UNITED KINGDOM - SEPTEMBER 28: Philosopher and writer Roger Scruton poses at his home on September 28, 2015 in United Kingdom. (Photo by Andy Hall/Getty Images)
Michał Łuczewski lipiec-sierpień 2020

Roger Scruton. Wykradając błogosławieństwo

Zanim otrzymał tytuł szlachecki z rąk księcia Karola, zanim Václav Havel, Andrzej Duda i Viktor Orbán nagrodzili go najwyższymi odznaczeniami swoich państw, zanim w Wielkiej Brytanii stał się dziedzicem na Scrutopii (squire of Scrutopia), Basia mówiła na niego czule Squirrel, Wiewiórka.

Artykuł z numeru

Przystanek: miasto

Przystanek: miasto

Roger Scruton po raz pierwszy przyjechał do Polski w 1979 r. po pierwszej pielgrzymce Jana Pawła II do ojczyzny. W Krakowie wyczuwał, że coś się stało – młodzi ludzie szli ulicami miasta wyprostowani, tak jakby komunizmu już nie było. Z tej odwagi rok później narodziła się Solidarność. Młodego, romantycznego, rebelianckiego ducha, jaki ucieleśniała, nie zdusił ani stan wojenny, ani zabójstwo Jerzego Popiełuszki.

Ze zdumieniem odkrywał to Scruton podczas szkół letnich dla studentów Oxfordu i KUL-u w Kazimierzu nad Wisłą. Wystarczyło jednak opuścić salę wykładową, żeby poczuć, że totalitaryzm nie tylko zeszpecił krajobrazy miast, ale też przeniknął i zdegradował naturę. W Roku 1984 Orwell opisywał las jako miejsce wolności, gdzie Winston, dochodzący czterdziestki, obarczony „żoną, której nie mógł się pozbyć”, mógł swobodnie zbliżyć się do Julii. W 1984 r. wokół Kazimierza Dolnego było inaczej: „W lasach panowała atmosfera zaniedbania charakterystyczna dla komunistycznej Europy. Nie należały do nikogo, zamknięte przed wszystkimi, zadeptywane przez każdego, miejsca bez związku z ludzkością. Drzewa, krzewy, paprocie, dzikie kwiaty, zwierzęta były jakby bezimienne, ani dzikie, ani oswojone, nie stanowiły niczyjej własności, ale nie były też bezpańskie, nie należały do ludzkiego świata ani nie były od niego całkowicie oddzielone. Czerwone wiewiórki w gałęziach migotały w dziwnej otchłani, jakby czekając na jakiś znak, który nie nadejdzie; ich istnienie było w połowie zabronione, w połowie dozwolone, drżały na krawędzi rzeczy”.

Lecz ten tak obcy, złowrogi krajobraz – Scruton odkrywał ze zgrozą – jest krajobrazem jego duszy. Nie przyjeżdżał tutaj z jakiegoś innego, lepszego świata, on w tych obrazach ziemi niczyjej i rozstępującej się otchłani, tak pozornie dalekich i zewnętrznych, odnajdywał siebie. „Ludzie, których spotkałem w takich miejscach, znali mnie pod przezwiskiem Wiewiórka w hołdzie dla moich rudych włosów. Ja też istniałem na krawędzi rzeczy, moje imię – w zawieszeniu, moje normalne, nieheroiczne życie – ukryte”.

Scruton opisał tutaj doświadczenie progu, zatarcia różnic – doświadczenie kogoś, kto jak Agambenowski homo sacer istnieje między życiem a śmiercią, bytem a niebytem, naturą a kulturą, zwierzęcością a człowieczeństwem, otchłanią a niebem. Czy to doświadczenie zawieszenia nie lepiej oddaje istotę życia sir Rogera – i każdego konserwatysty – niż wszystkie tytuły i wyróżnienia? Ponieważ nigdzie nie był u siebie, mógł zostać królem albo kozłem ofiarnym. Miał ojca socjalistę, który nienawidził elitarnych szkół, ale sam poszedł do Cambridge i rozpoczął walkę z socjalizmem. Nienawidził lewicy, ale pracował na najbardziej lewicowym uniwersytecie. Nie lubił intelektualistów, ale poszukiwał ich uznania. Był ucieleśnieniem wszystkich konserwatywnych cnót, ale rozwiódł się i powtórnie ożenił. Wierzył w Boga, ale nie miał nadziei, że spotka się z Nim po śmierci. Śpiewał w kościele wzniosłe hymny, lecz odrzucał nieśmiertelność duszy. Po wielu latach walki znalazł się na intelektualnym i społecznym olimpie, ale w każdej chwili mógł znaleźć się na stosie. Wielkość Scrutona polegała na tym, że mógł nieustannie wydobywać się ze sprzeczności, chaosu i napięć. Nie umiałby tego jednak dokonać, gdyby nie błogosławieństwo, które wykradł tamtego roku Basi.

Warszawa na przełomie wieków

Trudząc się na studiach nad zrozumieniem Jürgena Habermasa, sięgnąłem po Intelektualistów nowej lewicy, krótkie dziełko, które – jak sądziłem po niepozornym akademickim tytule – miało być rodzajem filozoficznego przewodnika dla żółtodziobów. Zajrzałem do spisu treści. Byli tam wszyscy, których podziwiałem, którzy mnie intrygowali i których nie potrafiłem zrozumieć. E.P. Thompson, Dworkin, Foucault, Laing, Gramsci, Wallerstein, Lukács, Sartre, no i także – Habermas! Jakiś nieznany mi pilny autor najwyraźniej wszystko przeczytał i wszystko zrozumiał, i specjalnie dla mnie przygotował esencję esencji myśli współczesnej. Może odnajdę się wreszcie w tym postmodernizmie – myślałem – bo tak w latach 90. nazywaliśmy naszą epokę. Rozdział poświęcony pierwszemu myślicielowi, E.P. Thompsonowi, autorowi klasycznego dzieła The Making of the English Working Class zaczynał się tak: „Myśl lewicowa jest śmiała, obfita i urozmaicona. Korzeniami sięga dziedzin jałowych i nieoczekiwanych: krytyki literackiej, historiografii, socjologii, a czasem nawet nauk przyrodniczych”. Coś przestało mi grać. Tak nie rozpoczynają się wstępy do filozofii. To nie był czwarty tom Historii filozofii Władysława Tatarkiewicza. No i jak to – moja socjologia to dziedzina jałowa? Kto tak mówi? Patrzę na okładkę. Kim jest ten Roger Scruton?

Rozdział 11 – kolejny suchy tytuł: „Jürgen Habermas”. O ile u E.P. Thompsona socjologia mogła jeszcze przemknąć pośród innych „jałowych” nauk, o tyle w tym przypadku stała się uosobieniem wszystkiego, co złe i nudne w naukach humanistycznych. Styl Habermasa – czytałem – „jest niejasny, niezdecydowany i beznamiętny, w manierze doktoratu z socjologii”. Tak właśnie Habermas pisał – uśmiechnąłem się, ale z drugiej strony: Habermas to Habermas. To „sumienie Republiki Federalnej Niemiec” – jak wyjaśnił mi lewicowy kolega. W korytarzach Instytutu Socjologii UW krążyły o Habermasie legendy, że jest, żyje, istnieje naprawdę, bo kiedyś przyjechał do Polski i spotkał się z Michnikiem i Krasnodębskim. Szedłem dalej: „Czytelnik, który pierwszy raz czyta Habermasa i staje przed hektarami pustego socjologizowania, może doprawdy czuć lekkie zdumienie na myśl, że tu oto leży przed nim sam rdzeń intelektualnego establishmentu lewicowego”. Przyznam, że też przemknęła mi wstydliwa myśl, dlaczego te setki zawiłych stron nadały niemieckiemu filozofowi sakralny status. Scruton miał swoją odpowiedź: „Biurokratyczny styl (…) jest częścią przesłania, (…) przezeń habermasowska krytyka społeczeństwa burżuazyjnego ustala swoją akademicką wiarygodność. Nuda jest tu nośnikiem abstrakcyjnego autorytetu, a czytelnik czeka w korytarzach prozy Habermasa jak petent, któremu obiecano prawdę, ale tylko abstrakcyjnie i na mocy dokumentu, który zapewne stracił już ważność (…). Lewicowiec trzyma prawdę zamkniętą w szufladzie biurka i o jej sens trzeba go prosić z taką samą cierpliwością jak urzędnika”. Choć nie mogłem uznać tej krytyki za wyważoną i sprawiedliwą, śmiałem się już głośno. Nigdy nie czytałem tak złośliwych zdań skierowanych wobec kogoś tak wielkiego. A jednocześnie przez ten humor i ironię prześwitywała jakaś prawda, którą całe pokolenia socjologów bały się nawet pomyśleć.

Scruton nie pisał w manierze doktoratu z socjologii, pisał jasno, zdecydowanie i namiętnie. I dobrze wiedział, na co się porywa. W Niemczech – twierdził – „etablierte Linke zdominowała życie uniwersyteckie i nie można się z niej naśmiewać bez uczucia popełniania bluźnierstwa przeciw rządzącemu bogu”. Scruton więc naśmiewał się, bluźnił, ze swobodą i elegancją rzucał wyzwanie „rządzącemu bogu”. Szczytem złośliwości było tłumaczenie mozolnych dystynkcji między „działaniem celowo-racjonalnym” a „działaniem komunikacyjnym”, które Habermas wypracowywał na setkach stron. „Różnica między urabianiem sobie rąk a zdzieraniem gardła zostaje sprzedana jako teoretyczne objawienie – kwitował Scruton. Można to jednak sformułować prościej: pracę mierzy się jej wynikami, mowę zaś jej zrozumiałością”. Taki styl przychodził z jakiegoś innego, wolnego świata.

To tak można? – dziwiłem się. O świętym Jürgenie? I nic się nie dzieje? Lecz działo się bardzo dużo.

Londyn–Warszawa–Wrocław–Londyn

Nie wiedziałem wtedy, że rozpoczynając od Intelektualistów nowej lewicy, szedłem do Scrutona polską, arcypolską drogą. Opublikowana w 1985 r. książka została zadedykowana „przyjaciołom, których nazwisk nie mogę wymienić, ponieważ żyją w tych częściach świata, gdzie lewica ich ojców triumfuje”. W ekspresowym tempie przetłumaczono ją na polski i w 1988 r. wydało ją podziemne wrocławsko-warszawskie Niezależne Wydawnictwo Książkowe Wers (jako Myślicieli nowej lewicy). We wstępie do tego wydania Scruton nie zamierzał jednak kadzić swoim polskim przyjaciołom, nie zależało mu na rytualnych pochwałach bohaterów KOR-u i Solidarności. Demokratyczny socjalizm i socjalistyczna demokracja, o jakich marzyła czasem polska opozycja, były dla niego drogami na manowce.

— pełna wersja tekstu dostępna jest w drukowanych i elektronicznych wydaniach Miesięcznika Znak

Kup numer