Palestyńskie dziewczynki bawiące się w ruinach miasta Gaza zniszczonego w wyniku izraelskich ostrzałów podczas święta Id al-Fitr, 31 marca 2025 r. fot. Mahmoud Issa/Anadolu/Getty
Dariusz Rosiak grudzień 2025

Zaklinanie wojny

Zginęło prawie 2 tys. Izraelczyków i 70 tys. Palestyńczyków. Strefę Gazy zrównano z ziemią, życie milionów ludzi zostało bezpowrotnie zniszczone. Nikt nie przewiduje poważnie, że w bliskiej przyszłości konflikt rzeczywiście dobiegnie końca.

Artykuł z numeru

Ile nas dzieli od szczęścia

Ile nas dzieli od szczęścia

W piątek 3 października prezydent Trump postawił Hamasowi ultimatum. Jego przekaz był jasny: do niedzieli wieczór przyjmujecie mój plan dla Gazy albo „rozpęta się piekło”. Przedstawiony kilka dni wcześniej plan zakładał natychmiastowy rozejm, wymianę wszystkich zakładników żywych i martwych na prawie 2 tys. Palestyńczyków pozostających w więzieniach izraelskich, rozbrojenie Hamasu, oddanie przez organizację władzy w Gazie, przekazanie zarządzania Strefą technokratycznemu gabinetowi palestyńskiemu wspieranemu przez międzynarodową Radę Pokoju z Donaldem Trumpem na czele, wprowadzenie międzynarodowych sił rozjemczych. Izrael ma się wycofać z części Gazy, a z czasem z całego jej terytorium. Zrezygnuje z okupacji i aneksji Gazy, nikt z mieszkańców nie będzie zmuszony do opuszczenia Strefy. Dziewiętnasty punkt planu zakładał, że w niesprecyzowanej bliżej przyszłości mogą powstać warunki do stworzenia drogi do państwowości palestyńskiej.

Hamas nie czekał długo, jeszcze tego samego dnia zgodził się na przyjęcie planu. Przynajmniej tak brzmiące tytuły zalały media natychmiast po tym, jak kierownictwo polityczne organizacji wydało wieczorny komunikat. W reakcji Trump nakazał premierowi Netanjahu bezzwłocznie przerwać bombardowania Gazy. W krótkim oświadczeniu wydanym w noc szabasową rząd poinformował, że armia przechodzi na pozycje defensywne.

W sobotę rano okazało się, że uczestniczymy w medialnej grze, której wynik przez kolejne dni wisiał na włosku. Najkrócej mówiąc, ani Hamas nie przyjął warunków planu, ani Izrael nie przerwał bombardowań Gazy. Kierownictwo polityczne organizacji zgodziło się tylko na wypuszczenie zakładników, domagając się negocjacji pozostałych punktów planu. W znanych dotychczas okolicznościach reakcja premiera Izraela Netanjahu byłaby przewidywalna: Hamas odrzuca plan, a Siły Obronne Izraela (IDF) przystępują do kolejnej fazy wojny. Jednak warunki, które postawił obu stronom konfliktu Donald Trump, były dalekie od oczywistych. Niektóre izraelskie źródła podają, że Trump zastraszył Netanjahu, zapowiadając, że jeśli nie przerwie bombardowań, Ameryka wycofa swoje poparcie dla Izraela. Być może jednak wcale nie musiał tego robić: izraelski premier sam zrozumiał, że zakreślone przez Trumpa pole manewru właśnie mu się skończyło.

Kolejne kilka dni w egipskim Szarm el-Szejk trwały negocjacje Izraela i Hamasu prowadzone za pośrednictwem Kataru, Egiptu i Stanów Zjednoczonych. W poniedziałek 13 października 20 zakładników, którzy przeżyli koszmar dwóch lat w niewoli, wróciło do Izraela, a prawie 2 tys. Palestyńczyków, wielu z nich przetrzymywanych bez wyroku sądu, ale też 250 z wyrokami za morderstwa i terroryzm, wyszło z izraelskich więzień. Izrael wycofał wojska na uzgodnioną linię, zostawiając sobie kontrolę nad ponad połową Strefy. Ponad 2 mln mieszkańców Gazy obudziło się z nadzieją, że tym razem wojna naprawdę dobiegła końca.

Chcesz przeczytać artykuł do końca?

Zaloguj się, jeden tekst w miesiącu dostępny bezpłatnie.

Zaloguj się