70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Z perspektywy Innego

O wojnach burskich, krwawo stłumionych przez Anglików, mówi się, że były pierwszymi wojnami wyzwoleńczymi w Afryce. Burowie zostali podbici, dzieląc los Hindusów, Arabów czy Zulusów. To dlatego podczas II wojny światowej popierali Niemców, walczących przeciwko Anglikom. Ci, których zniewoliliśmy, mogą nam służyć, ale nie oczekujmy, że będą podzielać nasz sposób myślenia.

Na którym z odwiedzanych przez Pana kontynentów czas płynie najwolniej?
W Azji do niedawna płynął zdecydowanie wolniej niż w Afryce, ale i tam wszystko przyspiesza i dziś nie ma już takich krajów jak Afganistan lat 90. Najszybciej czas nadal płynie w Europie, choć różnica jest coraz mniejsza. W Afryce gwałtownie przybywa ludności miejskiej, a w aglomeracjach tempo życia jest równie wariackie jak na Zachodzie. Mam wrażenie, że czas płynie wolniej tam, gdzie jest przestrzeń. Na przykład w Republice Południowej Afryki, mimo że spośród państw afrykańskich najbardziej przypomina ona Zachód.

W Wypalaniu traw odnotowuje Pan, że w południowoafrykańskim miasteczku Ventersdorp zegary na wieżach kościelnych zatrzymały się dawno temu. Czas stanął w miejscu. Rzeczywiście, chwilami trudno odgadnąć, jak odległe są opisywane wydarzenia. Prawie nie przywołuje Pan dat.
Staram się nie używać dat w książkach. Jeśli już, zapisuję je słownie. Uważam, że cyfry sprowadzają opowieść do konkretu, relacji z wydarzenia, a tego starałem się unikać już w reportażu gazetowym. Ale opowieść o teraźniejszości musi sięgać do przeszłości. W Ventersdorpie wojny burskie sprzed 100 lat są teraźniejszością. Stosunek mieszkańców do nielicznych tu Anglików jest ich bezpośrednim przełożeniem. To się nie skończyło, jest żywe, tkwi w ich głowach i pamięci.

Który z bohaterów książki jest zatem bliższy prawdy: Raymond Boardman, mówiący: „wszystko wokół się zmienia, my też musimy się zmienić”, czy Douglas Wright, którego zdaniem „to tylko ludzie się przenoszą, ale tak naprawdę nic się nie zmienia”?
Obaj mówią prawdę, ale Douglas Wright jest bliższy tamtemu społeczeństwu. Raymond Boardman jest przedstawicielem nielicznej grupy białych idealistów, marzycieli, którzy w ostatnich latach mieli niewiele do powiedzenia. W takim kraju jak Transwal i takim miasteczku jak Ventersdorp biali nie chcieli upadku apartheidu. Nadal żyją zatrzymani w roku 1992. Wiedzą, że jest rok 2012, i chętnie mówią, ile rzeczy się pogorszyło, ale generalnie rzecz biorąc, powtarzają, że nic się nie zmieniło – wciąż są królami w miasteczku.

Biali zaakceptowali zmiany po 1994 r. ze strachu, że transformacji systemu będą towarzyszyć wojna, rzezie i pogromy. Tamtejsi historycy uważają, że dążąca do konfliktu skrajnie prawicowa frakcja Eugène’a Terre’Blanche’a była całkowicie zinfiltrowana przez południowoafrykańskie służby bezpieczeństwa. Sprawdzano w tym środowisku, czy wojnę można wygrać. Terre’Blanche nie liczył na to, że wywoła powstanie, farmerzy chwycą za dubeltówki i pokonają czarnych, ale że biała armia i policja przejdą na jego stronę, gdy farmerzy zaczną ginąć. Tak się nie stało, bo przywódcy służb bezpieczeństwa najwyraźniej uznali, że porozumienie z czarnymi będzie dla białych korzystniejsze. Stojącym na straży apartheidu rzeczywiście nic złego się nie stało. Transformacji towarzyszyły umowy, dzięki którym m.in. oficerowie, torturujący w przeszłości czarnych partyzantów, odchodzili z fantastycznymi emeryturami.

W wywiadzie, który przeprowadził Pan z Ryszardem Kapuścińskim w 1993 r., czyli w czasie gdy zaczął Pan jeździć do RPA, Kapuściński omówił trzy scenariusze możliwego w tym kraju rozwoju sytuacji politycznej: zimbabweński („typowa droga afrykańska” – pojawia się nowa biurokracja i korupcja), jugosłowiański (bardzo pesymistyczny – uwolnienie żywiołu szowinizmu) i niemiecki (pokojowe połączenie w jeden organizm występujących tam elementów Pierwszego i Trzeciego Świata). Kapuściński wierzył, że zwycięży trzeci wariant.

Scenariusz niemiecki w praktyce oznaczał, że czarni przejmują władzę, a biali oddają swoje bogactwo, by zintegrować dwie Afryki. To okazało się naiwną wiarą. Przepaść, jaka dzieliła RFN i NRD, to nic w porównaniu z różnicami między białą dzielnicą Sandton, przypominającą nowojorski Manhattan, a bantustanami, które w niczym nie różniły się od Konga i Somalii. Kto miał to opłacić? Niemcy wschodni i zachodni różnili się, ale łączył ich kolor skóry, język, historia. Czarni – Zulusi, Xhosa, Tswana, Tsonga i inne grupy – nigdy nie byli jedną wspólnotą. Konflikty były nieuniknione. Jedyny realny scenariusz dla RPA to był wariant zimbabweński: czarni przejmują władzę i część bogactwa, ale ponieważ brak im wykształcenia i doświadczenia, wszystkim zarządza państwo, a więc wzrasta korupcja, która była zresztą i za apartheidu. To musiał być ten model, bo wszystkie czynniki patologiczne były od początku obecne.

Różnica między RPA a Zimbabwe polega na tym, że w Zimbabwe wciąż rządzi prezydent, który zdobył władzę w 1980 r. W RPA jest jedna partia dominująca, która w najbliższym czasie nie odda władzy, ale są w niej tak silne tarcia frakcyjne, że regularnie dochodzi do przetasowań. Bo w RPA żaden lud nie dominuje nad innymi. Każdy eksperyment narzucenia kontroli pozostałym zakończy się katastrofą. Ostatnią próbą był przecież apartheid.

Najszybciej czas nadal płynie w Europie, choć różnica jest coraz mniejsza. W Afryce gwałtownie przybywa ludności miejskiej, a w aglomeracjach tempo życia jest równie wariackie jak na Zachodzie. Mam wrażenie, że czas płynie wolniej tam, gdzie jest przestrzeń?
Wariantu niemieckiego dla Południowej Afryki chciał Zachód: prezydenta Nelsona Mandeli, liberalnej gospodarki i spektakularnego sukcesu projektu Rainbow Nation. Ale to państwo nie dorosło do „tęczowego narodu”: nie można się zjednoczyć i pojednać, dopóki nie rozliczy się krzywd. Koncepcja Komisji Prawdy była jak z bajki: grzesznicy publicznie biją się w piersi, wyznają winy i błagają o przebaczenie, a pokrzywdzeni mówią: „przebaczam ci, idź z Bogiem”. Tylko liberałowie i socjaliści w Paryżu, Londynie i Waszyngtonie Billa Clintona mogli takie rzeczy wymyślić. Mandela w to wierzył, bo był idealistą, ale nikt inny nie dorósłby do tej roli. Polska też miała taka być: Solidarność i Lech Wałęsa w otoczeniu intelektualistów razem maszerują przez Krakowskie Przedmieście, by obalić pomnik Dzierżyńskiego, i rządzą długo i szczęśliwie. To było wyobrażenie Zachodu o wymarzonym dla niego świecie.

Dzisiaj odtworzenie tej atmosfery światowego hurraoptymizmu jest szalenie trudne.
A nawet niemożliwe. To był początek lat 90., koniec zimnej wojny, „koniec historii”, wiara, że ustaną wszystkie konflikty, ludzkość pojedna się i przetopi broń. Erupcja naiwnego optymizmu wynikała z cudu, który nastąpił. Obawiano się, że upadek ZSRR będzie równoznaczny z wybuchem III wojny światowej i użyciem broni atomowej na masową skalę. A trzeba jeszcze pamiętać o obecnym w mentalności amerykańskich polityków schemacie dobrych szeryfów w białych kapeluszach i złoczyńców w kapeluszach czarnych. Polityczne życie z początku lat 90. wydawało się takim westernem, w którym John Wayne wygrywa, samemu nie będąc nawet draśniętym. A co więcej, złoczyńca nie ginął, tylko nawracał się na dobro.

W tak pojmowanej historii nie tylko pojednanie jest szybkie, łatwe i przyjemne, ale nie ma też miejsca na problemy ekonomiczne. Tymczasem upadek apartheidu był silnie związany z jego nieopłacalnością.
Tak, apartheid nadal by funkcjonował, gdyby starczyło pieniędzy na opłacenie całej hordy szpiclów, policjantów, sędziów. Ale kłopoty finansowe wymuszają zmiany.

Do tego dochodzi międzynarodowa sytuacja polityczna – apartheid mógł się utrzymać tylko w świecie podzielonym na komunistyczny Wschód i demokratyczny Zachód. Ekonomia jest ważna, ale śmierć apartheidu została przesądzona w 1989 r., kiedy USA, ZSRR i Kuba dogadały się w sprawie niepodległości Namibii. Gdyby Związek Radziecki nie upadł, apartheid trwałby pewnie jeszcze 15–20 lat. Jeśli w tym czasie Nelson Mandela by umarł, kto wie, może wariant zimbabweński byłby już niemożliwy, wybuchłaby wojna. Dlatego wielkością prezydenta Pietera W. Bothy było wypuszczenie Mandeli z więzienia w ostatnim możliwym momencie. Jeśli któryś z białych polityków w RPA zasługiwał na miano wizjonera, to Botha, a nie Frederik Willem de Klerk. Podzielenie Pokojowej Nagrody Nobla między de Klerka i Mandelę – karła i giganta – jest chichotem historii.

RPA nie powiela typowego dla większości państw afrykańskich schematu: odzyskanie niepodległości, przejęcie władzy przez ludność rdzenną, wycofanie się kolonizatorów. Biała ludność jest tam u siebie. Ale wojny burskie są częścią historii europejskiej. To rodzi pokusę, by myśleć o Burach jak o Europejczykach, a nie jedynym białym plemieniu Afryki. Otrzeźwienie przynoszą fragmenty książki o ich fascynacji Hitlerem i teologiczne uzasadnienie apartheidu.
To są Europejczycy, którzy pojawili się w Afryce, ale o tym, jacy są, decyduje czas ich przybycia. Nazwiska Burów ciągle się powtarzają, bo to są potomkowie tych samych przybyszów, głównie z jednej fali emigracyjnej z XVII w. Nie było kolejnych z Holandii czy Francji. Z Europą mają tyle wspólnego, ile z niej wtedy przywieźli, m.in. pamięć o prześladowaniach religijnych.

Przodek Eugène’a Terre’Blanche’a, Étienne z francuskiego Tulonu, uciekł na południe Afryki z innymi hugenotami prześladowanymi w Europie.
A także z mentalnością i religią pionierów-osadników. Nie mam żadnych wątpliwości, że jako jedyni biali na Czarnym Lądzie musieli przejąć koncepcję narodu wybranego. Potwierdzenie teorii o niemieszaniu ras – gdyby Bóg chciał, żebyśmy byli tacy sami, to by nas takimi stworzył – znaleźli w Biblii. Wszystko w niej jest, jeśli poszuka się z odpowiednią determinacją i dosłownie wyinterpretuje: że czarni są źli, bo to poganie, którzy nie znają Boga. Wiara, podkreślając wyjątkowość Burów, dawała im tożsamość.

Przytaczane w książce poglądy pastora Armanda van Zyla z Afrykanerskiego Kościoła Protestanckiego czyta się z rosnącym przerażeniem. Są całkiem przekonujące, wydają się niegroźne i moralna intuicja niepostrzeżenie się wyłącza.
Jeszcze bardziej przekonujący był Carel Boshoff, jeden z duchowych ojców idei apartheidu. Tłumaczył mi, że to był jedyny sprawiedliwy porządek, który zapewniał przetrwanie Burów jako narodu. Tyle że został wykoślawiony z powodu ich zachłanności. Boshoff założył miasteczko Orania, w którym wszyscy Afrykanerzy są mile widziani, ale jako nianiek, ogrodników, kierowców nie mogą zatrudniać czarnych. Muszą albo te prace wykonywać sami, albo zatrudniać sąsiadów. A w RPA Burowie niby chcieli żyć oddzielnie, ale do pracy wykorzystywali czarnych. System działałby bez zarzutu, gdyby potrafili się samoograniczyć, ale z powodu pazerności stali się zależni.

A fascynacja Hitlerem? W Europie na początku XXI w. jest synonimem zła.
To nasza błędna perspektywa. Patrzymy na białych w Afryce i myślimy, że to nasi bracia Europejczycy. Ale to są przecież ci sami bracia Europejczycy, którym wypowiedzieliśmy wojnę, gdy chcieli ogłosić niepodległość. O wojnach burskich – krwawo, bezwzględnie stłumionych przez Anglików – mówi się, że były pierwszymi wojnami wyzwoleńczymi w Afryce. Burowie podzielili los Hindusów, Arabów czy Zulusów – zostali podbici, skolonizowani. Tyle, że są biali. Gdyby Amerykanie nie zdobyli niepodległości w XVIII w., lecz pozostali brytyjską kolonią, to kto wie, czy w chwili wybuchu II wojny światowej biali w Stanach Zjednoczonych, w Teksasie (mający swoich niewolników jak Burowie w RPA) nie poparliby Hitlera przeciwko Wielkiej Brytanii, która nie chciała im tej niepodległości przyznać? Mahatma Gandhi był przeciwko wojnie, a nie za Wielką Brytanią, ale już Subhas Czandra Bose, inny niepodległościowy przywódca, popierał Hitlera, który walczył z Anglikami. Czeczeni popierali Hitlera nie dlatego, że był faszystą, tylko dlatego, że walczył ze Stalinem. Ci, których zniewoliliśmy, mogą nam służyć, ale nie oczekujmy, że będą podzielać nasz sposób myślenia. Burowie popierali Niemców, bo ci jako jedyni w Europie upomnieli się o nich, gdy przegrywali z Anglikami.

A jednak ciarki przechodzą po plecach na widok flagi Afrykanerskiego Ruchu Oporu: 3 czarne siódemki w białym kole na czerwonym tle. Skojarzenia z III Rzeszą są jednoznaczne.
To wygląda jak swastyka, choć nią nie jest. Pierwszy raz zobaczyłem tę flagę w 1993 r. na wiecu Afrykanerskiego Ruchu Oporu (czyli AWB), na który pojechałem, bo przeczytałem, że Janusz Waluś, zabójca Chrisa Haniego, przychodził na wiece i podobno nawet był członkiem AWB. Oniemiałem – wśród faszystowskich flag przemawiał Terre’Blanche. To ten sam typ trybuna ludowego, co Hitler i Mussolini – z takim głosem, gestykulacją – a w dodatku poeta. Na YouTube są dwa filmy z jego przemówieniami. W tym czasie inny przywódca związany z AWB, Koos Vermeulen, usłyszał, że jestem rodakiem Walusia, uznał, że muszę podzielać jego poglądy na świat, i zaprosił mnie na imprezę: „Przyjdź w przyszłym tygodniu, będziemy mieli święto”. Pytam, jakie, a on na to: „urodziny Hitlera”. I w ten sposób byłem gościem na urodzinach Hitlera. Gdy pierwszy raz to wszystko zobaczyłem, pomyślałem, że mam do czynienia z jakąś mutacją neonazistów. Czym tak naprawdę był AWB, dowiedziałem się, zbierając materiał do tej książki. Nie był organizacją faszystowską, lecz nacjonalistyczną. Trzeba spróbować spojrzeć na to wszystko z ich perspektywy. Wszelkie relacje nabierają wtedy zupełnie innego znaczenia. Mówimy o II wojnie światowej, ale czy dla mieszkańców Rodezji to była wojna „światowa”? A dla Ameryki Południowej? To była wojna Zachodu, białych.

Niemal wyłącznie północnej półkuli.
Ale południowej już nie. Nie wspominając o „światowości” I wojny. To już niemal wyłącznie była wojna Europy. Ale ponieważ uważamy się za najważniejszych, to i nasze wojny nazywamy światowymi. Tzw. wojna przeciwko terroryzmowi to jest dopiero pierwsza wojna, która naprawdę zasługuje na miano światowej, bo obejmuje absolutnie cały glob. Ale jej nie nazywamy III wojną światową.

Zachodnia perspektywa często ujawnia się też w pisarstwie poświęconym Afryce. W Polsce wciąż silne są dwa skrajne nurty: literatura podróżnicza, rozrywkowa oraz niestroniący od okrucieństwa reportaż polityczny. Jak radzą sobie z tym zachodni autorzy? Po czyją literaturę o tematyce afrykańskiej najchętniej Pan sięga?
O Afryce najbardziej lubię czytać książki brytyjskich dziennikarzy. Francuzi wciąż mają misję cywilizacyjną i popadają w straszną egzaltację. Nadal próbują „ewoluować” Afrykę przez edukację i zaszczepianie europejskich wartości. Koncepcja évolué jest żywa w całej frankofońskiej części kontynentu. Brytyjczycy takiego podejścia nie mają. Amerykanie nie rozumieją Afryki, tak jak Europejczycy. Ich perspektywa jest zupełnie inna: koncentrują się na sprawach spektakularnych, ale nie dotykają istoty problemu. Piszą o skorumpowanych ministrach i o tym, jakie to paskudne, ale nawet się nie zastanowią nad źródłami korupcji. Piszą o prześladowaniach kobiet w Somalii, o ich przymusowym obrzezaniu, ale do głowy im nie przyjdzie zapytać o przyczynę. Niedawno rozmawiałem o indyjskim obyczaju sati: gdy umierał mąż, żona musiała spłonąć na stosie razem z nim. I że to było okrutne. Ale w tamtejszej kulturze, jeśli kobieta uniknęła tego losu, to czekała ją powolna śmierć żebraczki na ulicy. Bo wdowa nie miała już nic: nikt by jej nie wziął do pracy, nie zainteresował się nią. Więc albo gwałtowna, prawie natychmiastowa śmierć na stosie, albo umieranie przez następne 20 lat. Ten zwyczaj nie został wymyślony, żeby pastwić się nad kobietami, ale Amerykanie się nad tym nie zastanawiają.

A literatura afrykańska? Czy jest literatura Czarnej Afryki, którą szczególnie Pan lubi?
Nigeryjską. Bardzo cenię pisarzy nigeryjskich, przy czym oni pochodzą z Nigerii, ale przeważnie od wielu lat mieszkają w USA lub Wielkiej Brytanii. Książkę Bestie znikąd (w Polsce wydało ją Wydawnictwo Literackie) Uzodinmy Iweali przeczytałem, gdy myślałem jeszcze, że Nocnych wędrowców napiszę o dzieciach-żołnierzach. Po lekturze zrezygnowałem z tematu. Byłem zresztą przekonany, że to wspomnienia dzieciaka-żołnierza i dopiero później dowiedziałem, że to była debiutancka powieść młodego Nigeryjczyka z Ameryki, syna nigeryjskiej minister finansów pani Ngozi Okonjo-Iweali.

Zdaniem Johna Maxwella Coetzee’ego różnica między opowieściami białych i czarnych to różnica między kulturą języka pisanego i mówionego.
Pojechałem kiedyś z dziennikarzem z Johannesburga, Zulusem, do prowincji KwaZulu-Natal zrobić wywiad z ich przywódcą, Mangosuthu Buthelezim. Później wódz wioski, z której ten dziennikarz pochodził, opowiedział mi fantastyczne historie o Zulusach. Gdy wracaliśmy, podziękowałem koledze, a on mi powiada na to, że szkoda, iż nie znam zuluskiego, bo wtedy dopiero byłbym pod wrażeniem. Zacząłem się zastanawiać, czy ten wódz jakichś bzdur mi nie naopowiadał po angielsku? „Nie” – odparł dziennikarz. „Ale w zuluskim inaczej to wszystko brzmi”. Jeśli się chce poznać historie Afrykanów, należałoby dobrze poznać ich mowę. To jest ich sposób ekspresji, a nie angielski – obcy język do komunikacji z białymi, w którym o pewnych rzeczach w ogóle się nie mówi. I nie jest to nawet suahili, język co prawda afrykański, ale sztuczny. O wierzeniach można usłyszeć tylko w języku lokalnym.

Chciałbym kiedyś napisać książkę o królu Suazi. Jest taki zwyczaj, że zanim pojawi się publicznie, zapowiadają go heroldzi – śpiewem, krzykiem, takim rapowaniem: „zaraz nadejdzie”, „wielki jak słoń”, „bójcie się wszyscy”, „teraz to się przekonacie” itd. Myślałem, że to element dworskiego ceremoniału, ale podobnie było przed wiecami Mandeli. Nie zrozumie się tego, nie znając języka, bo nawet jeśli to przetłumaczyć, nie odda się intonacji, estetyki głosu. Nie wiem, jak należałoby opisać to w książce. Kultura przekazu głosem jest niezwykła. Coetzee ma absolutną rację.


WOJCIECH JAGIELSKI – dziennikarz, korespondent, pisarz i publicysta. Zajmuje się problematyką Afryki, Azji Środkowej, Kaukazu i Zakaukazia. Wieloletni obserwator konfliktów zbrojnych w Afganistanie, Tadżykistanie i Czeczenii. W 2009 r. otrzymał Odznakę Honorową „Bene Merito” w uznaniu za wartościowe i odważne prezentowanie problematyki międzynarodowej

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter