Dlaczego dzika przyroda i dzikość w ogóle są nam potrzebne do osiągnięcia równowagi fizycznej i psychicznej?
Na początku warto zastanowić się, co rozumiemy przez dzikie miejsca.
Czasami ludzie mówią o dzikości tak, jakby była czymś łagodnym, błogim i potulnym. Nic, tylko przytulać się do drzew. Jednak natura i cały jej zew, ten absolut, ma też przecież drugie oblicze – bardziej surowe, nieokiełznane. Nasz zachwyt i ekscytacja przyrodą wynikają również z tego – ostre szczyty, ciemne głębiny oceanów czy gęsta puszcza wzbudzają w nas szacunek, są nieprzewidywalne, może trochę niebezpieczne, nie da się ich łatwo okiełznać. Wielu miłośników gór twierdzi, że skala ludzkich problemów znacząco się zmniejsza w kontakcie z naturą, np. po zdobyciu jakiegoś szczytu. W obliczu wielkości przyrody człowiek odzyskuje poczucie właściwych proporcji. Alan Watts, brytyjski filozof i pisarz, mówił, że wyłaniamy się jak fala z całego oceanu zależności. Natura się nie spieszy, świat istnieje, nawet jeśli deadline w pracy wymknie nam się z rąk. Potrzeba przynależności do czegoś większego ma też w sobie pewien wymiar duchowy.
Jednocześnie w miejscu dzikim czujemy się dobrze wtedy, gdy nie odczuwamy stresu, że zaraz wyskoczy na nas lew czy gepard lub że spadniemy w przepaść. Zatem warunki dzikości muszą być dobrane zarówno do naszej kondycji psychofizycznej, jak też do podstawowych aspektów związanych z bezpieczeństwem. Jeśli chcemy odpocząć, nie możemy ciągle drżeć ze strachu, że coś nam się stanie.
Cieszę się, że coraz częściej wyjmujemy człowieka z opakowania pod tytułem „cywilizowany, kulturalny”. Nie ma się co oszukiwać – jesteśmy też istotami biologicznymi, zwierzętami.
Istnieją liczne badania, z których jasno wynika,…