ducha. Życzę ogromnego rozmachu, impetu, ale zarazem
wiele głębokiego umiaru. Niech czytelnicy »Znaku« odczuwają
głos pisma »jak pacierz, co płacze, i piorun, co błyska«”.
Te życzenia pozostają aktualne także i dzisiaj...
*) Wziął w niej udział między innymi Donald Tusk. Fragmenty jego tekstu – kilka
zdań odpowiednio zmanipulowanych i brzmiących szczególnie obrazoburczo dla tzw.
prawdziwych Polaków – zostaną rozpowszechnione (z odpowiednim komentarzem!)
w czasie kampanii prezydenckiej w roku 2005.
JANUSZ PONIEWIERSKI, ur. 1958, członek redakcji „Znaku”, autor
książek Pontyfikat. 1978–2005 (III wyd. 2005) i Kwiatki Jana Pawła II
(2002).
Ostatni odcinek historii „Znaku” (lata 1996–2006)
Pozostałe odcinki kalendarium
POWRÓT NA GÓRĘ STRONY
|