70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Samotność cząstek wspólnych

W „Torfowym ogrodzie z mostem i tygrysem” poetka używa równocześnie dwóch narzędzi, lupy i lunety. Chce widzieć każdy drobiazg i okruch budujący uniwersum, a równocześnie patrzeć z perspektywy dziejowej.

Magdalena Bielska w każdym swoim tomie, a dotychczas opublikowała także Brzydkie zwierzęta (2006), Wakacje, widmo (2009) i Czarną wyspę (2015), budowała przestrzeń świata przedstawionego dzięki rozpoznawalnej, konsekwentnej, a przede wszystkim inwencyjnej wyobraźni. To ona była znakiem rozpoznawczym krakowskiej poetki. W Torfowym ogrodzie z mostem i tygrysem autorka idzie dalej, bo zakres konceptów, na których opierają się poszczególne utwory, wykracza daleko poza kreację i wizyjność.

Obok zaskakującej projekcji nowych i precyzyjnie zaplanowanych obrazów (do najciekawszych należą przebitki z postantropocenu) w książce pojawiają się bardzo wyraźnie zaznaczone sploty poszczególnych fraz i powracające motywy. Oznacza to, że lektura szybko i automatycznie przeradza się w śledztwo. Tropienie tematów i wątków prowadzi do kilku, kluczowych dla całej książki, konstatacji.

Po pierwsze, artyzm Bielskiej, z wielkim pożytkiem dla tekstów, uwzględnia rygor praw fizyki. Od wiersza do wiersza prowadzą konkretne osie czasu, które nawigują czytelnika, zmuszając do prowadzenia obliczeń i ciągłego myślenia o obrazach w perspektywie długiego lub bardzo krótkiego trwania. Gdyby wyliczyć wszystkie frazy („żółty październik”, „grząski styczeń”, „marcowy szary ogród”, „grudniowy poranek”), można by pokusić się o (być możne złudny) rachunek miesięcy: między skrajnymi wierszami mija mniej więcej półtora roku.

Gdyby nanieść wszystkie miejsca wskazane w tomie na naprędce zaimprowizowaną mapę, okazałoby się, że właściwie poruszamy się między kilkunastoma charakterystycznymi budynkami, być może położonymi blisko siebie (szpital, skrawek łąki, „obskurna budka”, fryzjer, plac zabaw, lodowisko).

Nie brakuje wyjątków, kilka razy przenosimy się za miasto. I tam, jak we wszystkich innych miejscach, Bielska przypomina: istniejesz jako chaos „połączeń neuronów”, kłębowisko komórek i drobin: „(…) trzecia możliwość, najbardziej prawdopodobna: / Jechałeś wtedy, / Usypany z tajemniczych tkanek, / Przez zieleń – czyjąś łąkę, / Pełną skłębionych cząstek i fal” (Łąka, s. 10).

Po drugie, autorka wykorzystuje „kwantową zupę” i „śpiewające kwarki”, by bardzo dokładnie zdefiniować swoją pozycję, a ta przekłada się na zadania stawiane przed czytelnikiem. Wszystkie przeniesione do wierszy mikrosytuacje rozciągnięte są w poznawczym szpagacie. Bielska używa równocześnie dwóch narzędzi, lupy i lunety. Chce widzieć każdy drobiazg i okruch budujący uniwersum (elektrony), a równocześnie patrzeć z perspektywy dziejowej. Niby to banalna zachcianka, którą literatura zna, od kiedy człowiek stawia pytania o naturę świata, ale w Torfowym ogrodzie… te dwa skrajne punkty widzenia budują wspólną filozofię: nieustępliwie i niecierpliwie mówią o rozpadzie. Nieustępliwość tej narracji wynika z ciągłego nakręcania różnobrzmiących katarynek. Bielska widzi upadek cywilizacji w najdrobniejszych zdarzeniach. Marnieje ciało, nikną relacje, planeta tonie po „stu pięciu latach jedzenia w plastikowych pudełkach”. „Kiedyś planeta pogrąży się w mokradłach, / podmokłe lasy będą gnijącym słodkim zapachem, / stare książki z papieru będą dryfować w miękkim bagnie, / krople brudnej wody utworzą gorącą mgłę. / Nad brzegiem będą maszerować nowe istoty: ciągle ziemskie, / podobne do naszych krów, / bo ostatecznie tylko łagodne rzeczy mogły przetrwać: / łagodne, spokojne, prawie refleksyjne” (Hen po Zagładzie, s. 12).

Po trzecie, rozpad to kolejne narzędzie do podpatrywania. Gdy spytamy, kto patrzy, okaże się, że u Bielskiej do lunety podchodzą tylko wybrane osoby: 35- i 40-letnie kobiety (nie mam pewności, czy mówi jedna osoba). A kogo widzą? Matki, czasami przedszkolaki, zwierzęta. Widzą świat przez pryzmat kryzysu i próbują ograć lęk. Jak to zwykle bywa w poezji dopuszczającej do głosu kobiety, zwierzęta i dzieci, najlepiej widzi się skórą i sierścią. Kryzys ma barwę betonu (zalewa łąki falujące cząsteczkami), smakuje indyjskim jedzeniem, kebabem i spaghetti, na pewno zmieści się w jednym tweecie. Kryzys podtrzymuje skomplikowana aparatura medyczna i kultura: rozruszniki serca, matrioszki, Platon i Kierkegaard, photoshop i ćwiczenia na thigh gap. Bielska co chwilę pyta: co będzie, gdy wszystko runie (osnuje nas „zwierzęca cisza”), co będzie, gdy zrezygnujemy z miłości (to „najgorsze, co można (…) zrobić), kiedy czujesz samą siebie (gdy idziesz „w przemoczonych trampkach po zielonym mchu”)? Czy pytania układają się w konkluzję? Nie, i nie powinny. Świadomość schyłku nie łaknie konkluzji, a nawet – zaryzykuję tezę – boi się konkluzji jak ognia.

Być może kumulowanie obrazów, stawianie pytań filozoficznych i wizje końca ludzkiej epoki (widzianej z pewnym wyprzedzeniem) wynikają z kryzysu wieku średniego. Być może są artystyczną próbą zdystansowania się od poezji, która woli inne praktyki niż ćwiczenia z patrzenia i projektowania ludzkiej przyszłości. Poezja Bielskiej (a zwłaszcza pewna skłonność do wyświetlania własnoręcznie wyciętych kształtów świata, wklejonych w samodzielnie wycieniowane tło) współbrzmi z wizjami artystów mówiących obrazami (w moim uchu najbardziej z czułą uważnością Juliji Stachiwskiej w przekładach Anety Kamińskiej i zapiskami Eugenio Montale w przekładach Jarosława Mikołajewskiego). Jej świat jest widzialny, bo na niego patrzyła. „Trzeba by wrzucić pociągi, miasta, ciebie, mnie / do wielkiego detektora, żeby to zarejestrować” (Post albo nigdy nie tknęłabym królika) – podpowiada autorka. Wrzuciłam do swojego, spisałam rejestr.

Magdalena Bielska

Torfowy ogród z mostem i tygrysem

Wydawnictwo WBPiCAK, Poznań 2019, s. 51


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter