Sama tu mieszkasz?
Z przyjaciółmi, jeszcze z czasów studiów.
Też astronomowie?
Nie, fizyk i polonistka, mają córkę z zespołem Downa. Jak już nie mogłam dłużej mieszkać sama, powiedzieli: „Mamy dużo ziemi, zbuduj sobie dom koło nas, będzie fajnie”. Oba nasze domy są połączone werandą, więc mieszkamy razem i osobno jednocześnie. Moja część dostosowana jest do wszystkich moich potrzeb, a pokoje na górze mam dla gości, których bardzo lubimy zapraszać. No i mnóstwo znajomych jeszcze z czasów duszpasterstwa akademickiego mieszka w okolicy, więc jest w ogóle sympatycznie.
W zimie może aż tak tego nie widać, ale tu jest naprawdę pięknie. Z tego okna mam widok na las, z tego też na las, z tego na ogród i las, niedaleko płynie Wisła… Do Torunia, gdzie studiowaliśmy, jest niedaleko, mamy dobry dojazd do Warszawy.
Czyli nie utknęłaś?
Szczerze mówiąc, myślałam, że w porównaniu z Krakowem, gdzie mieszkałam w centrum, będzie mi tutaj samotnie.
Zwłaszcza że w ciągu ostatniego półtora roku pożegnałaś się i z pracą w Parlamencie Europejskim, i przede wszystkim z Polską Akcją Humanitarną.
Pracę w PAH-u ograniczyłam już wcześniej, właśnie ze względu na Parlament, a od 12 lipca 2025 r. PAH ma nowego prezesa. I zrobiłam to całkiem dobrowolnie, mając świadomość, że nie jestem w stanie już PAH-em zarządzać. Nie dam rady samodzielnie mieszkać w Warszawie i zjawiać się codziennie w biurze. I uważam, że skoro oddałam zarządzanie PAH-em, to niech inni samodzielnie nim rządzą, zwłaszcza że dobrze im idzie.
Naprawdę oddałaś?
Tak, całkowicie. Ostatnio nawet nie wiedziałam, że otworzyliśmy nową misję w Syrii. Nie piszę do nich, nie dzwonię, bo nie chcę, żeby czuli na sobie presję dawnej szefowej. Jak chcę zobaczyć, co robią nowego, to po prostu wchodzę sobie na stronę PAH-u. A w międzyczasie trochę jeżdżę na różne spotkania po Polsce, bo cały czas ludzie mnie zapraszają, ale przede wszystkim dużo czytam i poświęcam trochę czasu sobie – na rehabilitację i zdrowie, coraz częściej potrzebujące wsparcia.
Co np. czytasz?
Ostatnio wspaniałą biografię Swinarskiego autorstwa Beaty Guczalskiej. Kiedyś nie miałabym czasu na taką cegłę.
No, ale PAH to jednak były 33 lata ciągłej aktywności…
Pewnie gdybym mogła jeszcze się samodzielnie się poruszać, to bardzo trudno byłoby mi oddać tę pracę, a właściwie pasję pozwalającą wpływać na kształt świata i zmieniać go na lepsze, lecz tutaj po prostu wiem, że taka jest zewnętrzna konieczność. I że nawet jeśli to wciąż najfajniejsza praca świata, to z wózka nie jestem w stanie jej dobrze i odpowiedzialnie wykonywać. Więc po prostu muszę przyjąć do wiadomości, że skoro nie mogę samodzielnie mieszkać w Warszawie, pozostaje mi cieszyć się, że mam dobrego następcę i że nowi ludzie, którzy przychodzą do PAH, to fajni, młodzi pasjonaci.

