(il. Aleksandra Stanglewicz)
Mariusz Wilczyński lipiec-sierpień 2021

Bach, żółwica i kruchość

Zachwyt to coś, czego oczekuję od sztuki, i co sam chciałbym dawać odbiorcom mojej twórczości. Coś najczystszego.

Artykuł z numeru

Sztuka zachwytu

Czytaj także

Krystyna Miłobędzka

Wewnętrzna zgoda na świat

Chyba najczęściej pojawia się, gdy słucham muzyki: Pasji według św. Jana Bacha, Traviaty Verdiego, jazzowych koncertów Milesa Davisa. Ale zdarza się także w kontakcie z przyrodą albo gdy patrzę na rozgwieżdżone niebo. Zachwyt wydaje mi się czymś atawistycznym, wtedy mam ciarki na plecach. Uwielbiam to.

Oczywiście są też w życiu różne drobne satysfakcje – choćby kawa wypita o brzasku, gdy jeszcze wszyscy śpią, na tarasie przed moim domem. Mieszkam w lesie i towarzyszy mi wtedy śpiew ptaków. Można znaleźć zachwyt w codzienności, jeśli jest się uważnym, nie żyje się pośpiesznie. Lecz jak to porównać z ekstazą przy słuchaniu wielkiej muzyki? To zupełnie różne zachwyty. Nie jestem filozofem, nie potrafię wysłowić wszystkich niuansów pojęć – pewnie Tatarkiewicz albo Kotarbiński mogliby napisać cały tom pt. „Zachwyt”. Przypominam sobie jednak różne zachwycające sytuacje.

Po retrospektywie moich animacji w Lipsku czekałem o 5. rano na taksówkę na lotnisko. Całe miasto spało, było cicho, ponuro i dżdżysto. Okazało się, że pomyliłem godziny i miałem jeszcze trochę czasu, a z pobliskiego kościoła przez uchylone boczne drzwi słychać było, że w środku ktoś gra na organach fugę Bacha, więc wszedłem do środka. Ekipa telewizyjna ZDF, która cichutko instalowała się w zakrystii, by nagrywać poranny koncert, nie chciała mnie wpuścić, ale skłamałem, że specjalnie przyjechałem z Polski, by zobaczyć ten kościół. Uwierzyła i skierowała mnie, bym usiadł w ławce pod samym ołtarzem. Muzyka Bacha w tym pustym kościele brzmiała niewyobrażalnie magicznie i intymnie. Spuściłem wzrok i zobaczyłem, że tuż obok moich stóp na posadzce jest ciemna płyta nagrobna z napisem „Johann Sebastian Bach”. Byłem tuż obok szczątków Bacha, słuchając jego muzyki. Miałem poczucie absolutnej wzniosłości. Trudno to opisać, tu trzeba by chyba stworzyć haiku. Gdy w końcu wyszedłem z kościoła, było jak w kiczowatych amerykańskich filmach: rozstąpiły się chmury, widać było wschodzące słońce i… tęczę.

Przyznam szczerze, że gdybym umieścił taką scenę w swoim filmie, to straciłbym wszelką artystyczną renomę. Ale tak się rzeczywiście zdarzyło. Niebywałe.

Mam też czasem momenty ekstazy, gdy tworzę performances – czyli moje improwizowane filmy animowane powstające do muzyki granej na żywo. Jedną ręką na sztaludze tworzę animacje, a w drugiej ręce mam kamerę, która przesyła obraz na duży ekran. Pracowałem tak z Tomaszem Stańką, Wojciechem Waglewskim, orkiestrami symfonicznymi. Pamiętam jak na otwarcie Teatru Starego w Lublinie miałem performance z Tomkiem Stańką – Tomek był pół metra ode mnie, grał, a ja malowałem animację. Splecenie muzyki i obrazu, fizyczna bliskość, wspólna improwizacja bardzo na mnie oddziaływały. Jestem wielkim facetem, mam ponad dwa metry wzrostu, grubo ponad 100 kg wagi, a czułem się czystym duchem, nie ważyłem zupełnie nic.

Najpiękniejszy polski magazyn intelektualny

Ciesz się z darmowej dostawy
i dostępu do e-wydań

Prenumeruj znak

Albo taka historia. Byłem kiedyś w RPA na retrospektywie moich filmów. Odwiedziłem kilka miast, w końcu trafiłem do miejscowości nad oceanem. Tam pojechałem od razu na plażę i szybko zasnąłem. Gdy się obudziłem, zobaczyłem kilka metrów od siebie olbrzymią żółwicę. Szła ciężko, z wysiłkiem, jak stary człowiek. Zamarłem. Stanęła w końcu niedaleko mnie, wykopała dołek i zaczęła składać jaja – dziesiątki jaj przypominających piłeczki do ping-ponga. Wszystko to trwało ponad dwie godziny. W końcu nieco się cofnęła i zabrał ją przypływ. Potem doczytałem, że żółwie składają jaja tam, gdzie same się wykluły. Pokonują tysiące kilometrów, aby dotrzeć na tę samą plażę. Wiedzą też, gdzie złożyć jaja, aby nie wypłukała ich woda, a jednocześnie, żeby wyczerpana żółwica mogła zrobić tylko krok, by przypływ zabrał ją z powrotem do oceanu. To wszystko było dla mnie niezwykłe. Nawiązałem do tego wydarzenia w Zabij to i wyjedź z tego miasta w scenie, gdy wrzucam cały świat do dołka, przysypuję go piaskiem i wchodzę do morza.

W Zabij to… jedną ze scen, z których jestem najbardziej dumny, jest ta pokazująca miłość staruszków kreowanych przez Irenę Kwiatkowską i Andrzeja Wajdę. Z jednej strony on trochę zrzędzi, nie lubi, gdy ona mówi „kocham cię” – kiedyś mężczyźni nie potrafili mówić otwarcie o uczuciach. Z drugiej strony rzeczywiście ją kocha, troszczy się o nią, a w ostatniej scenie w pociągu bierze na kolana i zaczyna flirtować, jakby byli nastolatkami, jakby była znów młodą dziewczyną, i ona wtedy puszcza bąka… Długo zastanawiałem się, czy tego bąka nie wyciąć, zwłaszcza że producentki mojego filmu namawiały mnie do tego, obawiając się, że będzie on wywoływał głupie śmiechy na widowni. Ale uparłem się, że ma zostać, bo moją intencją nie był głupi żart, tylko pokazanie że mimo starości i niedołężności ona i on się kochają i pragną, jak gdyby wciąż byli młodzi . „Człowiek – to brzmi dumnie. Ale jest zrobiony z nietrwałego materiału” – mówi w filmie postać grana przez Wajdę. Że człowiek, ten kawałek mięsa, a po śmierci padliny, ścierwa, potrafi mówić, czuć namiętność, kochać – to jest tajemnica.

Starałem się jej jakoś dotknąć w moim filmie. Są tam pokazane rzeczy, których byśmy nie chcieli, a które są nieuniknione.

Nie wiem, czy ta ludzka kruchość może budzić zachwyt. Na pewno wzruszenie. W ostatnich latach często spotykałem się z moim nauczycielem i mentorem, wybitnym malarzem i grafikiem prof. Stanisławem Fijałkowskim. Przyjeżdżałem do niego dwa–trzy razy w tygodniu z mojego domu pod Warszawą do Łodzi, gdzie mieszkał. Miał ciągle nowe pomysły na obrazy, mówił mi, jak zrobić mieszanki farb: „Koteczku, zrób to tak i tak”. Fijałkowski miał już wtedy 97 lat, prawie nie widział, a wciąż genialnie komponował ze sobą barwy. Stawał przed sztalugą i zaczynał rysować, a jedną ręką podtrzymywał się mnie. Nigdy tego nie zapomnę. On stał, rysował, a ja czułem – niczym wędkarz, który odbiera wszelkie pociągnięcia żyłki – każde napięcie jego mięśni, ruch kości. Fizycznie doświadczałem wysiłku jego ciała. To było piękne. Widziałem, jak promieniał podczas malowania. Czułem, że wtedy jest wolny i szczęśliwy.

— pełna wersja tekstu dostępna jest w drukowanych i elektronicznych wydaniach Miesięcznika Znak

Kup numer