UNITED KINGDOM - SEPTEMBER 28: Philosopher and writer Roger Scruton poses at his home on September 28, 2015 in United Kingdom. (Photo by Andy Hall/Getty Images)
Michał Łuczewski lipiec-sierpień 2020

Roger Scruton. Wykradając błogosławieństwo

Zanim otrzymał tytuł szlachecki z rąk księcia Karola, zanim Václav Havel, Andrzej Duda i Viktor Orbán nagrodzili go najwyższymi odznaczeniami swoich państw, zanim w Wielkiej Brytanii stał się dziedzicem na Scrutopii (squire of Scrutopia), Basia mówiła na niego czule Squirrel, Wiewiórka.

Artykuł z numeru

Przystanek: miasto

Przystanek: miasto

Roger Scruton po raz pierwszy przyjechał do Polski w 1979 r. po pierwszej pielgrzymce Jana Pawła II do ojczyzny. W Krakowie wyczuwał, że coś się stało – młodzi ludzie szli ulicami miasta wyprostowani, tak jakby komunizmu już nie było. Z tej odwagi rok później narodziła się Solidarność. Młodego, romantycznego, rebelianckiego ducha, jaki ucieleśniała, nie zdusił ani stan wojenny, ani zabójstwo Jerzego Popiełuszki.

Ze zdumieniem odkrywał to Scruton podczas szkół letnich dla studentów Oxfordu i KUL-u w Kazimierzu nad Wisłą. Wystarczyło jednak opuścić salę wykładową, żeby poczuć, że totalitaryzm nie tylko zeszpecił krajobrazy miast, ale też przeniknął i zdegradował naturę. W Roku 1984 Orwell opisywał las jako miejsce wolności, gdzie Winston, dochodzący czterdziestki, obarczony „żoną, której nie mógł się pozbyć”, mógł swobodnie zbliżyć się do Julii. W 1984 r. wokół Kazimierza Dolnego było inaczej: „W lasach panowała atmosfera zaniedbania charakterystyczna dla komunistycznej Europy. Nie należały do nikogo, zamknięte przed wszystkimi, zadeptywane przez każdego, miejsca bez związku z ludzkością. Drzewa, krzewy, paprocie, dzikie kwiaty, zwierzęta były jakby bezimienne, ani dzikie, ani oswojone, nie stanowiły niczyjej własności, ale nie były też bezpańskie, nie należały do ludzkiego świata ani nie były od niego całkowicie oddzielone. Czerwone wiewiórki w gałęziach migotały w dziwnej otchłani, jakby czekając na jakiś znak, który nie nadejdzie; ich istnienie było w połowie zabronione, w połowie dozwolone, drżały na krawędzi rzeczy”.

Lecz ten tak obcy, złowrogi krajobraz – Scruton odkrywał ze zgrozą – jest krajobrazem jego duszy. Nie przyjeżdżał tutaj z jakiegoś innego, lepszego świata, on w tych obrazach ziemi niczyjej i rozstępującej się otchłani, tak pozornie dalekich i zewnętrznych, odnajdywał siebie. „Ludzie, których spotkałem w takich miejscach, znali mnie pod przezwiskiem Wiewiórka w hołdzie dla moich rudych włosów. Ja też istniałem na krawędzi rzeczy, moje imię – w zawieszeniu, moje normalne, nieheroiczne życie – ukryte”.

Scruton opisał tutaj doświadczenie progu, zatarcia różnic – doświadczenie kogoś, kto jak Agambenowski homo sacer istnieje między życiem a śmiercią, bytem a niebytem, naturą a kulturą, zwierzęcością a człowieczeństwem, otchłanią a niebem. Czy to doświadczenie zawieszenia nie lepiej oddaje istotę życia sir Rogera – i każdego konserwatysty – niż wszystkie tytuły i wyróżnienia? Ponieważ nigdzie nie był u siebie, mógł zostać królem albo kozłem ofiarnym. Miał ojca socjalistę, który nienawidził elitarnych szkół, ale sam poszedł do Cambridge i rozpoczął walkę z socjalizmem. Nienawidził lewicy, ale pracował na najbardziej lewicowym uniwersytecie. Nie lubił intelektualistów, ale poszukiwał ich uznania. Był ucieleśnieniem wszystkich konserwatywnych cnót, ale rozwiódł się i powtórnie ożenił. Wierzył w Boga, ale nie miał nadziei, że spotka się z Nim po śmierci. Śpiewał w kościele wzniosłe hymny, lecz odrzucał nieśmiertelność duszy. Po wielu latach walki znalazł się na intelektualnym i społecznym olimpie, ale w każdej chwili mógł znaleźć się na stosie. Wielkość Scrutona polegała na tym, że mógł nieustannie wydobywać się ze sprzeczności, chaosu i napięć. Nie umiałby tego jednak dokonać, gdyby nie błogosławieństwo, które wykradł tamtego roku Basi.

Warszawa na przełomie wieków

Trudząc się na studiach nad zrozumieniem Jürgena Habermasa, sięgnąłem po Intelektualistów nowej lewicy, krótkie dziełko, które – jak sądziłem po niepozornym akademickim tytule – miało być rodzajem filozoficznego przewodnika dla żółtodziobów. Zajrzałem do spisu treści. Byli tam wszyscy, których podziwiałem, którzy mnie intrygowali i których nie potrafiłem zrozumieć. E.P. Thompson, Dworkin, Foucault, Laing, Gramsci, Wallerstein, Lukács, Sartre, no i także – Habermas! Jakiś nieznany mi pilny autor najwyraźniej wszystko przeczytał i wszystko zrozumiał, i specjalnie dla mnie przygotował esencję esencji myśli współczesnej. Może odnajdę się wreszcie w tym postmodernizmie – myślałem – bo tak w latach 90. nazywaliśmy naszą epokę. Rozdział poświęcony pierwszemu myślicielowi, E.P. Thompsonowi, autorowi klasycznego dzieła The Making of the English Working Class zaczynał się tak: „Myśl lewicowa jest śmiała, obfita i urozmaicona. Korzeniami sięga dziedzin jałowych i nieoczekiwanych: krytyki literackiej, historiografii, socjologii, a czasem nawet nauk przyrodniczych”. Coś przestało mi grać. Tak nie rozpoczynają się wstępy do filozofii. To nie był czwarty tom Historii filozofii Władysława Tatarkiewicza. No i jak to – moja socjologia to dziedzina jałowa? Kto tak mówi? Patrzę na okładkę. Kim jest ten Roger Scruton?

Rozdział 11 – kolejny suchy tytuł: „Jürgen Habermas”. O ile u E.P. Thompsona socjologia mogła jeszcze przemknąć pośród innych „jałowych” nauk, o tyle w tym przypadku stała się uosobieniem wszystkiego, co złe i nudne w naukach humanistycznych. Styl Habermasa – czytałem – „jest niejasny, niezdecydowany i beznamiętny, w manierze doktoratu z socjologii”. Tak właśnie Habermas pisał – uśmiechnąłem się, ale z drugiej strony: Habermas to Habermas. To „sumienie Republiki Federalnej Niemiec” – jak wyjaśnił mi lewicowy kolega. W korytarzach Instytutu Socjologii UW krążyły o Habermasie legendy, że jest, żyje, istnieje naprawdę, bo kiedyś przyjechał do Polski i spotkał się z Michnikiem i Krasnodębskim. Szedłem dalej: „Czytelnik, który pierwszy raz czyta Habermasa i staje przed hektarami pustego socjologizowania, może doprawdy czuć lekkie zdumienie na myśl, że tu oto leży przed nim sam rdzeń intelektualnego establishmentu lewicowego”. Przyznam, że też przemknęła mi wstydliwa myśl, dlaczego te setki zawiłych stron nadały niemieckiemu filozofowi sakralny status. Scruton miał swoją odpowiedź: „Biurokratyczny styl (…) jest częścią przesłania, (…) przezeń habermasowska krytyka społeczeństwa burżuazyjnego ustala swoją akademicką wiarygodność. Nuda jest tu nośnikiem abstrakcyjnego autorytetu, a czytelnik czeka w korytarzach prozy Habermasa jak petent, któremu obiecano prawdę, ale tylko abstrakcyjnie i na mocy dokumentu, który zapewne stracił już ważność (…). Lewicowiec trzyma prawdę zamkniętą w szufladzie biurka i o jej sens trzeba go prosić z taką samą cierpliwością jak urzędnika”. Choć nie mogłem uznać tej krytyki za wyważoną i sprawiedliwą, śmiałem się już głośno. Nigdy nie czytałem tak złośliwych zdań skierowanych wobec kogoś tak wielkiego. A jednocześnie przez ten humor i ironię prześwitywała jakaś prawda, którą całe pokolenia socjologów bały się nawet pomyśleć.

Scruton nie pisał w manierze doktoratu z socjologii, pisał jasno, zdecydowanie i namiętnie. I dobrze wiedział, na co się porywa. W Niemczech – twierdził – „etablierte Linke zdominowała życie uniwersyteckie i nie można się z niej naśmiewać bez uczucia popełniania bluźnierstwa przeciw rządzącemu bogu”. Scruton więc naśmiewał się, bluźnił, ze swobodą i elegancją rzucał wyzwanie „rządzącemu bogu”. Szczytem złośliwości było tłumaczenie mozolnych dystynkcji między „działaniem celowo-racjonalnym” a „działaniem komunikacyjnym”, które Habermas wypracowywał na setkach stron. „Różnica między urabianiem sobie rąk a zdzieraniem gardła zostaje sprzedana jako teoretyczne objawienie – kwitował Scruton. Można to jednak sformułować prościej: pracę mierzy się jej wynikami, mowę zaś jej zrozumiałością”. Taki styl przychodził z jakiegoś innego, wolnego świata.

To tak można? – dziwiłem się. O świętym Jürgenie? I nic się nie dzieje? Lecz działo się bardzo dużo.

Londyn–Warszawa–Wrocław–Londyn

Nie wiedziałem wtedy, że rozpoczynając od Intelektualistów nowej lewicy, szedłem do Scrutona polską, arcypolską drogą. Opublikowana w 1985 r. książka została zadedykowana „przyjaciołom, których nazwisk nie mogę wymienić, ponieważ żyją w tych częściach świata, gdzie lewica ich ojców triumfuje”. W ekspresowym tempie przetłumaczono ją na polski i w 1988 r. wydało ją podziemne wrocławsko-warszawskie Niezależne Wydawnictwo Książkowe Wers (jako Myślicieli nowej lewicy). We wstępie do tego wydania Scruton nie zamierzał jednak kadzić swoim polskim przyjaciołom, nie zależało mu na rytualnych pochwałach bohaterów KOR-u i Solidarności. Demokratyczny socjalizm i socjalistyczna demokracja, o jakich marzyła czasem polska opozycja, były dla niego drogami na manowce.

Intelektualistach nowej lewicy Scruton zrealizował projekt negatywny, niszczycielski, oczyścił pole walki. Chciał obnażyć zatrute intelektualne źródła lewicy, która stworzyła „Hobsbawmię” – utopijny świat radykalnych myślicieli, niechcący go oglądać z bliska, a w doświadczeniu Scrutona, który od 1979 r. podróżował do bloku wschodniego – orwellowski koszmar. Ważniejszy od destrukcyjnej części projektu Scrutona był jednak jego pozytywny plan sformułowany w głośnej książce opublikowanej w 1980 r. Co znaczy konserwatyzm, do której odsyłał swoich polskich przyjaciół. Scruton nie chciał jedynie obalić komunizmu, on chciał przede wszystkim odbudować konserwatyzm z jego zasadami autorytetu, wspólnoty, patriotyzmu, tradycji, lojalności i religii. Przeciwko liberalnym indywidualistom i autorytarnym totalistom bronił społeczeństwa, które jest czymś więcej niż sumą jednostek; rodziny, która oparta jest na związku mężczyzny i kobiety; i Kościoła, który może stać się established church, Kościołem państwowym, jak Kościół anglikański, aby przenikać instytucje społeczne otwarciem na transcendencję. Najważniejszym elementem tego programu była zasada odpowiedzialności na poziomie rządzących i obywateli. A nikt nie może wziąć odpowiedzialności za swoje czyny, jeśli najpierw nie posiada własności. Odpowiedzią na głupotę lewicy – pisał z naciskiem – może być nie jakiś inny socjalizm i nie prosta negacja socjalizmu, ale „prawowity rząd, tradycyjne instytucje i własność prywatna pod rządami prawa”. Nie miał jednak złudzeń, że polscy przyjaciele są już gotowi przyjąć te proste prawdy: „W tych sprawach polska myśl polityczna ma jeszcze długą drogę przed sobą. Prawie tak długą jak myśl polityczna na Zachodzie”.

Książka Intelektualiści nowej lewicy (kolejne wydanie nosiło bardziej jednoznaczny tytuł: Głupcy, oszuści i podżegacze) rozpoczynała karierę Scrutona jako pisarza w Polsce i jednocześnie kończyła jego karierę jako akademika w Wielkiej Brytanii. Zarzucono mu brak „zrozumienia”, „przyzwoitości” i „ciekawości intelektualnej”, „polemikę w złej wierze” i „nieprzerwany potok zniewag”. Wydawnictwo Longman, które zostało zaatakowane za publikację tak skandalicznego dzieła, miało wycofać książkę z księgarń. Czego innego mógł się spodziewać? Rzucając wyzwanie „rządzącemu bogu” w zachodniej akademii, liczył się przecież z tym, że zostanie heretykiem. A gdzie jest miejsce heretyka? Zwalczając „Hobsbawmię” na komunistycznym Wschodzie i w zachodniej akademii, Scruton wiedział, na jak niebezpieczny teren wkracza. Jego pozycja w lewicowym Birkbeck College, gdzie wykładał estetykę od lat 70., stała się – jak sam mówił – bardzo kłopotliwa. Obok podającej posiłki w college’u Nunzii z Neapolu, która w akcie nieposłuszeństwa wywiesiła zdjęcie Jana Pawła II, był tam jedynym konserwatystą. Już po publikacji Co znaczy konserwatyzm, w której po raz pierwszy nadwyrężył mocno zasady akademickiej grzeczności, reakcja środowiska była bardzo negatywna, a pewien marksistowski filozof odmówił prowadzenia kursów razem z nim. A mimo to nie zawahał się wykonać ryzykownego kroku i przesunąć kolejnej granicy. O ile w Co znaczy konserwatyzm zarzucał lewicy bigoterię i fanatyzm, o tyle w Intelektualistach nowej lewicy postanowił to udokumentować.

Polowania, wino i szampan

Co było stratą dla brytyjskiej akademii, stało się zyskiem dla czytelników, a na samym końcu – dla samego Scrutona. W trudnym czasie po publikacji Intelektualistów… zaczął komponować, uprawiać myślistwo, wyszedł z zamkniętego kręgu inteligencji, coraz bardziej odchodził od zagadnień czysto filozoficznych (książki o Kancie, Spinozie, współczesnej filozofii czy myśli politycznej) na rzecz zainteresowania szeroko pojętą kulturą. W swoim niespożytym pisarstwie, owszem, cały czas rozwijał sprawę konserwatyzmu, ale też medytował nad winem (w końcu wino jest konserwatywnym bo najbardziej lokalnym ze wszystkich trunków), rolą tradycyjnych polowań na lisy (była duża, bo dzięki nim poznał swoją drugą żonę, a także przeżył kilka ryzykownych wypadków), prawem (podczas pracy w Birkbeck College przy okazji uzyskał wykształcenie prawnicze, które pozwoliło mu zdobyć głęboką wiedzę i szacunek wobec brytyjskiego systemu legislacyjnego), ekologią i prawami zwierząt, muzyką i architekturą, Libanem i Wielką Brytanią, globalizacją i terroryzmem, Harrym Potterem i Richardem Wagnerem, Lady Gagą i lady Dianą, wiejskim krajobrazem i miejską architekturą, przeszłością konserwatyzmu i przyszłością Zachodu, światem i Bogiem. Te medytacje rozpoczynały się od artykułów bądź wykładów, żeby potem zamienić się w książki, kilkadziesiąt książek.

Kiedy on to wszystko pisał? Bo przecież cały czas jeździł też po świecie, przeprowadzał się między Wielką Brytanią a Stanami Zjednoczonymi, prowadził biznesy i bankrutował (kiedy wyszły na jaw skrywane przez niego powiązania z firmą tytoniową), założył szczęśliwą rodzinę i został farmerem, dwie dekady redagował „Salisbury Review”, skomponował dwie opery, napisał kilka powieści i kilkanaście opowiadań, doradzał rządowi Wielkiej Brytanii i wspierał oddolny ruch konserwatywny na całym świecie. Grał na organach w swoim parafialnym kościele i gościł przyjaciół w swojej wiejskiej posiadłości, wciąż uczył innych, od których – jak odkrywał – sam jednocześnie najwięcej się uczył.

W tym wszystkim była jakaś nieogarniona siła życia, której żadne przeszkody nie potrafiły zniszczyć. Dzięki niej po latach pełnych pracy uzyskał status ikony konserwatyzmu, a jednocześnie jednego z najwybitniejszych współczesnych intelektualistów. Szczyt uznania miał przyjść w 2018 r., kiedy został przewodniczącym brytyjskiej rządowej komisji do spraw estetyki budownictwa (Building Better, Building Beautiful Commission), i w 2019 r., kiedy wydawnictwo sir Rogera Bloomsbury przygotowywało specjalną edycję jego książek na jego 75. urodziny. Ale właśnie wtedy czasopismo „New Statesman”, dla którego nota bene pisał wcześniej felietony o winie, opublikowało artykuł George’a Eatona oparty na spreparowanych wypowiedziach Scrutona, które posłużyły do oskarżenia go o homofobię, islamofobię, antysemityzm i inne śmiertelne grzechy w liberalnej sferze publicznej. Wybuchł skandal, a już niedługo potem Eaton opublikował w mediach społecznościowych zdjęcie z kieliszkiem szampana: „To uczucie, kiedy prawicowy rasista i homofob Roger Scruton zostaje zwolniony jako doradca rządu torysów”. Niebywałe, „New Statesman” przygotował na jubileusz swojego autora, a przy okazji jednego z najwybitniejszych filozofów brytyjskich, publiczną egzekucję. Choć później redakcja przeprosiła za manipulacje i zachowanie Eatona, a Scrutona przywrócono do komisji, to w tym samym czasie zdiagnozowano u niego raka. Po kilku miesiącach zmarł. Zmarł tak, jak żył – w walce.

Ikona i robak nicości

Na czym polegał ikoniczny, prawie celebrycki status Scrutona? Był mistrzem słowa, ale estetyzacja nie ograniczała się tylko do jego książek. Pijąc wino i polując na lisy, słuchając Leoša Janáčka i czytając Jana Patočkę, grając Bacha i recytując Miłosza, tworząc dzieła sztuki i walcząc razem ze środkowoeuropejskimi dysydentami za „wolność waszą i naszą”, zamieniał swoje życie w dzieło sztuki. Każda, nawet najbardziej prozaiczna, czynność stawała się u niego źródłem refleksji, nabierała filozoficznej głębi, a następnie była estetyzowana w esejach i beletrystyce. Ikoniczność Scrutona polegała na tym, że łączył sacrum i jasną wizję moralną z materią, jak ruda czupryna oraz wymarzona farma – Scrutopia. Bez ucieleśnienia idea pozostaje abstrakcją, więc Scruton stał się doskonałym ucieleśnieniem konserwatyzmu.

Odtąd każdy, patrząc na niego, wiedział, co znaczy konserwatyzm.

Kiedy ludzie stają się ikonami, trudno zachować im twarz. Z sir Rogerem tak nie było – za wszystkimi jego rolami cały czas było widać jego prawdziwą duszę. Ostatni rozdział Intelektualistów nowej lewicy stanowi – jak pisze Scruton – „hołd poświęcony arcydiabłu nowej lewicy”, Sartre’owi. I jest to naprawdę hołd: „Proza Sartre’a jest zarazem czarująca i metafizyczna. Z diabelskim wdziękiem wabi czytelnika do ołtarza Nicości, gdzie wszystko, co ludzkie, ginie w płomieniach”. Scruton znał dobrze ten czar i wdzięk. Bo również w swoim najważniejszym dziele filozoficznym, Pożądanie. Filozofia moralna życia erotycznego, które pisał równolegle do Intelektualistów nowej lewicy, składał hołd Sartre’owi. Cytował go częściej niż Platona, Dantego, Freuda, Szekspira czy swoją mistrzynię, Elizabeth Anscombe, którą obok Petera Strawsona uznawał za ostatniego filozofa piszącego po angielsku. Nicość, którą odkrywał Scruton, jest w języku tradycyjnej teologii grzechem, „udziałem Diabła”. Kiedy po latach zajął się kwestią Szatana, znów powrócił do Sartre’a, który za Heideggerem widział Nicość jako aktywną rzeczywistość, nieustannie przenicowującą nasze życie, „tak jakby z nami coś czyniła, kiedy skrada się [steals across] przez krajobraz duszy”, bo „dana jest w samym sercu bytu, (…) jak robak.

Na najgłębszym poziomie atak Scrutona na lewicę nie był po prostu krytyką fałszywego politycznego światopoglądu, ale atakiem na Nicość. Największy kłopot polegał jednak na tym, że atakując Nicość, odkrywamy ją w sobie. Nicość może fascynować i stać się częścią nas samych, możemy ją też próbować zniszczyć na zewnątrz, licząc na to, że unicestwimy ją w sobie. Czy nie jest więc tak, że w centrum konserwatywnego projektu, który broni Prawdy, Dobra i Piękna, czai się robak? Czy nie świadczą o tym kościoły, które budujemy wbrew rozpadającemu się wokół światu? Czy konserwatysta nie czuje w sobie kogoś, kogoś obcego, a tak bliskiego, kto skrada się przez krajobraz jego duszy? Na pewno czuł tak Scruton, więcej – on utożsamiał się z tym, kto się skrada, a nawet wykrada z kościołów to, co najcenniejsze (steals from).

Kazimierz–Gdańsk, lata 80.

W swojej najbardziej osobistej książce Gentle Regrets, w jej najbardziej osobistym rozdziale „Wykradając (się) z Kościołów” (Stealing from Churches) Scruton opisywał swoją drogę do Rzymu, której nigdy nie wybrał, pozostając do końca życia anglikaninem. „Kościół apostolski jest kościołem serca – pisał. – Kiedy go okradasz, kradniesz serce. Dlatego kradzież jest łatwa; a zadośćuczynienie – długie i trudne”. Najważniejszy moment na tej drodze miał miejsce w komunistycznej Polsce – mógł to być moment upadku, ale okazał się momentem błogosławieństwa.

Scruton znał wszystkie negatywne doświadczenia, które opisywał Sartre: nieobecność sensu, poczucie inności, żal, stratę, u których źródeł stała Nicość. Może właśnie z tego źródła biła jego siła? Nie jest chyba przypadkiem, że właśnie po rozwodzie zaczął pisać książkę za książką. Podobnie jak u Kierkegaarda rozstanie z kobietą wyzwoliło u niego olbrzymie siły twórcze, tak jakby jedna część jego życia została przenicowana, a druga część tym bardziej szukała bycia, prawdy i piękna, jakby utracony kapitał moralny chciał odzyskać rosnącym kapitałem refleksji. Mógł pisać książkę za książką, redagować pismo za pismem, odnajdywać wciąż nowe, fantastyczne obszary filozoficznego namysłu, bo w sercu jego bytu tkwił robak.

Życie w takiej podwójności, rozedrganiu i zawieszeniu, gdy to, co piękne, prawdziwe i dobre, jest nieustannie podmywane, staje się nie do zniesienia. W tej nocy ciemnej, kiedy na połowie czasu szedł przez ciemny las, ktoś wskazał mu drogę: „To nie był działacz podziemia, wyklęty pisarz, żaden wydawca samizdatu ani śmiały rycerz z zakazanego zakonu. (…) To była Basia, która cicho przecięła moją ścieżkę i spojrzała mi z rozbrajającą powagą w oczy”.

Poznali się podczas szkoły letniej, Basia była głęboko wierzącą studentką filozofii na KUL-u, szefową koła filozoficznego. „Jej piękna, pochylona twarz z wysokimi słowiańskimi kośćmi policzkowymi, ciemnymi oczami i zakłopotanym uśmiechem sprawiała, że miałem wrażenie, gdy na mnie patrzyła (co robiła często), że otwiera drzwi do mojej duszy i stoi cicho w środku. Była posłańcem z innego królestwa, aniołem w pierwotnym znaczeniu tego słowa, i weszła do mojego życia jak zwiastowanie. (…) Dusza jest tym, co jedna osoba wywołuje u drugiej, kiedy widzi ją jako wolną, samoświadomą, samorządną i odpowiedzialną istotę. To jest prawdziwa tajemnica Zwiastowania, jak to namalował Simone Martini: prosta kobieta zaskoczona aniołem, który zwraca się do jej Ja jako Ja”.

Podczas wykładów – jak wspominał Scruton – Basia „oceniała mnie, dyskutowała ze mną i przebaczała mi”. Co mogła mu przebaczać, przecież jeszcze przed nią się nie odsłonił? Ale choć miał dopiero wyznać swój grzech i swoją nicość, ona już mu je przebaczała. Podczas kolejnych dni zaczęło się rodzić między nimi uczucie. Kiedy spacerowali po lesie, on ujął jej rękę. „Ktoś na ciebie czeka? – zapytała. – Kiedy wyjdziesz z samolotu, może jakaś uśmiechnięta twarz z tłumu podejdzie z kwiatami w ręku? – Nie będzie kwiatów, odpowiedziałem zgodnie z prawdą. – Czyli tylko twarz? – Odsunęła swoją dłoń. – Szkoda, bo trochę jesteś już w moim sercu. – Przyjąłem tę wiadomość w niezaskoczonej ciszy. Nagle, bez żadnych wykrętów, kazano mi uporządkować życie. Ujrzałem cały chaos, który prześladował mnie z roku na rok od czasu mojego rozwodu i którego nigdy jeszcze nie wyznałem. – No tak – powiedziała – nic nie mówisz. Kobieta nie powinna mówić o uczuciach; kobieta musi się ukryć, inaczej jest tania. Ale myślę, że przybywasz tutaj po prawdę. Więc jest znacznie gorzej, niż ci powiedziałam. Kocham cię. Chcę być twoja. Lecz to jest niemożliwe. (…) Jej pierwszą myślą było, żeby zmierzyć się z pokusą, którą przedstawiałem, nie uciekając przed nią, lecz ją pokonując. W jej głowie pojawił się szalony pomysł, że mogłaby mi pomóc w zbawieniu. – Na pewno nie ma na to nadziei – powiedziałem”.

Dla Scrutona niemożliwa była miłość, małżeństwo i odkupienie. Dopiero kiedy stanął oko w oko ze swoją nicością, mógł uporządkować na nowo swoje życie. Tak rozpoczęła się droga, w której odzyskiwał wszystko, co stracił. Moment upadku był dla niego ostatecznie momentem łaski, która otworzyła przed nim na powrót możliwość wiary. „Odniosłem się do mojego małżeństwa, do rozwodu i związanego z nim bólu, chociaż nie powiedziałem, co powinienem był powiedzieć, że moje małżeństwo zostało wykradzione z jej Kościoła”. Kiedy wyznał jej w późniejszym liście, że wziął ślub w Kościele katolickim, więc w świetle przekonań Basi nigdy nie będą mogli być razem jako mąż i żona, ona nadal przy nim była i wybaczała mu. Utrzymała z nim korespondencyjną zażyłość, pisząc o swoim życiu oświetlonym przez Bożą obecność. „Stała tam, gdzie Bóg, jak myślała, umieścił ją, a za troskę jej życzliwej obecności nigdy nie mogłem się odwdzięczyć. Dla Basi nie istniało zmarnowane życie, ponieważ życie było tylko wstępem”. Ten dar wybaczenia nie był jej darem, to był dar Kościoła i Tego, którego chciała naśladować. Ostatecznie Scruton wykradł z Kościoła nie tylko małżeństwo, ale także błogosławieństwo. Tak jak Jakub wyrwał błogosławieństwo swojemu ojcu, tak jak syn marnotrawny otrzymał miłosierdzie. A mógł je zdobyć, bo Ojciec na niego już czekał, był tym, który cały czas jest. Ale nie odkryłby Go, gdyby nie Basia: „Razem mieliśmy iść w poszukiwaniu pokoju i znaleźliśmy go, ponieważ tylko tego chciał dla nas Bóg”.

Bayreuth–Cambridge, Zmierzch bogów

Na błogosławieństwo, które otrzymał, nie musiał zasługiwać, ale chciał zadośćuczynić za krzywdy, które wyrządził. Niezatarty ślad spotkania z Basią można odnaleźć we wszystkich jego dziełach, które pisze ten sam człowiek na krawędzi, mierzący się z robakiem nicości. Scruton nie musiał już uciekać od swojego chaosu, mógł się z nim zmierzyć. Silniejszy niż moment rozpadu był w nim moment nawrócenia, w którym łączył się wybór nowej drogi (Scruton cały czas wybierał nową drogę), zmiana spojrzenia (Scruton cały czas uczył się patrzyć inaczej), ale przede wszystkim powrót do źródeł, bo źródła nie były już zatrute.

Kiedy czytam jego Pożądanie, medytację nad istotą seksualnego pragnienia, której wnioski – jak napisał w przedmowie do polskiego wydania – „są zbieżne z zawartymi w Katechizmie Kościoła Katolickiego”, widzę go z Basią w kazimierzowskim lesie, kiedy postanawiają poświęcić swoją miłość dla większej Miłości i iść drogą łaski, inną niż Winston i Julia, których tak bardzo przypominali. Czy tam nie poczuł, że eros może przemienić się w caritas, i nie zrozumiał, w jaki sposób Beatrycze poprowadziła Dantego do Matki Bożej? Echo tego spotkania słyszę w Kasydzie o róży Lorki, do której Scruton skomponował muzykę („Róża // nie pragnęła wiedzy ni ciemności // na krawędzi ciała i marzenia // czego innego pragnęła // Róża // nie pragnęła róży. // Nieruchoma na tle nieba // czego innego pragnęła”), w ostatniej, ukochanej przez niego, scenie Pierścienia Nibelunga, kiedy Zyglinda błogosławi umierającej Brunhildzie, odkupując wszystkie przegrane miłości, a może najbardziej w Tristanie i Izoldzie, których łączy Liebestod, prowadząca nasze pragnienie w stronę wieczności.

Moment śmierci, spotkania z własną nicością, staje się momentem życia, zbawienia. I tego zbawienia Scruton poszukiwał we wszystkich sferach, do końca życia.

Kiedy w Dzień Zaduszny, 2 listopada, 2018 r. Scruton został zapytany w swojej alma mater o śmierć, odpowiedział, że istnieją dwa sposoby konfrontacji z nią – chorobliwy, który prowadzi do ucieczki przed życiem w myśli zasady: skoro i tak umrzemy, życie nie ma wartości, oraz twórczy, który opiera się na rozpoznaniu, że „śmiertelność jest fundamentalnym elementem wszystkiego, na co masz nadzieję”. W jego improwizowanej wypowiedzi mieszał się poziom bezosobowy z intymnym poziomem duszy, pokazując, że będąc sir Rogerem, ikoną konserwatyzmu, cały czas pozostawał chłopakiem z rudą czupryną – nawet wtedy kiedy starość i chemioterapia mu ją zabrały: „Kiedy zakochujemy się w innej… kiedy ja… kiedy ktoś się zakochuje w innej osobie, wtedy świadomie bierze pod swoją opiekę śmiertelną istotę. I właśnie poczucie jej kruchości i śmiertelności jest fundamentalne dla miłości. (…) Jeśli próbujesz wykluczyć myśl o śmierci, osłabiasz miłość. Poczucie, że inna osoba jest absolutnie zależna od miłości, choć oczywiście pewnego dnia ucieknie od niej ku śmierci, jest absolutnie częścią tego, czym jest sama miłość”. Tę prawdę Scruton wykradł Basi, a teraz, kiedy jego życie okazało się zbyt kruche, możemy spojrzeć na nie z miłością w poszukiwaniu błogosławieństwa i prawdy, które my sami możemy wykraść.

 

Korzystałem z:

• D. Bartmanski, How to become an iconic social thinker: The intellectual pursuits of Malinowski and Foucault, „European Journal of Social Theory”, 2012, nr 4 (15), s. 427–453.

• R. Scruton, M. Dooley, Conversations with Roger Scruton, London 2016.

• R. Scruton, Co znaczy konserwatyzm, tłum. T. Bieroń, Poznań 2002.

• R. Scruton, Death-Devoted Heart: Sex and Sacred in Wagner’s Tristan and Isolde, Oxford 2004.

• R. Scruton, Intelektualiści nowej lewicy, tłum. T. Pisarek, Poznań 1999.

• R. Scruton, Pożądanie. Filozofia moralna życia erotycznego, tłum. T. Kuniński, Kraków 2009.

• R. Scruton, Stealing from Churches, w: tegoż, Gentle Regrets. Thoughts from Life, New York 2005, s. 63–83 (internetowa wersja rozdziału: https:// www.catholiceducation.org/en/faith-and-character/faith-and-character/ stealing-from-churches.html, dostęp: 25 czerwca 2020 r.).

• R. Scruton, The Ring of Truth. The Wisdom of Wagner’s Ring of The Nibelung, London 2016.

Kup numer