70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Między sztalugami a kuchnią

Granica intymności to poważny problem moralny dla reportera. Spalam się, myśląc o tym, co mogę, a czego nie mogę napisać. Jako reporterkę najbardziej interesuje mnie bohater jako człowiek – jego codzienne życie, pokazane od środka. Jest to jednak rodzaj wścibstwa.

Daniel Lis: Pisząc Księdza Paradoksa, zeskrobywałaś złotko, którym Jan Twardowski został obleczony jeszcze za życia – tak przyznawałaś po publikacji. O rodzinie Beksińskich chyba nie mogłabyś powiedzieć tego samego?

Magdalena Grzebałkowska: Podobnie jak o ks. Janie, przed rozpoczęciem pracy nad książką niewiele wiedziałam o Beksińskich. Z malarstwem Zdzisława pierwszy raz zetknęłam się w czasach licealnych. Nie pamiętam, czy widziałam reprodukcję w gazecie czy w telewizji. Ale to był rodzaj fascynacji jak wypadkiem samochodowym: stoisz i patrzysz, nie możesz odejść, chociaż wiesz, że to niezręczne. Beksiński twierdził, że te postaci nie były trupami, ale ludzie uwielbiają aurę grozy. Stąd popularność cyberpunku, steampunku czy subkultury gotyckiej, szczególnie wśród nastolatków. Fascynowałam się wtedy Salvadorem Dalim i w tamtym czasie obu umieściłabym w tej samej grupie malarzy. Później powiedziano mi, że malarstwo Beksińskiego to straszny kicz. Wiedziałam, że jego obrazy świetnie się sprzedawały i że został zamordowany. Nie wiedziałam np., że pochodził z Sanoka.

A o Tomaszu?

Też tylko tyle, że był dziennikarzem radiowej Trójki i popełnił samobójstwo. Jego fenomen nie ominął mojego pokolenia. Moi przyjaciele do dziś mają zeszyty z zapisanymi zespołami i utworami, które podawał na antenie. Ominął mnie – nie słuchałam jego nocnych audycji, chodziłam wcześnie spać i docierałam najdalej do Listy przebojów Marka Niedźwieckiego.

Nie ukrywam, że jako reporterkę, tę hienę dziennikarską, początkowo najbardziej w historii Beksińskich zainteresowało mnie jej zakończenie – samobójstwo Tomka i morderstwo Zdzisława. Zastanawiałam się: dlaczego do tego doszło? Co leżało u podstaw samobójstwa syna? Choroba psychiczna? Depresja? A może rodzice go do tego doprowadzili? Różne krążyły przypuszczenia.

To finał na miarę greckiej tragedii.

Na początku oczywiście nasuwało mi się na myśl słowo „fatum”. Gdy poznałam lepiej sanockie losy Beksińskich, wydało mi się, że jest to fascynująca historia upadku rodu, jego degeneracji. Pojawiały się skojarzenia z Zagładą domu Usherów Edgara Allana Poego.

Oto bardzo szanowana mieszczańska rodzina, elita galicyjskiej prowincji. Mateusz Beksiński, protoplasta rodu i pradziadek Zdzisława, razem ze swoim przyjacielem z powstania listopadowego Walentym Lipińskim zakładają warsztat kotlarski, który dynamicznie się rozwija i po latach – już bez udziału rodziny – zostanie przekształcony w Autosan. Zdzisław będzie tam pracował w latach 50. Dziadek Władysław jest architektem, inżynierem miejskim i honorowym obywatelem miasta. Ojciec Stanisław to szanowany inżynier geodeta, mierniczy przysięgły.

Mamy i tajemniczy dom – w rzeczywistości dawny warsztat kotlarski. Najpierw zajmują go obaj założyciele zakładu rzemieślniczego z rodzinami. Na początku XX w. Lipińscy znikają z Sanoka, ale Beksińscy tam zostają. Z czasem dom popada w ruinę, aż w końcu w latach 70. – ze względu na fatalny stan – zostaje wyburzony.

A Zdzisław z rodziną przenosi się do Warszawy, gdzie dokonuje się los rodu. Fatum dopada Beksińskich. Dlaczego zrezygnowałaś z tej koncepcji?

Okazała się banalna. Wielu dziennikarzy pisało o „zagładzie domu Beksińskich”. Poza tym doszłam do wniosku, że o żadnym fatum nie ma mowy.

Ale taki sposób myślenia o tej rodzinie jest nadal żywy. Po niedawnym ogłoszeniu upadłości Autosanu pojawiły się w Internecie komentarze, że to ostatni akt tego dramatu.

W tej historii jest mnóstwo sensacyjnych tematów, którym łatwo dać się ponieść. Rzeczywistość jest bardziej skomplikowana. Interesujący wydał mi się np. ten nieuchwytny moment: mamy rodzinę, w niej radnego, architekta, inżyniera geodetę i nagle rodzi się Zdzisław – malarz, niepasujący do sanockiej rzeczywistości, tak bardzo osobny. Co się stało? Czy taki się urodził? Nie można tego tłumaczyć wyłącznie chowaniem go na księcia i białego sahiba, bo wtedy wszyscy byliby artystami tylko ze względu na wychowanie. Czy miał jakąś mroczną tajemnicę? A może po prostu tacy geniusze od czasu do czasu rodzą się w zwykłej rodzinie. I dalej: czy skoro Zdzisław nie należał do sanockiego mieszczaństwa, lecz został artystą, mamy prawo mówić o degeneracji rodu? Równie dobrze może to być awans społeczny.

Sprawdzałam różne tropy. Może Zdzisław wrodził się w swojego stryjka? Stanisław Beksiński miał brata Mundka. Chłopiec był fotografem amatorem. Edward Zając, były dyrektor Muzeum Historycznego w Sanoku, opowiadał mi, że trafił kiedyś na zrobione przez niego zdjęcia. Ale i z nim wiąże się tajemnicza historia, bo w archiwach jakiekolwiek ślady po nim urywają się, gdy miał około szesnastu lat.

Co się z nim stało?

Wiadomo, że obaj z ojcem Zdzisława chodzili do szkoły. Stanisław Beksiński był najlepszym uczniem, wielokrotnie nagradzanym, Mundek – przeciwnie: mierne oceny, raz nie zdał. I nagle znika, nie ma po nim śladu. Czy umarł na tyfus, gruźlicę, koklusz? Czy miał inną tajemniczą chorobę i po prostu to zatuszowano? Zdzisław opisywał, że kiedy porządkował rodzinny grobowiec przed pochówkiem ojca, zauważył w nim trumnę jakiegoś dziecka. Czy ten chłopiec jest tam pochowany? Szesnastolatek ma raczej dużą trumnę, prawda? To tajemnica rodziny – nigdy na żaden jego ślad nie trafiłam. Ale może to żaden sekret? Jest początek XX w., człowiek umiera i już. To się zdarza.

Z jednej strony grecka tragedia, ale z drugiej – żyjemy jednak w czasach tabloidów.

Dlatego doszłam do wniosku, że szukanie tajemnicy mnie zgubi. Założyłam, że za wszelką cenę nie napiszę sensacyjnego tekstu o Beksińskich. Postawiłam sobie inne zadanie: opisać losy zwykłej polskiej rodziny – niezwykłej przez to, że ojciec był artystą, a syn dziennikarzem radiowym – przez pryzmat jej życia codziennego.

Dlatego też nie piszę od siebie – nikogo nie obchodzi, jakie jest moje zdanie. Oddaję głos ludziom, którzy Beksińskich dobrze znali. Tę metodę stosowałam też, pisząc Księdza Paradoksa – jeśli na dany temat są dwa odrębne zdania, to je przytaczam. Oczywiście to moja książka, więc wszystko, co się w niej znalazło, zostało przefiltrowane przez mój sposób postrzegania świata. Ale moim zadaniem jest oddanie głosu innym i ciekawe poprowadzenie tej debaty.

W liście do przyjaciółki Beksiński pisał tak: „Nie cierpię sprzedawać własnej prywatności – szczególnie, że właściwie nie mam niczego do sprzedania. Moje życie postrzegam jako dosyć, lub bardziej niż dosyć nudne, jeśli idzie o zewnętrzną, a więc możliwą do sprzedania jego stronę. (…) W końcu nie byłem ani dyplomatą, który obracał się wśród interesujących zdarzeń, ani podróżnikiem, który ma sporo do wspominania, choćby wspólny obiad z Mao Tse-tungiem i wspólną kochankę z Che Guevarą. Nawet żonę miałem tylko jedną. Całe moje życie to stanie przed sztalugami lub siedzenie przed stołem i praca, przy której słuchałem sobie muzyki”. Kokietował?

Nie doceniał swojego życia. Wydawało mu się, że taki jest, ale to nieprawda. Każdy człowiek jest ciekawy. Życie ks. Twardowskiego też mogłoby się wydawać nudne. Ale fakt – przynajmniej ludzi poznawał. Beksiński stronił od nich, nigdzie nie wyjeżdżał, rzeczywiście wciąż stał przy sztalugach. Chciałam jednak wiedzieć, co działo się między sztalugami a kuchnią. Nie jestem historykiem literatury, by analizować poezję ks. Twardowskiego, ani historykiem sztuki, by oceniać malarstwo Beksińskiego. Jestem reporterką i interesuje mnie bohater jako człowiek, jego życie codzienne. Co robi, kiedy wstaje rano? Z jakiego pije kubka? To mnie ciekawi. Ktoś może powie, że to banalne, bo – jak mawiał Twardowski – liczy się dzieło, nie człowiek, ale tak właśnie myślę.

Dlatego dociekałam: w jaki sposób Zdzisław zdobywał materiały do malowania w latach 60.? Co się stało z jego nowatorskimi projektami pojazdów dla Autosanu? Jak udawało mu się łączyć pracę tam z tworzeniem? W Sanoku go nie doceniano. Koledzy z pracy wysmarowali kiedyś sklejkę resztkami gęstych farb, powtykali spinacze, pinezki i mówią: „Zdzisiu, popatrz, zrobiliśmy taki sam obraz jak twój”. Beksiński śmiał się z dowcipu, ale jego kolega z pracy, który mi o tym opowiadał, przyznał, że traktowali go jak idiotę. Byłam ciekawa, jak do jego sztuki podchodziła cenzura. W jaki sposób do Tomka trafiały te wszystkie płyty zaraz po premierze na Zachodzie? Zresztą melomanami byli obaj – Zdzisław w całej pracowni miał zamontowane głośniki i podczas tworzenia bardzo głośno słuchał muzyki. Miał też słabość do nowinek technologicznych. Skąd je brał, mieszkając w Sanoku?

Opisujesz sieć zaprzyjaźnionych z nim osób z różnych części Polski, i nie tylko, które łączy fascynacja jego pracami i chęć niesienia mu pomocy. Wysyłają mu to, o co akurat prosi, od kawy po wycofane z produkcji magnetofony.

Ależ wykorzystywał ludzi, prawda?

Ale oni też dawali się wykorzystywać, chcieli to dla niego robić. Może bali się stracić tak fantastycznego korespondenta? Beksiński nie spełnił się jako autor opowiadań, ale listy – również te z dziwacznymi prośbami – pisał rewelacyjne.

Miał niezwykłą charyzmę. Czytanie jego listów było czystą rozkoszą. I dzięki Bogu, że miał świetny styl i dowcip, bo zostałam zasypana górą korespondencji. Z wykształcenia jestem archiwistką i miałam warsztat, by nad tym zapanować, ale to była prawdziwa klęska urodzaju. Beksiński pisał kompulsywnie, po kilkanaście listów dziennie.

Musiałaś zapanować nie tylko nad korespondencją. Wspomniałaś o jego fascynacji nowinkami technologicznymi. Od lat 50. prowadził dziennik foniczny, później kupił kamerę wideo. Twierdził, że jego życie jest nieinteresujące, ale utrwalał je na najróżniejsze sposoby.

Może wydawało mu się nieciekawe dla innych, ale dla niego życie wewnętrzne jego rodziny było bardzo interesujące. Poza tym chciał, żeby coś po nim zostało. Odkąd pozwalała na to technologia, robił wiele, by jakoś zachować swoją osobę po śmierci. Nie bał się umierania. Bał się cierpienia podczas umierania, co go zresztą spotkało. Ale najbardziej bał się zniknięcia, nieistnienia. To była jego prawdziwa obsesja.

Bardzo się też martwił, czy jego obrazy przetrwają. Kiedyś w przypływie wściekłości Piotr Dmochowski, jego paryski marszand, zagroził, że po śmierci malarza spali wszystkie dzieła, które ma w swojej kolekcji. Beksiński szalał z rozpaczy, że te obrazy znikną! Kochał je jak dzieci, nienawidził się z nimi rozstawać i najchętniej wszystkie zostawiłby dla siebie. Sprzedawał je, bo z czegoś musiał żyć. Liczył też, że gdy trafią do różnych ludzi, większe będzie prawdopodobieństwo, że się zachowają, np. jeśli wybuchnie wojna. Gdyby bomba walnęła w mieszkanie Beksińskiego, w którym byłyby wszystkie jego obrazy, nic by po nim nie zostało. A tak – zawsze coś przetrwa. Zgodził się również na powstanie muzeum, bo uważał, że specjaliści potrafią chronić obrazy.

W nagrywaniu rodzinnych rozmów od lat 50. czy filmów od lat 80. jest coś bardzo charakterystycznego dla naszej codzienności, czasów Facebooka. Pod względem ilościowym i jakościowym to na wskroś nowoczesne źródła wiedzy o bohaterze. Chyba niespotykane dotąd w książkach biograficznych. Beksiński odtwarzał później te nagrania?

Nie wszystkie. Nigdy nie odtworzył filmu, na którym nagrał śmierć matki. Nie chciał. Ale tak, Beksińscy czasem słuchali swoich nagrań, oglądali filmy. To były godziny taśm, nie tylko z rodzinnych spotkań, ale też np. z widokiem nieba, parkingu, burzy. Czasem kręcił coś jedną kamerą, potem drugą. Fascynowała go technologia. Sprawdzał, która kamera daje lepszy obraz, kolor, ostrość – Sony czy Panasonic? Akurat tego nigdy nie chciał robić artystycznie. Nie zamierzał nagranego materiału montować.

Wartość biograficzna tego materiału musi być bardzo nierówna, a gdybyś chciała odtworzyć wszystko w czasie rzeczywistym, zajęłoby to pewnie wiele miesięcy. Wyobrażam sobie, że za kilkadziesiąt lat biograf, pisząc o czyimś życiu w roku 2014, będzie przeszukiwał setki, tysiące e-maili, SMS-ów, wpisów na Twitterze, zarchiwizowanych rozmów z Facebooka czy Skype’a. I to rozproszenie będzie postępowało.

A figa z makiem! Moim zdaniem źródeł będzie coraz mniej, a za kilkadziesiąt lat ludzie będą nas odkrywać, jak archeolodzy Mieszka I. To jest prawdziwy problem dla przyszłych biografów. List na papierze jest trwały. Ale e-maile się nie zachowają! Beksiński drukował swoje e-maile, ale kto dziś to robi?

Było to przecież co najmniej dekadę temu – pod względem technologii w innej epoce.

Mariusz Szczygieł zażartował kiedyś, żebym po jego śmierci napisała jego biografię. Z opowieści ludzi wyłania się bardzo barwna postać. Zna też mnóstwo anegdot. Niektóre wypuszcza w świat, w wywiadach i felietonach. Choć anegdoty są niezbędne, nie zbudujesz na nich biografii. Trzeba zajrzeć głębiej – jaki bohater jest, kiedy zdejmie maskę uprzejmości, dobrego wychowania i pozoru? Może nigdy się tego nie dowiesz, ale musisz postarać się zdobyć tę wiedzę. Prawdziwą kopalnią wiadomości jest korespondencja. Szczygieł pisze e-maile. Do mnie napisał kilka bardzo fajnych. Ale już ich nie mam, bo były na starym komputerze, który wymieniłam, bo robi się to co kilka lat.

Obsesyjnie kręcę filmiki – nie wielką kamerą jak Beksiński, tylko komórką. Gdzie je mam? Powrzucałam do komputera. Próbuję zobaczyć moje dziecko sprzed sześciu lat, ale nie mam już takiego programu do odtworzenia, bo system, w którym działał tamten telefon, jest tak stary, że mój nowy służbowy komputer go nie odtworzy. Musiałabym ściągnąć kolejny specjalistyczny program.

Uważam, że SMS-y są ciekawym materiałem. Ale się nie zachowają.

Telefony też dziś mają datę przydatności: dwa lata.

Pozostaną wywiady w gazetach, ale przecież nie każdy ich udziela. Dlatego pisząc książki biograficzne, tak mocno opieram się na rozmowach z ludźmi. Uważam, że ta metoda ma przyszłość, ponieważ pewne informacje zostaną tylko w naszych głowach. Dokumentów będzie coraz mniej. Moim zdaniem nie będziemy cierpieć na nadmiar. Wracamy do epoki niepiśmiennej. Będziemy zgadywać, co się wydarzyło, na podstawie zdjęć. Ale tych są miliardy.

O ile się zachowają.

Nie wiem, jak to będzie. Może się okaże, że te dane są gdzieś mimo wszystko zachowane, i przyszli biografowie będą w stanie je odzyskać.

Może będą dostawali na nośniku kompletny materiał zgromadzony przez służby specjalne dotyczący cyberistnienia dowolnej osoby.

Amerykańskie służby – oczywiście.

Dziennik foniczny w swojej istocie wydaje mi się bliższy internetowemu blogowi czy wideoblogowi niż tradycyjnej korespondencji. Adresat nie jest precyzyjnie określony. Nie obawiałaś się, że Beksińscy nie są naturalni? Że to jednak autokreacja, choćby nieświadoma?

Beksiński nagrywał rodzinę od 1958 r. Na początku w tych rozmowach rzeczywiście jest rodzaj skrępowania. Żona nie wie, co powiedzieć, mama Zdzisława mówi: „Oj, nie, Zdzisiu, nie nagrywaj”. Po nim też słychać, że jest nieco spięty. Ale Beksiński włączał ten sprzęt bardzo często, przez wiele lat. Myślę, że jego obecność stała się dla nich naturalna i przestali go zauważać. Później nawet Piotr Dmochowski nagrywał swoje spotkania z Beksińskim, więc rejestrowali je obaj, każdy na swoim sprzęcie. Malarz, bo nie chciał dać się oszukać, a jego marszand, bo mistrza trzeba zachować dla przyszłych pokoleń. Za co – jako przyszłe pokolenie – jestem mu bardzo wdzięczna.

A krępujące oko kamery?

Zastanawiałam się, jak to możliwe, że w filmach dokumentalnych ludzie wydają się tacy naturalni. Sama nawet przed aparatem fotograficznym zawsze robię głupią minę, choćbym nie wiem jak bardzo chciała wyjść naturalnie. Znajomi dokumentaliści tłumaczyli mi, że gdy idziesz do kogoś do domu z kamerą i przebywasz tam przez wiele godzin albo dni, bohaterowie filmu w końcu przestają ją zauważać. W przypadku Beksińskich to wyjaśnienie wydaje mi się tym bardziej wiarygodne, że Zdzisław nigdy nie zamierzał tego materiału wykorzystywać.

Odnoszę wrażenie, że byli tak przyzwyczajeni do obecności sprzętu nagrywającego, że nie kreowali się w większym stopniu, niż wszyscy robimy to w życiu codziennym. Co zresztą też wiele o nas mówi. Po autokreacji doskonale widać, kto jaki jest. Dlatego uwielbiam Facebooka. Tam widać, jakie ludzie zakładają maski. Starają się coś ukryć, a to się jeszcze zwielokrotnia. Jeśli ktoś jest skromny, to na Facebooku pozostanie skromny, ale jeśli ktoś tylko udaje, widać to od razu.

Mam wrażenie, że na nagraniach fonicznych Beksińscy są bardzo naturalni również dlatego, że później mówią o wszystkim, nawet o krępujących sprawach. Jest taka cudowna rozmowa Zdzisława z żoną i Dmochowskim, w której proszą go o sprowadzenie z Francji kalesonów dla Tomka. Tłumaczą, o jakie kalesony im chodzi i dlaczego nogawki mają być takiej, a nie innej długości. Właśnie dlatego ten materiał był dla mnie taki cenny – dzięki niemu wiemy, jak się zachowywali za zamkniętymi drzwiami, gdy wychodzili dziennikarze, obcy ludzie, gdy byli sami.

To bardzo intymna książka. Ale biorąc pod uwagę rodzaj materiałów, do których miałaś dostęp, wyobrażam sobie, że mogłaby być jeszcze bardziej osobista.

To prawda. Granica intymności to poważny problem moralny dla reportera. Przyznam szczerze, że spalam się, myśląc o tym, co mogę, a czego nie mogę napisać. Jak wspomniałam, jako reporterkę najbardziej interesuje mnie życie codzienne od środka. Jest to jednak rodzaj wścibstwa.

Uznałam, że ważną rolę w tej opowieści musiała odegrać Zofia Beksińska, żona Zdzisława i matka Tomka. Żyli razem prawie 50 lat, a w ogóle się o niej nie mówi. Zakładałam, że będzie trzecią równorzędną postacią w tej książce. To się nie udało, bo jednak żyła w cieniu męża i syna – dwóch bardzo silnych osobowości – i to o nich przede wszystkim jest ta książka. O Zosi moi rozmówcy mówili wyłącznie przymiotnikami: „dobra”, „miła”, „cicha”, „ciepła”, „spokojna”. Ale ludzie tacy nie są. Nikt nie jest tylko dobry, cichy, miły i spokojny. Okazało się, że miała problemy z nadużywaniem środków uspokajających i ewidentną depresję, choć wtedy się tego tak nie nazywało. Długo się zastanawiałam, czy mogę o tym napisać, czy nie gonię za sensacją. Ale to wyjaśnia, jak Zosia się czuła, dlaczego była odsunięta, zawsze z tyłu. Ponieważ ona nie żyje, pewnie niektórzy się obrażą, powiedzą, że nie powinnam. Ale czy wtedy byłby to pełny obraz Zosi?

W jaki sposób wyznaczyłaś sobie tę granicę?

Każdy reporter musi wyznaczyć ją sobie sam. Zdecydowałam, że opisuję to, co ma istotny wpływ na życie danego bohatera, odcinam wszystko, co jest jedynie plotką. Beksiński był zresztą strasznym plotkarzem – uwielbiał obgadywać i robił to w sposób bezwzględny. Ale to nie niosło go przez życie. Natomiast jego problemy gastryczne – tak. To, że Zdzisław Beksiński cierpiał – jak sam mówił – na nerwicową sraczkę, miało bardzo duży wpływ na jego życie.

Jak się okazuje – fundamentalny!

W 1961 r. dostał propozycję odbycia półrocznego stypendium w Muzeum Guggenheima w Nowym Jorku. Mógł zostać zupełnie innym artystą! Zrezygnował, bo bał się, że problem złapie go w drodze czy już na miejscu. Z tego powodu unikał wszelkich podróży. Musiałam o tym napisać, bo co miałam wymyślać? Że jako artysta spełniony uznał, że tego nie potrzebuje? Chodziły takie słuchy, ale nie była to prawda. Uznałam też, że jeśli Zdzisław pisał o pewnych sprawach bardzo otwarcie w listach, to znaczy, że nie miał aż takiego problemu, żeby o tym mówić. Podobnie rzecz się miała z jego skłonnościami masochistycznymi.

We wstępie do książki Wilk – szlaki życia Jacka Londona Jamesa L. Haleya przeczytałam bardzo trafne zdanie. Autor napisał, że biograf musi być nielojalny i bezwzględny. Zgadzam się z tym. To jest rodzaj zdrady – zaprzyjaźniasz się z kimś, a potem wyciągasz różne fakty z jego życia. Ale taka jest ta praca. Dlatego musiałam również policzyć próby samobójcze Tomka, choć to w pewnym sensie ohydne wścibstwo.

Biografia Tomasza w jakimś sensie zawiera się w biografii Zdzisława. Dotyczący go materiał jest nietypowo kompletny, bo ojciec zaczął prowadzić dziennik foniczny już przed narodzinami syna. Znamy słowo po słowie rozmowy rodziców spodziewających się potomka czy późniejsze – z kilkuletnim Tomkiem. Znamy np. jego marzenie o posiadaniu kogutów. Dostał je, nadał im imiona, a gdy mu się znudziły, był świadkiem ich zarżnięcia. W notatniku zapisał: „Nasze koguty smakowały mi bardzo, chociaż smutno mi było je jeść. Były takie kochane… Ale trudno!! Na wszystko przyjdzie czas! Na mnie też…”. Czy znając jego przyszłość, nie nadajemy tym słowom zbyt dużego znaczenia?

Uważam, że nie. Nie twierdzę, że dziesięcioletni Tomek przypuszczał, że się kiedyś zabije albo że jego ojca zarżną jak kurę. Bo los kury spotkał Zdzisława, nie Tomka. To był chłopiec zafascynowany westernami, zdolny, twórczy, z mnóstwem zainteresowań. Bardzo fajny dzieciak. Ale jego „osobność” w jakiś sposób uległa patologii. Dlatego gdyby spojrzeć na jego życie z góry, całościowo, można tej scenie przypisać symboliczny wymiar.

Oczywiście umieszczałam tę scenę w książce nie bez satysfakcji, bo jestem reporterką i chcę, żeby to, co piszę, było interesujące. Ale bardzo uważałam, żeby nie przesadzić. Ktoś spośród ludzi, którzy byli blisko Beksińskich, powiedział mi, że może gdyby Tomek trafił na innych rodziców – którzy by go krótko trzymali, nie wychowywali tak absolutnie bezstresowo – to może inny byłby jego los. Tego nie wiem. Ale po śmierci Tomka niektórzy dziennikarze posunęli się do takich świństw, że sugerowali, iż popełnił samobójstwo, bo się wychował wśród obrazów ojca.

Według Zdzisława ich dom był postrzegany jak willa Normana Batesa z Psychozy Hitchcocka czy komiksowej Rodziny Addamsów.

Może nie była to zwyczajna mieszczańska rodzina, ale na pewno jej losy nie wynikały z tego, że Zdzisław malował takie obrazy. To bzdura. Wszyscy musielibyśmy być mordercami, bo oglądamy w telewizji filmy wojenne, thrillery, horrory i serwisy informacyjne, wychowujemy się wśród nich. Wspólnie z Marią Wiernikowską doszłyśmy niedawno do wniosku, że jej i moje pokolenie jest w ciągłej gotowości bojowej, by iść do powstania. W dzieciństwie oglądałam Czterech pancernych i psa, naczytałam się książek, bawiłam się w powstanie i marzyłam, by w nim zginąć! Nie twierdzę jednak, że zdeterminowało to mój los. Dlatego nie uważam też, że obrazy Zdzisława zdeterminowały los Tomka.

Zanim zaczęłam pracę nad książką, ja również widziałam Beksińskiego tylko przez pryzmat jego obrazów z lat 70. i częściowo 80., czyli z tzw. okresu fantastycznego. Cała reszta jego twórczości nie jest tak dobrze kojarzona. Teraz najbardziej podoba mi się malarstwo Beksińskiego, które jest najmniej cenione, z początku lat 90.: postaci z delikatnej siateczki, kobiety z wrośniętymi butami na obcasie, konioludzie. Uwielbiam to. Tam nie ma w ogóle śmierci, trupów, kości.

Zdzisław Beksiński twierdził, że nigdy nie snuł rozważań natury etycznej nad swoimi obrazami. Że najważniejsze dla niego jest wykonanie, warsztat. Myślisz, że to możliwe?

Mówił, że kompletnie nie interesuje go treść obrazu. Utrzymywał, że są to tylko przedmioty, które mogłyby zostać zastąpione przez inne. Obecność krzyża tłumaczył jako wpływ XIX-wiecznego malarstwa kościelnego, które uwielbiał, ponieważ się na nie napatrzył w kościołach Sanoka, ale równie dobrze mógłby to być telewizor. Tyle że krzyż wydaje się mu trochę bardziej atrakcyjny. Twierdził, że nie ma znaczenia, czy na obrazie jest czaszka, krzyż czy otwarty grób, bo równie dobrze mógłby to być kwiatek. Że liczy się tylko to, jak to jest namalowane. Nie wiemy, czy to prawda. Dmochowski twierdzi, że na początku mu uwierzył. Promował go jako artystę doskonałego, który nie przejmuje się treścią swoich obrazów. Później zmienił zdanie i nawet pisał o tym Beksińskiemu, szczególnie gdy się pokłócili. Zdzisław zawsze trzymał się jednej wersji – że treść jego obrazów jest żadna, liczy się wyłącznie warsztat.

Krytycy doszukiwali się w jego twórczości odniesień do Hiroszimy czy Holokaustu.

Francuzi w latach 80. pytali go, czy był w Auschwitz. Nienawidził takich interpretacji. Działalność artystyczną poświęconą Zagładzie uważał za obrzydliwą i porównywał ją do kradzieży złotych zębów na cmentarzach.

Gdy zaproszono go do udziału w wystawie krajów socjalistycznych Przeciw wojnie i faszyzmowi, pisał w liście do przyjaciółki: „Jak w ogóle można pozwolić, by ktoś w taki sposób odczytywał to, co maluję??? Zaraz siadam i piszę im, że jestem faszystą z dziada pradziada, a na wojnę to się doczekać nie mogę i że do twarzy mi w mundurze”.

Całkowicie odcinał się od analizowania jego obrazów przez ten pryzmat. Twierdził, że nie przeżył żadnej traumy podczas wojny. Każdy widz musi sam osądzić, czy to prawda. Część moich rozmówców wyśmiewała go, gdy twierdził, że nie ma obsesji śmierci. Mówili mu: „Zdzisław, to widać w twoich obrazach! Te trupy, trumny”. A on mówił: „Jakie trupy, jakie trumny?”.

Gdy pisałam książkę o ks. Twardowskim, zadzwoniłam kiedyś załamana do Małgorzaty Szejnert i powiedziałam, że mam problem, bo nie mogę wniknąć w duszę bohatera. A ona na to: „Jezus, Maria! Jeszcze tego by brakowało, żeby biograf wnikał w duszę bohatera!”. Tak samo jest ze Zdzisławem. Tak naprawdę nie wiem, co myślał. Mogę tylko przypuszczać, ale nie na tym moim zdaniem polega rola autora. Jeśli reporter wkłada w głowę bohatera to, co sam sobie wyobraża, jest to przekroczenie uprawnień. Można wtedy pisać doskonałą prozę, ale nie reportaż. A ta książka to po prostu większa forma reporterska.

Początkowo miałam pomysł, który wydawał mi się bardzo kiczowaty, ale chciałam to zrobić: pójść z obrazami Beksińskiego do psychoanalityka. Kiedy poznałam jego korespondencję, okazało się, że doskonale znał prace Freuda, Junga, sam przeprowadzał różne rodzaje psychoanalizy swoich obrazów. A potem się z nich wyśmiewał. Chociaż miałam już kontakt do pewnego profesora, który zajmuje się chorobami psychicznymi uzewnętrznianymi przez twórczość, odstąpiłam od tego pomysłu. Co miałabym w ten sposób udowodnić? Byłoby to przekroczenie uprawnień osoby piszącej o bohaterze. Trudno powiedzieć, co naprawdę w nim tkwiło, jakie demony miał w sobie. Ułożyłam po prostu pewne fakty w całość i mam nadzieję, że jest to całość prawdziwa.

MAGDALENA GRZEBAŁKOWSKA – reporterka „Gazety Wyborczej”, autorka książki Ksiądz Paradoks. Biografia Jana Twardowskiego. W 2010 r. została wyróżniona nagrodą Grand Press w kategorii dziennikarstwo specjalistyczne za reportaż Kocham cię. Zabijmy męża, w 2014 r. opublikowała książkę Beksińscy. Portret podwójny, a w 2015 r. 1945. Wojna i pokój.

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter