70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Większa czułość

Przedmioty w ogóle do mnie przylegają. Przywiązuję się do nich, obrastam, żal mi wyrzucać stare. Nie będę udawać, minimalizm jest mi obcy. Każda rzecz ma historię – tę podarowało dziecko, a tę przyjaciel.

Agnieszka Rzonca: Co wyhaftowała na szarej płóciennej serwecie babka Amelia?

Monika Sznajderman: Kwiatowe wzory.

 

Serweta przetrwała Zagładę, bo Pani babka wysłała ją w prezencie swojej kuzynce z Kalifornii. Kilka lat temu, po śmierci kuzynki, ta serweta nieoczekiwanie wróciła do Pani ojca, razem z pisanymi przez Amelię listami i rodzinnymi fotografiami. Czy dopiero z tych zdjęć dowiedziała się Pani, jak wyglądali członkowie najbliższej rodziny ojca?

Tak, wcześniej nie wiedziałam o nich. Ojciec milczał, ja nie pytałam. Dopiero te fotografie uruchomiły pamięć, pozwo­liły nam na rozmowę. Bo nie musieliśmy zaczynać od Zagłady, mogliśmy rozma­wiać o życiu przed. Po prostu o życiu. A nie o tym, co było potem.

 

Co mówią te fotografie o Pani krewnych?

O, bardzo wiele. Nie tylko pokazują, jak wyglądali, co samo w sobie jest już dla mnie cudownym zdarzeniem, ale też mówią dużo o ich charakterze i o rodzinnych relacjach. O tym, że się lubili i często przytulali, że mieli w sobie wiele ciepła, że dużo się śmiali, wygłupiali i mieli poczucie humoru. A jak rodzina dużo się śmieje, to chyba jest szczęśliwa, prawda?

Amelia z synami: Markiem i Alusiem, fot. z archiwum Moniki Sznajderman

Które z odnalezionych zdjęć szczególnie Pani lubi?

Trudno mi mówić o lubieniu tych foto­grafii, bo są dla mnie strasznie smutne. Mimo że przecież ludzie na nich są szczęśliwi i weseli. Są smutne, bo ja wiem, co spotka ich za kilka lat, i gdy je oglądam, nie umiem o tym zapomnieć. Najsmutniejsze i zarazem najbliższe są dla mnie wszystkie zdjęcia, na których jest Aluś, młodszy brat mojego taty. Na przykład to, gdy siedzą oboje przytuleni do mamy, w bluzeczkach w paski. Aluś przytula kotka, gdzieś na ziemi ponie­wiera się porzucona łopatka, jest lato… Albo to, na którym Amelia leży w łóżku z Alusiem w ramionach, krótko po porodzie, a mój czteroletni tata przy­tula się do nich. Albo Aluś i Marek, mój ojciec, w jasnych koszulkach w kratkę, patrzący przed siebie takim poważnym wzrokiem.

Aluś, który w wieku 11 lat poszedł z ojcem na Umschlagplatz.

 

W książce Fałszerze pieprzu. Historie rodzinne pisze Pani o swojej „nigdy niepoznanej” babce Amelii: „Lubię sobie wyobrażać, jaka byłaby, gdyby żyła dzisiaj. Czy byłaby lewicującą feministką?”. Ma Pani do niej bardzo dużo sympatii.

Tak, uwielbiam moją żydowską babcię, cieszę się, że mogłam ją poznać. Oczy­wiście w cudzysłowie, bo tylko i dopiero przez te zdjęcia i listy, ale jednak: poznać. Była tak wyrazistą postacią, że wydaje mi się, jakbym ją znała od dziecka. Ciekawa kobieta o dużym tempera­mencie i fantazji i niełatwym pewnie, bo bardzo labilnym, charakterze. Spokój nie był jej żywiołem ani spokojne życie w małżeństwie: poszukiwała szczęścia i miłości, o czym świadczą zarówno jej listy czy opublikowane w piśmie „Ewa” erotyczne opowiadanie pt. Tango, jak i rozwód z moim dziadkiem. W tam­tych czasach rozwód, szczególnie gdy się miało dwoje dzieci, nie był czymś bardzo częstym. Ciekawe, że mniej więcej w tym samym czasie, także mając dwoje dzieci (tyle że córki), porzu­ciła swojego pierwszego męża a mojego dziadka moja polska babka Maria. Ją także bardzo lubiłam. Mam poczucie, że miały z Amelią wiele cech wspólnych. Przy czym polska babcia z pewnością mocniej stała na nogach. Amelia chyba bujała w obłokach.

 

Czy zastanawiała się też Pani, jakie życie wiedliby dziś inni członkowie żydowskiej części rodziny?

Gdyby nie było wojny i Zagłady? Często o tym myślę. Przede wszystkim, patrząc na kondycję mojego ojca, sądzę, że żyliby długo i w zdrowiu. Poznałabym swoich dziadków, a może i pradziadka?

Rodzina warszawsko-miedzeszyńska była na najlepszej drodze do asymi­lacji lub lepiej: akulturacji, nie mówiła w jidysz, nie chodziła do synagogi, więc może w pewnym momencie moi krewni staliby się Polakami?

Jednak, ponieważ nie byli religijni, na pewno by się nie przechrzcili.

A może byłoby zupełnie inaczej? Może moja babcia Amelia wyjechałaby z synami do kibucu i byłabym sabrą? Choć raczej w ogóle by mnie wtedy nie było, bo przecież jestem pół Żydówką, a pół Polką, i taka właśnie, podwójna, jest moja tożsamość. Nie byłoby też Fał­szerzy pieprzu, a my nigdy byśmy się nie spotkały, żeby porozmawiać o rzeczach, które pozostały po żydowskim życiu, bo to życie w jakiejś formie wciąż by było.

A gdy myślę o rodzinie radom­skiej, to sądzę, że po moim dziadku Ignacym, w poprzednim, radomskim życiu Izaaku, przyszliby następni, którzy uczyniliby skuteczny wyłom w jej tra­dycyjnym świecie.

Ale może byłoby zupełnie inaczej. Może polski antysemityzm i nacjona­lizm wygnałby bardzo szybko tak jed­nych, jak i drugich do Argentyny, Kosta­ryki lub Ameryki.

Weissbaumowie i Rozenbergowie z Warszawy i Miedzeszyna przekona­liby się, że Polacy niekoniecznie kochają Żydów chcących być jak oni, a Fla­menbaumowie i Sznajdermanowie z Radomia dosyć mieliby pogromowej atmosfery i antyżydowskiej retoryki, przekładającej się na realne straty finansowe. Dosyć mieliby haseł „swój do swego po swoje” lub „nie kupuj u Żyda” i wybijania szyb w oknach sklepów. Dosyć mieliby narodowych bojówek i strachu. Ich interesy zaczęłyby upadać. Postanowiliby wyemigrować.

Może. Ale stało się zupełnie inaczej.

 

Oprócz podpisów, którymi opatrzone są fotografie, na wielu z nich pojawiają się uwagi sporządzone innym charakterem pisma, innym atramentem, np. „to pisała Mata” albo: „Your Grandfather. I am ashamed to say I forgot his name”. Czy pisała je głównie Pani amerykańska kuzynka? Bardzo to wzruszające dowody na próby zachowania pamięci.

Tak, fotografie opisane i podpisane są przez kilka osób: moją babkę Amelię, jej brata Henryka, rodzinnego fotografa, i wreszcie amerykańską kuzynkę, która opisała je dla mojego ojca. To praw­dziwy cud i szczęście, że prze­trwały w niemal nienaruszonym stanie, że nie przepadły w drodze do Ameryki ani w powrotem do Polski, po blisko 80 latach. Są dla mojego ojca, i także dla mnie, jedynym śladem po jego życiu przed Zagładą, po naszej wspólnej prze­szłości. Są świadkami jego niewątpliwie szczęśliwego (mimo rozwodu rodziców) dzieciństwa, i w ogóle dobrego, szczęśli­wego życia naszej rodziny.

Niewiele rodzin ocalałych z Holo­kaustu otrzymało taki dar pamięci.

 

Odnalezienie fotografii zbiegło się w czasie z odkryciem, że działka, na której w Miedzeszynie stała przed wojną Wasza rodzinna willa, nadal należy do Pani ojca, choć on nie pamiętał o jej istnieniu. Dziś rośnie tam las. Odwiedziła Pani to miejsce. Jakie uczucia Pani wtedy towarzyszyły?

Zdziwienie, że to wszystko faktycznie było. Że moja rodzina naprawdę ist­niała, że chodziła po tej ziemi, fotogra­fowała się na tej polanie, wygłupiała pod tym drzewem. Cała moja prze­szłość stała się realniejsza i bardziej namacalna. Z poziomu idei zeszła na tę ziemię w Miedzeszynie.

I, co tu dużo gadać, oczywiście czułam wielkie wzruszenie.

 

Co się stało z tą działką?

Działkę właśnie odzyskaliśmy! O jej ist­nieniu nie mieliśmy pojęcia do czasu, gdy kilka lat temu przyszedł z sądu list do mojego taty wzywający go na rozprawę w sprawie o zasiedzenie. Sąsiad, uznawszy, że ta ziemia jest niczyja, postanowił ją zasiedzieć. Bez trudu udało się oddalić jego wniosek i 72 lata po wojnie działka wreszcie do nas wróci. Niesamowite, prawda? Przy okazji dowiedzieliśmy się, że w Warszawie wciąż dużo jest takich niczyich działek i sąsiadów, którzy chcą je zasiedzieć.

 

Była też Pani w innych miejscach, które wiążą się z historią Pani rodziny, m.in. w Złoczowie, gdzie w pogromie zginęła Pani babka Amelia. Dlaczego odwiedzanie tych miejsc jest dla Pani istotne?

Szukam bliskości z moimi bliskimi. Nie mogę ich dotknąć, ale mogę pójść drogą, którą szła moja babka w upalny letni dzień 3 lipca 1941 r. Mogę dotknąć tych samych kamieni co jej stopy i na dziedzińcu zamku, gdzie ją zamor­dowano, poczuć jej strach, a przynaj­mniej spróbować go sobie wyobrazić. To wszystko, co mogę zrobić. Dotykać, wyobrażać sobie, pamiętać.

 

Znajduje też Pani dom w Radomiu przy ul. Prostej 31, gdzie najprawdopodobniej mieszkali Pani pradziadkowie.

W Radomiu tak niewiele zostało, że odnalezienie tego domu było cudem. Małego krzywego domku pod dachem z papy na końcu ślepej ul. Prostej na Glinicach. Kolejny namacalny ślad. Pozostało niewiele, ale zarazem wiele. Radom to bardzo dziwne miasto: nigdzie indziej nie widziałam tylu pustych placów i tylu niezamieszka­nych, zniszczonych kamienic. Pod­parte stemplami, grożą zawaleniem. Dla mnie jest to miasto, w którym czas zatrzymał się w momencie Zagłady, tak jakby coś w nim pękło i umarło.

 

Radom zajmuje szczególne miejsce w historii Pani rodziny. Z odnalezionych w archiwach fotografii i urzędowych dokumentów odtwarza Pani losy Sznajdermanów i innych zamieszkujących Radom krewnych. To tam żyła cała rodzina ze strony Pani dziadka Ignacego. Pani ojciec nigdy ich nie poznał, bo dziadek zerwał wszelkie kontakty, kiedy wyjeżdżał na studia medyczne do Warszawy. Pani poszukiwania przywróciły ojcu zupełnie nieznaną część rodziny. Jaka była jego reakcja?

Wdzięczność i radość. Powiedział: „Bardzo się cieszę, że to zrobiłaś, bo ja się wstydziłem”. Na moje pytanie dla­czego, odpowiedział: „Bo tyle lat minęło od wojny, a ja nic z tym nie zrobiłem”. Nadal za wiele nie rozmawiamy, ale jest między nami ten szczególny rodzaj porozumienia – oboje wiemy, że wiemy. I słowa przestają być potrzebne.

 

Udało się także odszukać mieszkającego w Ameryce kuzyna Pani ojca, Eliasza. W książce przytacza Pani jego wstrząsające wspomnienia z czasu, kiedy tuż po wojnie wraca do rodzinnego Radomia – żydowscy mieszkańcy nie byli tam witani z otwartymi ramionami…

Nie, nie byli. Zresztą nie tylko tam. Ale właśnie powrotom do Radomia poświę­cona jest świetna książka Łukasza Krzy­żanowskiego pt. Dom, którego nie było. O powrotach ocalałych do powojennego miasta. Krzyżanowski opowiada w niej m.in. historię mojego powinowatego Józefa Gutmana, który w sierpniu 1945 r. zginął w pogromowym napadzie wraz ze swoją świeżo poślubioną dziewięt­nastoletnią żoną. Historię tę znałam już wcześniej ze wspomnienia mojego stryja Eliasza Sznajdermana, jedynego ocalałego z radomskiej rodziny (poza jeszcze trzema osobami, które wyje­chały w latach 30. do Argentyny, Lon­dynu i Swierdłowska). Następnego dnia po napadzie Eliasz wraz z także oca­lałą żoną Marią przez Czechy i Niemcy wyjechali do Stanów. I nigdy już nie odwiedzili Polski.

Na samej tylko Lubelszczyźnie od drugiej połowy 1944 do końca 1946 r. w wyniku antysemickich ataków zgi­nęło ponad 100 osób. Wiele z nich zostało zamordowanych, gdy przyszli do polskich sąsiadów poprosić o zwrot pozostawionych u nich rzeczy.

To właśnie przez pogromową atmosferę pierwszych powojennych lat wyjechała z Polski większość oca­lałych Żydów. Reszta – w 1968 r.

 

Pisze Pani też o tym, w jaki sposób część polskich sąsiadów skwapliwie korzystała z rzeczy, które pozostawili po sobie żydowscy mieszkańcy. „Bardzo chciałabym wierzyć, że to nie wasi znajomi ani sąsiedzi jechali w pośpiechu furmankami grabić domy w Otwocku, Falenicy, Miedzeszynie po likwidacji tamtejszych gett w 1942 roku. Że to nie wasi znajomi ani sąsiedzi wyłamywali okna i drzwi, kradli ubrania, zastawę stołową, pościel i meble”.

Nie wiem, jaki los spotkał domy i rzeczy mojej rodziny, ale przecież było to bardzo możliwe. To, co tu opisałam, działo się, i to na skalę raczej masową aniżeli jednostkową. Polscy sąsiedzi wyczekiwali czasami „ostatecznego rozwiązania” w takim napięciu i tak niecierpliwie, jakby czekali na należny im spadek. Zachowały się książki i wspomnienia z tamtego czasu, które to w sposób niepozostawiający wątpli­wości dokumentują. Osobną sprawą jest to, o czym wspomniałam wyżej, czyli niechęć do oddawania powierzo­nego mienia. By nie oddać, straszono lub mordowano. To ostatnie spotkało mamę kolegi mojego ojca z siero­cińca żydowskiego w Zatrzebiu Heńka Frenkla. Poszła do Ciechanowca po pozostawione rzeczy i nie wróciła. Oca­lała z Zagłady, odnalazła syna i zginęła z polskiej ręki w Ciechanowcu.

 

Jeszcze w czasie wojny w podziemnej prasie pojawia się termin „pożydowskie”…

To paskudne słowo, uniewinniające i usprawiedliwiające kradzież i grabież. Już w latach 40., gdy nie dokonała się jeszcze Zagłada, w mentalności wielu Polaków zaszła znacząca zmiana: przedrostek „po” dodany do przymiot­nika „żydowski” unicestwiał Żydów, zanim zabili ich Niemcy. Dekretował ich nieistnienie, usprawiedliwiając i unie­winniając zarazem przywłaszczają­cych sobie ich domy i rzeczy polskich sąsiadów. Żydów już nie ma, już jest PO Żydach, nie wrócą, więc to wszystko jest nasze.

A to są przecież, wciąż i nadal, rzeczy żydowskie! Żydowskie są domy, do których wprowadzili się Polacy, żydowskie są przedmioty, którymi wciąż jeszcze się handluje. Miałam ostatnio przygodę z pewnym panem, oferującym mi szyld sklepu należą­cego z dużym prawdopodobieństwem do mojej prababki Fajgi Sznajderman. Pan ów, którego imienia ani nazwiska nie poznałam, na pytanie, skąd u niego ten szyld, odpowiedział eufemistycznie: „Wszedłem w posiadanie”. Za to posia­danie zażyczył sobie niebagatelnej kwoty 500 euro. Na tyle bowiem rzeczo­znawca szyld wycenił. Handel żydow­skimi pamiątkami kwitnie i, jak widać, istnieją rzeczoznawcy specjalizujący się w ich wycenie. Handluje się jednak nie swoim, tylko żydowskim. Jedynym pra­wowitym właścicielem szyldu była moja prababka i jej dzieci lub może jakiś inny Żyd, który zginął w Holokauście albo, jeśli ocalał, wyjechał z Polski po wojnie, a jego sklep przejęli Polacy. Handel rze­czami, które należały do kogoś zupełnie innego i do których my, Polacy, prawa nie mamy, jest czymś niegodnym.

Ponieważ odmówiłam zakupu, pan wystawił szyld na portalu OLX. Nie jest on już jednak na sprzedaż, tylko na wymianę. Znać w tym zabiegu strach przed konsekwencjami i nieczyste sumienie. Żydowski los i żydowskie mienie wciąż na nim ciążą.

 

W imieniu swojej polskiej rodziny zadaje Pani pytania o odpowiedzialność za los żydowskich sąsiadów: „Ale co więcej mogliśmy zrobić? Nikogo nie zabiliśmy, w nikogo nie rzuciliśmy kamieniem. W niczyich garnkach nie gotowaliśmy, niczyjego złota nie pragnęliśmy”. Jednak od poczucia winy trudno jest uciec. Czy znajduje Pani jakąś odpowiedź na pytanie, co więcej mogliśmy zrobić jako społeczeństwo?

Jest bardzo wiele rzeczy, które mogli-śmy zrobić jako społeczeństwo, a wła­ściwie których mogliśmy nie zrobić. Mogliśmy nie donosić na ukrywających Żydów polskich sąsiadów. Mogliśmy nie wydawać żydowskich kryjówek. Nie być szmalcownikami. Mogliśmy nie grabić żydowskich rzeczy, a po wojnie mogliśmy je oddawać tym, którzy wrócili. Mogliśmy nie żywić się żydowską krzywdą, łupiąc ich, gdy za pomoc oferowali pieniądze i kosztow­ności, mogliśmy wreszcie nie zabijać ich, gdy pieniądze i kosztowności się kończyły albo nawet przed tym.

Jest też co najmniej jedna rzecz, którą mogliśmy zrobić. Mogliśmy w Żydach zobaczyć sąsiadów i braci. Mogliśmy okazać im współczucie i soli­darność, niekoniecznie aktywnie anga­żując się w pomoc. Bo jasne jest, że nie każdego stać na bohaterstwo, od nikogo nie można go też wymagać.

 

Choć nie da się porównać krzywdy polskiej i żydowskiej, Pani polska rodzina również wiele po wojnie straciła. Po dworze w Ciechankach, majątkach w Rudniku czy Sobianowicach niewiele dziś zostało. Także te miejsca Pani odwiedziła.

Chciałam zobaczyć i poczuć, jak żyła przed wojną w swoim ziemiańskim mikroświecie moja polska rodzina. Ale tego mikroświata oczywiście już nie ma. Ciechanki, zmityzowana w rodzinnej pamięci posiadłość, od kilkudziesięciu lat znacjonalizowana, popadła w całkowitą ruinę. Staw, nad który chadzano dla ochłody w upalne letnie dni, zarósł rzęsą, a prowadząca do niego ścieżka chwastami. Nie ma lipowej alei ani jednego z piękniejszych w okolicy dworskich parków. Dwór, który zaprojektował Bohdan Lachert, jest niby pod opieką konserwatora, ale zupełnie tego nie widać. Okna zasło­nięte są folią, ściany częściowo otyn­kowano. Sypie się wszystko, co mate­rialne. Zachowała się tylko pamięć, bo po wojnie we dworze mieszkała była służba Lachertów, a potem zatrud­nione w PGR-ze kolejne jej pokolenie. W tej chwili, po upadku PGR-u, mieszka tam wnuczka pani, która przed wojną służyła u Zygmunta Lacherta, a jej brat pisze pracę magisterską o dworze.

Dworu w Rudniku nie ma zupełnie, a po sobianowickim pozostał zrujno­wany i nadpalony budynek zamieszkany przez zwierzęta i ptaki. Trudno go zna­leźć, bo całkowicie skrywają go drzewa, chaszcze i krzaki bujne jak dżungla. Wrócił do przyrody.

Moja polska rodzina straciła nie tylko to, co materialne, straciła cały swój świat. Pozostały jej nieliczne pamiątki i wspomnienia. Czy to przypadek, że w tym pokoleniu i w tym towarzystwie tak wiele osób pisało pamiętniki?

 

Pokój Pani polskiej babki Marii pełen był rodzinnych pamiątek i bibelotów. Jaki był Pani stosunek do tych rzeczy, kiedy była Pani dzieckiem? Czy ten stosunek uległ zmianie?

To nie były zwykłe rzeczy, jakie się kupuje w sklepie, lecz fragment jej prze­szłości, rzeczy ocalałe ze świata, który przeminął, świata pierwszej połowy jej życia: dzieciństwa, młodości, częściowo dorosłości. Miały w pokoju mojej babci swoje stałe miejsca: na srebrnej tacy stały w niezmiennej konstelacji srebrne kilkudziesięciu

popielniczki i miseczki, zdjęcia i wazo­niki. Na ścianach wisiały rodzinne por­trety – babci i jej drugiego męża Kazimierza „Kizia” Rojowskiego. Ze swoim niezmiennym porządkiem przed­mioty w pokoju babci stanowiły trwały element mojego dzieciństwa, wpisy­wały się w nie tak samo jak wakacje z nianią w Zalesiu Dolnym, a z rodzi­cami w Kamiennym Potoku, intrygująca swoim mitologicznym wzorem grana­towa kuchenna tapeta, w którą wpatry­wałam się, nie mogąc skończyć obiadu, czy wreszcie znienawidzone uniwer­syteckie przedszkole, w którym trzeba było jeść kaszę na mleku i leżakować.

Przedmioty w pokoju mojej babci musiały mieć jakąś szczególną aurę, bo zachowały się nie tylko w mojej pamięci. Dostałam ostatnio list od daw­nego jej ucznia (udzielała prywatnych lekcji angielskiego), który pisze: „Cio-cia [moją babcię nazywano czasem ciocią Masią, a czasem Masią] była piękna – pamiętam Ją, pamiętam Jej portret, pamiętam też kuchnię na Okólniku, bo czasem czekałem tam, gdy lekcja się opóźniała. Czasem wpro­wadzał mnie tam pan Sznajderman, którego trochę się bałem, a czasem Pani Mama. Pamiętam też, że sie­dział tam czasem starszy pan na sto­łeczku. Pamiętam też tacę, stół, przy którym odbywałem lekcję, i wspaniałą lampę. Co z tym wszystkim się stało?”.

Rzeczy w pokoju babci nie były tylko rzeczami – były aktorami w jej opowieściach o przeszłości. Bez końca potrafiłam się wpatrywać w portret Ciechanek pędzla Grzegorza Orłow­skiego z 1941 r., słuchając jednocześnie historii o balach, psach, koniach. Znała imiona wszystkich koni i wszystkich psów w majątkach, w których miesz­kała: rodzinnych Ciechankach, Rud­niku (z pierwszym mężem) i Sobiano­wicach (z drugim). A ponieważ dzie­cięca wyobraźnia karmi się szczegółami, a nie ideą, opowieści babci miały dla mnie nieodparty, niezapomniany urok.

Do końca życia paliła jak smok. Miała, elegancką srebrną zamykaną popielniczkę, z którą chadzała do teatru i do filharmonii. Na wszystkich meblach, a także w łazience na wannie, leżały osy­pujące się stożki popiołu. Wśród moich najcenniejszych pamiątek po babci są maszynka do zwijania bibułek i lufka do papierosów z kości słoniowej.

 

Czy praca nad Fałszerzami pieprzu wpłynęła na Pani postrzeganie przedmiotów?

Z pewnością tak. Obudziła większą czułość. Ale nie była to zmiana rady­kalna, bo przedmioty od zawsze ją we mnie budziły.

 

Czy jest jakaś rzecz, z którą szczególnie trudno byłoby się Pani rozstać?

W ogóle trudno mi się rozstaje z przedmiotami. Ale jeślibym miała stosować jakąś gradację, to szcze­gólnie bliskie byłyby mi pamiątki po moich żydowskich przodkach. Mam tylko to – szarą haftowaną serwetkę i fotografie. Tyle razy je oglądałam, że pamiętam każde zagięcie, każdą rysę. Żal by mi było je stracić. Są wszystkim, co mi po nich zostało. To przedmioty – dawcy pamięci.

Ważne są dla mnie też pamiątki po moich polskich przodkach, po babci i mamie. Po babci mam w domu – oprócz maszynki do robienia papie­rosów i fifki z kości słoniowej – jej por­tret, który opisuję w książce, i komodę z lustrem.

Choć jestem raczej bałaga­niarska, na tej komodzie przedmioty stoją od lat w niezmiennym porządku – zupełnie jak u niej. A w szufladach wciąż czuję zapach jej perfum. Tak jakby wciąż tam gdzieś była.

Po mamie odziedziczyłam sznury bursztynów. Bardzo lubiła bursztyny, często w nich chodziła. Te bursztyny to dla mnie mama. Nie byłabym w stanie ich wyrzucić. Rzeczy babci i mamy to przed­mioty – nosiciele pamięci.

Ale, jak powiedziałam, przed­mioty w ogóle do mnie przylegają. Przywiązuję się do nich, obrastam, żal mi wyrzucać stare. Nie będę udawać, minimalizm jest mi obcy. Każda rzecz ma historię – tę podarowało dziecko, a tę przyjaciel. Zardzewiałą tabliczkę z numerem domu Andrzej przywiózł z rodzinnej podlaskiej wsi.

Ostatnio moja córka znalazła szpulkę zielonych nici, którą pamięta ze swojego dzieciństwa w Czarnem przed 30 laty. Szpulka przewędro­wała z nami z Czarnego do pierw­szego domu w Łosiu, potem do innego domu w Łosiu, potem do Wołowca, do domu Michała, który wynajmowaliśmy, gdy budowaliśmy swój, i zakotwiczyła w naszym własnym, gdy się w końcu przeprowadziliśmy. Leży sobie wśród starych naparstków do szycia, starych igieł, zepsutych latarek i innych miłych sercu, niepotrzebnych przedmiotów. Na półpiętrze mamy małe muzeum: trzy maszyny do pisania, remington i dwie eriki, i pierwszy nasz telefon komórkowy o gabarytach dużej torby i ciężarze kilku cegieł. Numer działał w sieci Centertela i zaczynał się od 90. Po nim następował numer, który mam do dzisiaj, już dwadzieścia kilka lat. Sztormiak, w który ubrana byłam, gdy fotografowano mnie na okładkę 31. numeru „Wysokich Obcasów” 18 lat temu, noszę nadal. Lubię stare i niepotrzebne rzeczy. Są częścią mojego życia, częścią mnie.

_

Monika Sznajderman – Antropolog kultury; dr nauk humanistycznych. Ostatnio opublikowała książkę pt. Fałszerze pieprzu. Historia rodzinna (2016), za którą otrzymała Nagrodę im. Marii i Łukasza Hirszowiczów. Od 1996 r. prowadzi Wydawnictwo Czarne


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter