Mimo to w tych utworach nie ma nic z lamentu. Częściej do głosu dochodzi analityczna potrzeba zrozumienia sytuacji, przejęcia za pomocą narracji kontroli nad chaosem pozbawionej logiki śmierci. Ukochana osoba odeszła, „życie, jakie znasz, się kończy”, a z kompletnego bytu, który tworzyła para, zostaje tylko naderwana cząstka. Jeśli na ten byt składały się dwie osoby całkowicie zanurzone w literaturze, książki powstałe w żałobie stanowią rodzaj konwersacji urwanej w pół słowa. Rozmowa między dwoma wielkimi umysłami ustała i przetrwał tylko jeden rozum, który nadal działa na pełnych obrotach i próbuje odtworzyć życiodajny dialog mimo upartego milczenia z drugiej strony.
„Ja żyję. Mój mąż, Paul Auster, jest martwy. Zmarł 30 kwietnia 2024 roku o godzinie 18.58 tutaj, w tym brooklyńskim domu, gdzie teraz spisuję te słowa” – tak Siri Hustvedt, powieściopisarka i poetka, zaczyna Księgę duchów (tłum. J. Kozłowski). Już pierwsze zdania, utrzymane w rzeczowym tonie, wskazują cel książki – zrozumieć. W trakcie wywodu pojawiają się jednak także inne pokusy – ocalić od zapomnienia, raz jeszcze odtworzyć za pomocą słów choćby cząstkę wybitnego pisarza, z którym przyszło jej spędzić 43 lata. To długa książka – ponad 400 stron, na których co raz daje się odczuć nieśmiała wiara w zaklęcie Szeherezady: dopóki opowiadam, ukochany wciąż żyje. Strach postawić kropkę.
A więc Hustvedt pisze – o tym, jak Paul Auster zawitał do krainy zwanej przez niego żartobliwie Raklandią w chwili, gdy lekarze zdiagnozowali u niego niedrobnokomórkowy nowotwór płuc. Przywołuje jego terapię – okresy przepełnione nadzieją na wyzdrowienie i trudne miesiące opieki hospicyjnej, gdy nadziei już nie było. Opisuje moment śmierci i pierwsze godziny po niej. Analizuje swoją żałobę, stan, który nazywa „rozszczepieniem kognitywnym”, przy czym w trakcie posuwania się w pisaniu naprzód coraz częściej przyzywa ją życie: „Radości z jego żywej obecności i bólu jego nieobecności nie można rozdzielić” – notuje. Więc wspomina także ich wspólne życie, odtwarza intelektualny konglomerat przepełniony miłością, jaki udało im…