70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Nadpamiętanie i niedopamiętanie

Szwedzka reporterka Elisabeth Åsbrink, laureatka Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego, napisała książkę o roku 1947 – czasie między wojną światową a zimną wojną, czyli wojną o pokój. O czasie „kiedy wszystko wydawało się możliwe, bo wszystko się już wydarzyło”.

Kilkanaście miesięcy wcześniej dopiero opadał wojenny pył, liczono zmarłych. Kilkanaście miesięcy później świat kierował się już zimnowojenną logiką, zapadło wiele rozstrzygnięć. Rok 1947 był czasem potencjalności, wykuwania się nowego porządku, przemiany. Międzyczasem, kiedy wielu wierzyło, że w pokoju żyć mogą Sowieci i Amerykanie, Żydzi i Arabowie w Palestynie, hindusi i muzułmanie w Indiach. To styk przeszłości i przyszłości. Polski tytuł to 1947. Świat zaczyna się teraz. Lepszy jest angielski: 1947. When Now Begins, a więc –„Kiedy zaczyna się teraz”.

W 1947 r. miliony ludzi błąkało się po planecie w poszukiwaniu nowej teraźniejszości. Wielu żyło na gruzach, jeszcze w przeszłości. Żydzi, uciekając z Europy, chcieli trafić do przyszłości. Na Ziemiach Odzyskanych obawiano się, że z nowej przyszłości osadnicy zostaną wkrótce na powrót cofnięci w przeszłość. Teraźniejszość przez krótką chwilę nie istniała. Nie tylko teoretycznie, ale i rzeczywiście. Na przykład w Rzeszy w różnych strefach okupacyjnych był różny czas: w Berlinie ósma, w Bremie dziewiąta, w Dreźnie siódma. W tym ostatnim to i tak nie miało zresztą większego znaczenia, bo Sowieci ukradli zegarki.

Elisabeth Åsbrink bawi się czasem jak Christopher Nolan i gdyby przyznawano literackie Oscary, powinna otrzymać statuetkę za montaż. Robi szybkie przeskoki: kilka zdań z Nowego Jorku, kilkanaście z Berlina, kilkadziesiąt z Kairu. Książka składa się z mikroscen. Czytelnik ma poczucie chaosu i niepokoju, takiego, jaki panował wówczas. Reporterka nie wybiega w przeszłość, nie wraca do przyszłości. Pokazuje dzień po dniu to, co widzą współcześni (bazuje w dużej mierze na prasie czy pamiętnikach). Wydarzenia osadza na dwóch osiach: wielkiej polityki (podział Indii, upadek imperium brytyjskiego, spór o Palestynę, zapadająca żelazna kurtyna itd.) oraz losów (często intymnych) bohaterów tych czasów (Orwell, Beauvoir, Kałasznikow czy Levi).

Najciekawsze są przemyślenia Åsbrink o czasie. Twierdzi, że w ówczesnej teraźniejszości „przeszłość była sprawą otwartą”. Szwedka pisze o Niemczech: „Dzieci w berlińskich szkołach nie mają lekcji historii. Nie ma to nic wspólnego z brakiem żywności, po prostu historię jako taką muszą zaakceptować cztery rządzące kraje alianckie – ale nie mogą dojść do porozumienia”. Albo o Budapeszcie: „Każde spotkanie tworzy nową, sprzeczną wersję rzeczywistości. Nikt nie opowiada tej samej historii. Egzystencja eksplodowała”.

Zachód przyznaje wtedy certyfikaty cierpienia. Postanawia, co od teraz będzie pamiętane, a co pominięte. Dekretuje, że częścią uniwersalnej historii będzie Holokaust (ale już np. o prześladowaniach Żydów w wielu miejscach Europy, choćby w Wielkiej Brytanii w 1947 r., pamiętać nie zamierza). W zbiorowej pamięci nie ma jednak miejsca choćby na romski Shoah, czyli Porajmos (Pochłonięcie). W Norymberdze nie powołuje się romskich świadków. A zamordowano setki tysięcy Romów, być może nawet co drugiego żyjącego w Europie. Romowie ginęli, odchodząc w przeszłość, na którą nie ma miejsca w teraźniejszości, nie będzie i w przyszłości.

Zachód konstruuje opowieść o samym sobie. Niektórzy uznają tę pamięć za swoją, inni, jak Związek Radziecki, będą tworzyli historię alternatywną. A w ZSRR inaczej pamiętać będą poszczególne narody. A potem będą się kłócić  o pamięć między sobą członkowie tych narodów, jak na Ukrainie czy na Białorusi. Będą prześladowani ci, którzy nie mieszczą się w obowiązującej pamięci, a ta będzie zmieniała się wraz ze zmianami władz, granic, epok. A czym więcej było gdzieś cierpienia, tym więcej będzie nadpamiętania i niedopamiętania – jak na skrwawionych ziemiach. Przeszłość moglibyśmy przecież opowiedzieć na wiele sposobów – bo w pewnym sensie jest ona taka, jaką ją opowiemy i jaką zapamiętamy, a nie taka, jaka była. To sprawia, że istnieją alternatywne przeszłości, a w konsekwencji różne teraźniejszości. Ten proces trwa. Zapomina Turcja, Polska, Rosja, wiele narodów zapomina. Przeraża nas przyszłość, więc uciekamy masowo w przeszłości. Gdy te ostatnie na siebie nachodzą, spieramy się o wspólne połacie – Ukraińcy z Polakami, Ormianie z Turkami itd.

Åsbrink pokazuje, że pamiętamy niedoskonale, ale nie stara się opowiedzieć historii na nowo. Myślę, że chodzi jej o to, aby pokazać, że się tego w ogóle nie da zrobić, że historia zawsze będzie umownym konstruktem (a jeśli już próbujemy, to stosujmy mniej myślników, więcej strzałek – zdaje się radzić). Bo czy np. Polska (tak funkcjonuje to w zbiorowej wyobraźni), wydarzyła się w 966 r.? Czy w 965 r. mniej istniała niż w roku 967? A może nie istniała w żadnym z tych lat? Jak bardzo zniekształcają polską pamięć wyobrażenia zamknięte w liczbach: 1918, 1939, 1945, 1956, 1968, 1980, 1989? Według Szwedki jesteśmy niewolnikami koncepcji, liczb, słów, obracamy się w świecie pojęć. Åsbrink szczególnie interesuje postać polskiego prawnika Rafała Lemkina, który w 1947 r. sam jeden walczy, aby powstało słowo, w jakim da się zamknąć ogrom nazistowskich zbrodni – aby nie było już wielu morderstw, a jedno ludobójstwo, aby słowo przemówiło do wyobraźni, stworzyło wyobrażenie o skali zbrodni. No właśnie, znowu koncepcje – Lemkin tworzy złotego Graala, o którego później walczyć będą różni przegrani, chcąc, aby świat uznał ich cierpienie: Ormianie, Polacy, Gruzini, Ukraińcy (np. Hołodomor do europejskiej pamięci wciąż się nie przedostał, ludobójstwo Ormian tylko częściowo), inni. Bo – spytajmy przewrotnie – czy gdyby Lemkin nie wymyślił koncepcji ludobójstwa, Niemcy by je popełnili? Czy zmieniłoby to nasze pamiętanie?

Reporterka dużo miejsca poświęca Żydom, faszyzmowi i nazizmowi. Pokazuje, że wyobrażenie o unicestwieniu tych dwóch ostatnich ideologii w 1945 r. to kolejny konstrukt. Ostrzega: one się przepotwarzyły, nauczyły mimikry, ketmanu. W Europie faszyzm odrzucił pojęcie rasy, ukrył się za czystością kulturową, ale jego istota pozostała niezmienna: daje paliwo nacjonalizmom, ksenofobii, odruchom antydemokratycznym, antyfeministycznym, domaga się odrzucenia dyktatu Zachodu, wciąż żywi się lękami mas. Szwedka uważnie śledzi losy nazistów i faszystów w 1947 r., pokazuje, że trucizna ich ideologii przetrwała. Naziści w 1947 r. skupiają się wokół swojej gazety „Der Weg”. Pisze tam ostatni szef rządu Hitlera. Pisze Jean-Marie Le Pen. Z jego łamów można się dowiedzieć, że Żydów w 1947 r. jest więcej, niż było przed wojną. Åsbrink nie poprzestaje na Starym Kontynencie, pokazuje zależność między zbrodniczymi ideologiami w Europie a dzisiejszym fundamentalizmem islamskim. Tłumaczy, dlaczego na ulicach niektórych bliskowschodnich miast można znaleźć portrety Hitlera, a w supermarketach Mein Kampf (który chciano zresztą przełożyć jako Mój dżihad).

A może – krocząc za myślą Szwedki – już trwa III wojna światowa? Trwa, jednak nie do końca, bo jeszcze jej nie nazwaliśmy. Według Global Peace Index w 2016 r. tylko 10 krajów nie było zaangażowanych w żaden konflikt. Może kiedyś zapisze się w podręcznikach i zapamięta, że w 2018 r. trwała już wojna światowa? Ale przecież dla nas to nic nie zmienia. Tak jak nic nie zmieniło dla 18 mln Niemców i 10 mln Ukraińców, którzy byli w 1947 r. bez dachu nad głową, że rok 1947 uznajemy dziś już za rok powojennego pokoju.

_

Elisabeth Åsbrink

1947. Świat zaczyna się teraz

tłum. Natalia Kołaczek, Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 2017, s. 288


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter