Ilustracja: Natalia Nosova
Agata Bielik-Robson marzec 2026

Wynalazek transcendencji

Chciałabym postawić na wierność temu, co uważam w naszej przeszłości za najlepsze. Tym czymś jest głęboka pamięć o religiach objawionych, które w pewnym momencie oderwały się od swojego klanowego kontekstu i weszły na drogę etycznego uniwersalizmu

Artykuł z numeru

Chcę mieć serce spokojne

Chcę mieć serce spokojne

Czytaj także

Marcin Podolec

Pele-mele. Odpowiada: Marcin Podolec

Expositio in Apocalypsim Joachim z Fiore, XII-wieczny kalabryjski opat zakonu cystersów, a zarazem pierwszy chrześcijański filozofii historii, stawia odważną tezę, która ukształtuje późniejszą, już nowożytną, myśl historiozoficzną. Twierdzi on, że dzieje ludzkie nie rozwijają się zgodnie z procesem naturalnym, tak jak to jeszcze wyobrażał sobie Orygenes, dla którego historia to ciągły wzrost nasienia spokojnie rozwijającego się w wielkie drzewo. Dla Joachima historia jest procesem znacznie bardziej gwałtownym: kolejne epoki nie nadchodzą spontanicznie po poprzednich, lecz poprzedza je nieuchronny okres zamętu, chaosu i dezorientacji. Jedna umiera w męce wewnętrznego rozpadu, by po niej w bólach porodowych mogła wyłonić się nowa. Tu novum nie jest naturalnym następstwem starego, lecz jego przeciwieństwem, które później już Hegel, korzystając z Joachimowego schematu, nazwie dziejową antytezą. Równocześnie jednak historia stanowi ciągłość, którą spaja wielka narracja: choć stare musi odejść w niepokoju i zamęcie, to kolejna epoka coś z niego w sobie zachowuje i rozwija na nowy sposób. Joachim za wzór takich gwałtownych narodzin nowego stawia Pawłowe przejście od judaizmu jako religii prawa do chrześcijaństwa jako religii miłości, gdzie stare prawo żydowskie nie zostaje unicestwione, lecz raczej „zniesione” (kathargein): jednocześnie zdezaktywowane jako obowiązująca forma życia i zachowane przez podniesienie go na wyższy poziom życia w łasce. Dokładnie ten sam mechanizm odnajdziemy potem u Hegla, który swą magiczną formułę Aufhebung, czyli właśnie „zniesienia” jako pośrednika między starym a nowym, zaczerpnie z niemieckiego przekładu listów św. Pawła, dokonanego przez Marcina Lutra.

Joachimowe kalkulacje, gdzie zastosował on apokaliptyczną „metodę czasów”, czyli objawione przez Boga prawo następstwa epok, wyznaczyły dokładną datę początku „nowej ery” (teologicznie rzecz biorąc, stanowi ona inaugurację nowoczesnego świata: rok 1260). To wtedy świat zachodni, który przeszedł już przez dwie epoki – Erę Ojca (judaizm) oraz Erę Syna (Kościół katolicki) – miał wejść w tysiącletnią Erę Ducha, czyli ostatniej osoby Trójcy, przygotowując koniec świata w ponownym przyjściu Chrystusa na ziemię, tym razem w roli arbitra sądu ostatecznego. Nowożytność – czas, w którym żyjemy od schyłku średniowiecza po dziś dzień – narodziła się zatem z silnym przesłaniem teologicznym jako realizacja Milenium z Objawienia św. Jana i pomimo całego procesu sekularyzacji nigdy się tej konotacji nie wyzbyła. Właśnie to kryptoteologiczne uwarunkowanie naszej „nowej ery” obliczonej pierwotnie na tysiąc lat sprawia, że myślimy o niej, mniej lub bardziej świadomie, jako o opatrzonej terminem spożycia – i to całkiem dosłownie, Joachim bowiem nazywa kres dziejów mianem consummatio temporis, czyli właśnie „spożycia czasu”. W naszej zbiorowej nieświadomości, mocno ukształtowanej przez apokaliptyczną historiozofię, „nowa era” przestaje być nowa: wchodzi w okres starzenia jako dekadencji i chaosu, przy czym – co gorsza – towarzyszy nam także uparte przeświadczenie, że jako era ostatnia nie będzie ona miała swojego następstwa. Nic się z niej nie zachowa w epoce kolejnej, bo żadna kolejna epoka nie nastąpi, zgodnie z Janowym proroctwem: „czasu już nie będzie” (Ap 10, 6). Co więc będzie? I jaka czeka nas przyszłość? Ale – tu kolejne pytanie – czy wobec tego wyczerpania się naszej zachodniej wyobraźni historiozoficznej i ostatecznego „spożycia czasu” – będzie to w ogóle jeszcze „przyszłość”?

Chcesz przeczytać artykuł do końca?

Zaloguj się, jeden tekst w miesiącu dostępny bezpłatnie.

Zaloguj się