W rodzinne strony zaglądam raczej rzadko, raz na kilka miesięcy. Nie żebym nie lubił powrotów na stare śmieci. Wręcz przeciwnie. Po prostu niemal całe moje życie przeniosło się z Ełku do Warszawy. Te kwartalne lub półroczne interwały dają mi jednak pewną perspektywę. Lubię przejść się znajomymi ulicami i zobaczyć, co się pozmieniało. Przez wiele lat były to zazwyczaj kolejne inwestycje; Ełk przez długi okres był (i nadal jest) prawdziwym „kombajnem” unijnych dofinansowań, w dużej mierze przeznaczanych na rozbudowę infrastruktury turystyczno-rekreacyjnej. W ostatnich latach nastąpiła zauważalna zmiana: przeobraża się już nie tyle architektura, ile tkanka społeczna. Jeśli półtorej dekady temu w mieście obcokrajowcy pojawiali się naprawdę rzadko, to dzisiaj Ełk jest miastem multikulti.
Mniej więcej dekadę temu w jednostce wojskowej w nieodległym Orzyszu ulokowały się amerykańskie wojska w ramach NATO-wskiej obecności na flance wschodniej. W 2017 r. w nadjeziornych barach zaczęli się pojawiać klienci mówiący z teksańskim akcentem. W galerii handlowej Brama Mazur coraz częściej można było natknąć się na grupki czarnoskórych oficerów przebierających w elektronicznych gadżetach i jedzących kebaby w tamtejszym food courcie.
Od około pięciu lat na nadjeziornej promenadzie coraz częściej daje się słyszeć języki ze Wschodu: rosyjski i ukraiński. Dzisiaj, idąc alejką wzdłuż jeziora, trudno jest nie natrafić na osobę, która mówiłaby w innym języku niż polski. I jest to odbicie trendu, jaki od mniej więcej dekady zachodzi w całym kraju. Dziesięć lat temu imigrantów można było spotkać głównie w dużych miastach. Obecnie sytuacja się zmieniła. Jak czytamy w raportach Obserwatorium Wielokulturowości i Migracji – wspólnej inicjatywy analitycznej powołanej przez Urząd Miasta Krakowa i Uniwersytet Ekonomiczny w Krakowie – proces „multikulturalizacji” nie dotyczy już tylko dużych miast, ale także średnich i małych ośrodków miejskich; w Małopolsce to np. Nowy Sącz, Oświęcim, Tarnów i Olkusz.
W śródmieściu Warszawy niemal niemożliwe jest wyjście do Żabki bez spotkania z obcokrajowcem; szacuje się, że w stolicy legalnie zatrudnionych jest ok. 200 tys. przybyszów. To oznacza, że ich realna liczba (dodając osoby zatrudnione na czarno oraz nieaktywne zawodowo uchodźczynie i dzieci) jest co najmniej o kilkadziesiąt tysięcy wyższa. Mniej więcej co ósmy warszawiak ma inny niż polski paszport. Co tak drastyczna zmiana statusu naszego kraju oznacza? W przestrzeni publicznej pojawia się bardzo wiele poglądów dotyczących wpływu migracji na nasze społeczeństwo i gospodarkę. Często są to obawy; nierzadko zrozumiałe, a w niektórych przypadkach również zasadne. Zdarza się jednak, że politycy i komentatorzy mają błędne wyobrażenie na temat tego procesu. Czasami również najzwyczajniej na świecie kłamią w celu podsycania antymigracyjnych nastrojów. Robią to z prostego powodu: to się im politycznie opłaca.


