Subskrybuj
(fot. Łukasz Giza/Agencja Gazeta)

Widmo „inności”

Z antologii <em>Dezorientacje</em> najmocniej wybrzmiewa przesłanie: polska literatura poza dominującą normą – poza heteronormą – istnieje. Warto tu jednak poza czytelną kropką postawić wielki pytajnik: czy kiedykolwiek polska nieheteronormatywna literatura nie istniała? Czy miała prawo nie istnieć?

Widmo krąży po nadwiślańskiej krainie – widmo „inności”. Wszystkie potęgi starej Polski połączyły się dla świętej nagonki przeciw temu widmu, prymas i prezydent, różnoracy politycy, konserwatywni „liberałowie” i reżimowi policjanci.

W takiej też atmosferze na światło dzienne wychodzi antologia polskiej „literatury queer” – Dezorientacje. Opasły, przeszło 900-stronicowy tom pod redakcją Alessandra Amenty, Tomasza Kaliściaka i Błażeja Warkockiego. Prace nad książką trwały kilkanaście lat. Trzech wybitnych specjalistów w rzeczonej dziedzinie wydaje więc dzieło przełomowe, które mogłoby zmienić oblicze polskiej ziemi; które mogłoby wykrzyczeć radykalne „nie, nie, nie” wobec starych zegarów, co w rytmie „tak, tak, tak” zbożne mielą ziarno.

Redaktorzy Dezorientacji mówią wprost – polska literatura queer jest. I pokazują, cytują, opisują: sto nazwisk polskich literatów: od XVIII do XXI w., od Karpińskiego do Janiczak – przez Mickiewicza, Sienkiewicza, Słowackiego, Konopnicką, Staffa, Iwaszkiewicza, Gombrowicza, Miłosza, Dąbrowską… – autorów wybitnych, popularnych, nieznanych, kanonicznych i nieco już zapomnianych. Dlatego też z owych 900 stron najmocniej wybrzmiewa to właśnie przesłanie: polska literatura poza dominującą normą – poza heteronormą – istnieje. Warto tu jednak poza czytelną kropką, poza zdaniem twierdzącym postawić wielki pytajnik: czy kiedykolwiek takowa – nieheteronormatywna – literatura nie istniała? Czy miała prawo nie istnieć?… Stawiając tu znak zapytania, zwróćmy się więc ku tym obszarom naszej kultury, gdzie owej „odmienności”, „inności” spodziewalibyśmy się najmniej bądź wcale.

Patronki i patroni Dezorientacji

„Trzeba raz wreszcie wypowiedzieć tę prawdę wstydliwą, systematycznie chowaną pod korcem, że co najmniej połowa współczesnej sztuki francuskiej i niemieckiej – to sztuka przewrotna. Nie tylko fabularnie – co, zresztą, jest nieistotne – zazwyczaj w sposób skryty i przejrzyście zamaskowany, nie tylko formalnie, jak André Gide (…), jak Cocteau (…); ale po prostu ujawnia się to w samych ludziach, w życiu i twórczości pojedynczych jednostek, w złożonej ich osobowości. Brzmi to jak paradoks, lecz kultury XX w. niepodobna już pomyśleć, a tym bardziej pojąć, bez tego czynnika inwersji. Matki nasze i co kulturalniejsze ciotki sprzed lat trzydziestu szeptem i ze zgrozą wspominały imię Wilde’a; dzisiaj jest inwersja na Zachodzie uświęconą niemal instytucją. (…) nie jest już obecnie domysłem, ale faktem, że Albert było na imię Albertynie” . Fragment ten sytuuje się na…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Ucieczka od przebodźcowania