Z okazji 250. rocznicy podpisania Deklaracji Niepodległości chcielibyśmy przyjrzeć się amerykańskim mitom. Być może najbardziej znanym jest american dream, którego bankructwo ogłaszano wielokrotnie w ciągu XX w. Jak się ma amerykański sen w czasach Trumpa?
Cóż, istnieje kilka różnych amerykańskich snów. Tym najlepiej znanym mnie i człowiekowi, którego zdjęcie widać w moim biurze, Philipowi Rothowi, jest sen śniony przez imigrantów. Ich amerykańskie marzenie – z tysiącem wyjątków i zostawiając na moment na boku odrębne doświadczenia Afroamerykanów – stało się rzeczywistością.
Istnieją niezliczone rodziny imigrantów, które przybyły do Stanów w poszukiwaniu lepszego życia i w krótkim czasie osiągnęły więcej, niż mogły rozsądnie oczekiwać.
Tak było też z Twoją rodziną.
Moi przodkowie byli Żydami urodzonymi w Żytomierzu w Ukrainie. Przybyli do miejsca, które mój dziadek nazywał „tym krajem”, nie znając angielskiego i zaczynając od pracy w hurtowni rybnej. Udało im się wysłać swoje dzieci na studia, a mój ojciec – którego ojciec nie potrafił tak naprawdę czytać po angielsku – został profesorem literatury angielskiej XVIII w. A to z kolei mnie pozwoliło zajmować się pisaniem i pracować dla „New Yorkera”.
Tak jak przez dekady przybywali Irlandczycy, Włosi, Polacy czy Żydzi, tak dziś pojawiają się Indonezyjczycy czy Banglijczycy. I wciąż – mimo antymigracyjnej retoryki Trumpa – istnieje dla nich szansa na awans społeczny. Pamiętam, jak niedługo po wyborze Trumpa jechałem z moją żoną Marthą nowojorską taksówką. Wdaliśmy się w rozmowę z taksówkarzem, który był imigrantem z Bangladeszu.
Bez cienia skrępowania zakrzyknął: „Niech Bóg błogosławi Amerykę!”. Powiedział nam, że ma dwoje dzieci – jedno zostało lekarzem, a drugie inżynierem na Massachusetts Institute of Technology. Z dumą pokazał nam ich zdjęcia: „Zawsze pytałem moje dzieci: co wybieracie? Chcecie siedzieć z przodu, gdzie ja prowadzę taksówkę, czy na tylnym siedzeniu, jako pasażerowie? To wasz wybór w życiu”.
I dodał: „Oboje jeżdżą teraz z tyłu. Nie prowadzą taksówki jak ich ojciec”. Mój dziadek powiedziałby to samo. Tak więc ta strona amerykańskiego snu – przynajmniej do pewnego stopnia – wciąż jest prawdziwa.
Przypomina mi się scena otwierająca słynną sztukę Tony’ego Kushnera Anioły w Ameryce, w której rabin wygłasza mowę pogrzebową nad zmarłą kobietą, imigrantką ze starego świata, która…