70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Auschwitz jako wyobrażenie

Forma teatru lalek pozwoliła opowiedzieć holenderskiej grupie Hotel Modern o koszmarze obozu koncentracyjnego bez epatowania przemocą i bez kiczu. Kamp to spektakl zarazem bardzo dosłowny i symboliczny, ale przede wszystkim – niepokojąco intymny.

Tytułowy obóz tylko pozornie jest konkretnym miejscem na mapie. Po lewej widzimy drewniane baraki i krematorium, pośrodku sceny – tory kolejowe i rampę, w tle – bramę wjazdową Auschwitz-Birkenau, a prawą stronę zajmuje już brama z napisem Arbeit macht frei i murowane budynki obozu KL Auschwitz I. Grupa Hotel Modern zaprasza w ten sposób do „Świata obozów koncentracyjnych” (The Concentration Camp Universe), jak nazwano kulminacyjny punkt wystawy w waszyngtońskim Muzeum Holokaustu. Nie tyle odtwarza topografię Auschwitz, ild umieszcza w jednej przestrzeni scenicznej osławione symbole anus mundi. Przestrzeni, trzeba dodać, ogromnej, tak jak ogromne połacie ziemi zajmowały prawdziwe obozy. Wrażenie potęgują wybielone ściany – frontalna służy za ekran, na którym wyświetlane są kolejne sceny rejestrowane malutką kamerą. Bez niej obserwacja przedstawienia z dalszych rzędów byłaby niemożliwa: budynki, pociąg z bydlęcymi wagonami, ogrodzenie z drutem kolczastym, malutkie figurki więźniów i strażników przypominają zabawki, niczym ożywione zestawy „Lego. Obóz koncentracyjny” Zbigniewa Libery.

„Bawi się” nimi trzech aktorów, którzy – jak Mojry – decydują o życiu i śmierci.
Przywoływane hasłowo sceny układają się w niemą opowieść o obozie: wycieńczająca praca więźniów w rytm niemieckich marszów, publiczna egzekucja, rozładunek pociągu, selekcja i droga do komory gazowej, usuwanie ciał, segregacja ubrań, palenie zwłok w krematoriach, orkiestra przy bramie głównej, wielogodzinne apele przed barakami, namiastka posiłku, samobójstwo na ogrodzeniu pod wysokim napięciem, libacje obozowych funkcjonariuszy, niespokojny sen więźniów.

Figur(k)a ofiary

Twórcy przedstawienia unikają kiczu i epatowania przemocą. Tego ostatniego – dzięki lalkowej formie. Scena masakrowania kijem przez strażnika wyczerpanego pracą więźnia jest być może jedną z najbrutalniejszych, jakie można sobie w teatrze wyobrazić. Jej naturalistyczne oddanie w filmie aktorskim byłoby pornografią przemocy. Tutaj sytuacja od początku jest umowna: widzowie nie są otoczeni przez realistyczne scenografie, nie oglądają koszmarnych scen rodem z produkcji Uwego Bolla (Auschwitz, 2011), której sam szokujący zwiastun doprowadził do bojkotu filmu przez część krytyków i widzów. Teatr lalkowy daje wybór: w maltretowanej ośmiocentymetrowej figurce widz dostrzeże ofiarę, ale nie musi (choć może, jeśli ma taką potrzebę) rozpoznać w niej ludzkiego ciała. Podobnie dosłowna i symboliczna zarazem jest tu każda scena. Przedstawienie nie szantażuje makabrą i nie pobudza niezdrowej wyobraźni, dzięki czemu jednocześnie wywołuje empatię wobec ofiar i pozwala zachować potrzebny refleksji dystans.

O ile postulat powściągliwości w pokazywaniu przemocy podnoszony jest nie tylko w związku z obrazowaniem Zagłady, o tyle problem kiczu w sztuce holokaustowej bywa bagatelizowany. Tymczasem „bez wykorzystania kiczu proces przekształcenia Zagłady z konkretnego wydarzenia w uniwersalną przypowieść, swojego rodzaju mit współczesności nie byłby możliwy” – tłumaczy Kinga Krzemińska (Kicz w kinie holokaustowym, „Zagłada Żydów. Studia i materiały”, nr 7, s. 55-73) i dodaje: „ceną, jaką płacimy za opowiadanie Holokaustu jako doświadczenia masowo poznawalnego i możliwego do pojęcia, jest stworzenie obrazów na miarę codzienności, po których obejrzeniu można o własnych siłach wyjść z kina, wrócić do domu i spokojnie zjeść obiad”.

Chociaż oczywiście i po Kampie wychodzimy z teatru o własnych siłach, przedstawienie pozbawione jest podstawowego elementu konstrukcji dramaturgicznej, właściwego kinematografii holokaustowej: protagonisty, którego walce o przetrwanie (z założenia wygranej) można by kibicować. Tu bohater jest zbiorowy, a wręcz masowy: to trzy tysiące figurek. Noszą wprawdzie znamiona indywidualizmu – zostały ręcznie wykonane przez artystów, więc każda twarz jest niepowtarzalna – lecz wszystkie przypominają warianty postaci z Krzyku Edvarda Muncha. Masowość znajduje odbicie i w technicznym aspekcie realizacji: aktorzy, ustawiając przy barakach wszystkich więźniów przed apelem, korzystają z gotowych tablic, a do każdej przymocowanych jest kilkadziesiąt figurek. Podobnie jak typowe filmy holokaustowe, przedstawienie nie próbuje odpowiedzieć na pytanie, „dlaczego” zabijano, lecz koncentruje się tylko na pokazaniu „jak”. Ale w przeciwieństwie do tego typu sztuki, nie pozwala interpretować Holokaustu jako lekcji tolerancji. Zamiast wyjaśniać i edukować, twórcy skupiają się wyłącznie na przypominaniu.

Oddech śmierci na plecach widza

Do takiego teatralnego przypominania nie powinniśmy jednak podchodzić bez podejrzliwości. Trudno oprzeć się wrażeniu, że dotyczy ono nie tylko wydarzeń znanych z literatury wspomnieniowej i naukowej, ale też reprezentacji Holokaustu, poznanych przez widza wcześniej. Przede wszystkim dzięki kinematografii holokaustowej (Lista Schindlera, Szara strefa i inne) to, co niewyobrażalne, zostało już („na miarę codzienności”) oswojone, a sześćdziesięciominutowy Kamp, w którym nie pada ani jedno słowo wyjaśnienia, jest całkowicie zrozumiały. A ponieważ kultura masowa tak skutecznie oswoiła nas z tymi obrazami, twórcy przedstawienia musieli pójść o krok dalej.

Niezwykłą rolę odgrywa tu dźwięk. Wszystko słyszymy bardzo wyraźnie, łącznie z wysypywanym z puszki cyklonem B i skrzypiącymi drzwiczkami krematoriów. Scena bicia więźnia przez strażnika nie byłaby tak wstrząsająca, gdyby nie odgłos uderzenia, uzmysławiający z jaką siłą mamy tu do czynienia. I ludzie nie są całkowicie bezgłośni – wydaje się, że strażnik w masce wsypujący do komory gazowej porcję cyklonu B dyszy ciężko tuż za plecami widza. W końcowej scenie nocnej wizyty w baraku, słyszymy chrapanie lub niespokojny oddech każdego spośród „szczęściarzy”, którym udało się przetrwać kolejny dzień. Intymność przekazu robi się problematyczna. W połączeniu z obrazem z kamery, która – jak już zostało powiedziane – wprowadza nas do każdej części obozu, można odnieść wrażenie, że uczestniczymy nie tyle w reporterskiej relacji, ile w jakimś koszmarnym programie typu reality show. By go obejrzeć widz wcale nie musi fatygować się do teatru. Grupa Hotel Modern zamieściła zapis przedstawienia na YouTube. Wystarczy kliknąć.
Zaskakująca sensualność i niebezpieczne przybliżenie się do granicy intymności, uzmysławia w jak kłopotliwej sytuacji postawieni jesteśmy jako widzowie. Jak zachować się po takim przedstawieniu? Reakcje publiczności są bardzo zróżnicowane – od siedzenia w milczeniu, przez nieśmiałe oklaski, po owację na stojąco. Czy owacja dla aktorów, bawiących się w „teatrzyk Auschwitz”, jest na miejscu? Czy wypada nagrodzić ich brawami? A czy wypada tego nie zrobić?

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata