70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

O dalszych pożytkach z myślenia literaturą

Wiele tytułów to gorliwa pochwała literatury rozpisana na cztery części, z których każda prowadzi w nieco inne rejony doświadczenia, splatając śmiało publiczne z prywatnym, ziemskie z nadprzyrodzonym, polityczne z teologicznym i lokalne z europejskim.

Mniej tu niż w poprzedniej eseistycznej książce Koziołka (Dobrze się myśli literaturą) tekstów poświęconych bezpośrednio i wyłącznie literaturze, ta ostatnia bowiem zdaje się teraz przenikać całe postrzeganie świata. Jest już nawet nie tyle użytecznym i efektywnym narzędziem, po które możemy sięgnąć, aby lepiej zrozumieć otaczającą nas rzeczywistość, ile integralnym elementem samego procesu postrzegania i rozumienia

Nie znaczy to jednak, że literatura stanowi ostateczną miarę, którą ocenia się świat, przyrównując go do powieściowego czy poetyckiego wzorca. Nie należy ulegać pokusie zanurzenia się w świecie fikcji i takiego splątania życia z literaturą, które na dobre zatarłoby dzielącą je granicę. Pragnąc bardziej literatury niż życia, sprzyjamy bowiem iluzji, którą podszyte jest każde przedstawienie. Opłakane skutki zbyt dosłownego naśladowania fikcji przez naiwne życie opisuje Koziołek, wspominając fatalną eskapadę, na którą wyruszył w dzieciństwie, gdy z lektury Przygód Tomka Sawyera dowiedział się, że „prawdziwe chłopaki chodzą boso”. Romantyczna przygoda zakończyła się na pobliskim ściernisku, gdzie bosonogi miłośnik książek boleśnie przekonał się o różnicy między „tarkami” i „ostrymi kamykami” zrobionymi ze słów a sterczącymi z ziemi, materialnymi kikutami koniczynowych łodyg. „Z pokłutą skórą i poczuciem wstydu wycofałem się z ucieczki, rozczarowany, że życie nie chce naśladować literatury” (s. 287). Chciałbym rozumieć tę scenę jako przypowieść o „dobrym czytelniku”, który nie rozmija się z otaczającym go światem, zapatrzony w powieściowy ideał, ale dzięki literaturze zwraca się ku światu ze wzmożoną uwagą, by lepiej go rozumieć, pełniej doświadczać, ale także skuteczniej zmieniać. Bo jednym z przewodnich wątków Wielu tytułów jest właśnie podszyta ciągłą niepewnością wiara w to, że literatura, zmieniając indywidualne postrzeganie świata, potrafi także czynić ów świat miejscem bardziej otwartym i gościnnym.

Wiele pisze więc tym razem Koziołek o społecznej, publicznej czy politycznej funkcji literatury. Prywatne, egzystencjalne pożytki z lektury dominowały we wcześniejszej książce, gdzie fikcja narracyjna pozwalała przede wszystkim lepiej rozumieć siebie, wypełniając znaczeniem luki i szczeliny rozwierające się w jednostkowym ludzkim losie. Teraz miejsce owych „prywatnych obowiązków” zajmują powinności i zobowiązania publiczne, a Koziołek przygląda się uważniej społecznej i politycznej wymowie dzieł komentowanych przez siebie pisarzy. Uwrażliwia nas m.in. na afektywny potencjał literatury, zdolnej wyzwalać w czytającym nie tylko wzniosłe, lecz także nienawistne emocje: „pasywną rozkosz wyrównywania rachunków z historią” (s. 137), podszyte resentymentem porywy świętego oburzenia czy mściwą tęsknotę za „tyranią dobra” w obliczu zniecierpliwienia (nie)porządkiem świata. Koziołek przekonuje, że „prawdziwym czytelnikiem” jest ten, kto „afektywny odbiór literatury łączy ze zdolnością do jej krytyki” (s. 277), lecz także – dodałbym od razu – ze zdolnością krytycznej oceny wzbudzanych przez nią afektów. Tylko wówczas literatura może się stać odtrutką na pokusę słusznego, ale destrukcyjnego odwetu, ściegiem zszywającym brzegi rozdartego świata i rozdartej wspólnoty, utopijnym „trzecim miejscem”, w którym język publiczny zdoła się oczyścić z „semiotycznych niewybuchów”, rozbroi słowa i znaki wypełnione niszczącą, nienawistną energią, gotową w każdej chwili eksplodować. Literatura nie udziela nam jednak żadnej doktrynalnej lekcji, nie agituje na rzecz żadnej ideologii i nie przeciąga na stronę żadnego światopoglądu, sama będąc światopoglądem, czyli szczególnym sposobem patrzenia na świat: przez pryzmat – odkupionego autorską empatią – pojedynczego istnienia. Dlatego nie tylko w napędzaną polityczną trwogą elegijną podróż po Europie czy zrodzoną z proustowskiego pragnienia intymną wędrówkę do krainy dzieciństwa wybiera się Koziołek uzbrojony w literackie przedstawienia, wspierające pracę wspomnienia i wyobraźni. Właściwy literaturze pietyzm dla indywidualnego losu i jednostkowych wyborów wspomaga też wyobraźnię religijną: potrafi odmieniać tradycyjny porządek teologicznego myślenia i zastąpić spekulatywny dogmatyzm pełną współczucia „teologią literacką”. Koncentrując naszą uwagę na ludzkich, arcyludzkich doświadczeniach (bólu rodzącej kobiety, gromkim śmiechu) albo na materialnym, cielesnym konkrecie (włosach, stopach), pozwala np. wyobrazić sobie zmartwychwstałego Jezusa, który wychodząc z grobu, chciałby jeszcze przez moment poczuć pod stopą dotyk chłodnej ziemi, zachowany w Jego zmysłowej pamięci.

Literatura uczy nas trudnej sztuki współodczuwania, budując dyskretnie i niestrudzenie niewidzialną, ale realną wspólnotę. Zadając nam ćwiczenia z wrażliwości i wyobraźni, „zakłóca lub narusza spoistość naszych przekonań” (s. 28), uczy „przemieszczać się poza prywatność (naszych) zachowań i poglądów” (s. 27), pozwala „wypróbowywać i rozważać różne warianty życia” (s. 19), wyposaża w zdolność „do nazywania tego, co nadchodzi” (s. 22), by przyszłe nieznane nie odebrało nam zdolności jasnego widzenia.

„Światopogląd literacki”, ważniejszy od wszelkich partykularnych światopoglądów – świeckich przekonań i religijnych wierzeń – sprawia, że łączy nas, czytelników, duchowe powinowactwo z wyboru, że stajemy się wszyscy dalece nienormatywną, patchworkową rodziną o skomplikowanych i fascynujących powiązaniach i genealogiach. Koziołek cytuje Philipa Rotha, który – wspominając ważnych dla siebie pisarzy czytanych w dzieciństwie i wczesnej młodości – stwierdzał: „Tak, byłem dzieckiem swoich rodziców, (…) ale byłem skłonny zostać także dzieckiem tych pisarzy i – zanurzony w ich twórczości – uznać ich miejsce urodzenia za moją drugą rzeczywistość” (s. 27). „I ja – dodaje Koziołek – będąc dzieckiem swoich rodziców, chciałem należeć do rodziny moich literackich bohaterów: podhalańskich Tetmajera, litewskich Miłosza, warszawskich Tyrmanda, gdańskich Grassa, wędrownych Stachury, podlaskich Sienkiewicza, drohobyckich Schulza…” (s. 28). Nie ukrywam, że myśl o tym fantastycznym drzewie genealogicznym, którego rozłożystość czyni mnie mimo woli powinowatym Ryszarda Koziołka, sprawia mi szczególną przyjemność.

Ryszard Koziołek

Wiele tytułów

Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2019, s. 304


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter