Często myślę o tym, że należę do pokolenia wyjątkowego pod względem łączenia topornej PRL-owskiej rzeczywistości ze światem nowoczesnych technologii. I podoba mi się to, że jestem świadkiem przemiany nieustannego braku w nadmiar wszystkiego. Od polowania w sklepach na jakiekolwiek buty, byle w odpowiednim rozmiarze i dobre na daną porę roku kiedyś, po świąteczne akcesoria dostępne już we wrześniu, nad których przeznaczeniem człowiek się zastanawia. Takie są dziwne i zbędne.
W dorosłość wchodziłam pod koniec lat 90. z bagażem wspomnień o pustych sklepach, kolejkach, psach i chomikach sprzedawanych pod Mostem Poniatowskiego, z przeświadczeniem, że jak pójdę do liceum, to już nigdy więcej nie zobaczę znajomych z podstawówki. Wydawało się wtedy, że przeszłość zostawiamy za sobą, otwierając się na przyszłość, na nowe znajomości i doświadczenia. Dorosłe życie zaczęłam jak czysta księga, w której miały się zapisywać nowe doświadczenia. I przez pewien czas tak było. A potem nastąpił zwrot akcji.
Najpierw pojawiła się Nasza Klasa. Nieśmiało wpisywałam nazwiska przyjaciółek ze szkolnej ławki i pierwszych miłości. Na początku niewiele tam było, ale później, jak grzyby po deszczu, pojawiali się bliżsi i dalsi znajomi.
Ludzie, zachwyceni nowym medium, odkrywali karty od razu. Można było zobaczyć, jak wyglądają, czym się zajmują, gdzie mieszkają. Nie wiedzieliśmy, dokąd to ujawnianie informacji nas doprowadzi, nikomu nie przyszło do głowy, by się nad tym zastanowić. Potem pojawił się Facebook, a później sprawy potoczyły się jak kula śnieżna. Albo i szybciej.
Dziś, jako twórca internetowy, zastanawiam się nad tym, gdzie leży granica prywatności, której nie warto przekraczać, gdzie znajduje się indywidualnie pojmowany obszar, w którym czujemy się bezpieczni i nienarażeni na niechciane oceny. Prywatność każdy z nas widzi przecież nieco inaczej, jedni ustawiają granice bliżej, a inni dalej.
Telefony rozpoznające twarz, aplikacje, płatności bezgotówkowe, monitoring miejski, spersonalizowane reklamy, które pojawiają się w telefonie dokładnie wtedy, kiedy mijamy jakiś sklep czy bank. Jesteśmy śledzeni, chcemy tego czy nie. Czy mamy jeszcze nad tym jakąkolwiek kontrolę? Myślę o tym za każdym razem, kiedy przychodzi mi wypełnić na początku roku szkolnego formularz w szkole moich dzieci, w którym pytają, czy wyrażam zgodę na publikację w sieci ich wizerunku. A jestem w mojej niechęci do dzielenia się ich zdjęciami uparta i konsekwentna. I uważam, że mam rację, bo taka publikacja niczemu nie służy.
Kiedy chcę opublikować w mediach społecznościowych moje zdjęcie z kimś dorosłym, zawsze pytam o zgodę. Nie pokazuję rodziców i bliskich przyjaciół. Nawet gdyby chcieli. Tę sferę od zawsze zostawiałam dla siebie, pielęgnuję ją w czterech kątach. Cieszę się, że mam grupę znajomych, a wśród nich przyjaciół, z którymi widuję się regularnie, i nigdy nie przychodzi nam do głowy, żeby podczas spotkania wyciągnąć telefony i robić zdjęcia, a potem je publikować. Celebrujemy te chwile, kiedy siedzimy sobie, ot tak, jedząc, rozmawiając, pływając kajakiem czy chodząc po górach, a to, co między nami, zostaje we wspomnieniach. Pielęgnuję je jak małe szkatułki pełne wspólnych doświadczeń.

