rys. Mitja Feneczkin
Petro Jacenko / Петро Яценко maj 2022

Wojna o miłość

My, Ukraińcy, lubimy dobrobyt i spokój, ale jesteśmy skazani na życie w cieniu góry lodowej. W każdej chwili ta bezduszna bryła może się poruszyć i rozgnieść wszystko, w co wierzymy.

Artykuł z numeru

Tu mówi Ukraina

Czytaj także

Wiktoria Amelina / Вікторія Амеліна

Obrona powietrzna naszej arki

W 2014 r. pośród wielu innych informacji dotyczących wojny z  Rosją w  Donbasie jedna szczególnie przyciągnęła moją uwagę. Był to wywiad, którego rosyjskiej gazecie lokalnej udzielił żołnierz – weteran walk pod Ługańskiem, na obcej mu ziemi. Opowiadał m.in., że wziął ze sobą do domu, na rosyjską głubinkę, dziecięce rysunki znalezione w  rozbitym ukraińskim pojeździe wojskowym. Takie rysunki wysyłały ukraińskim żołnierzom dzieci, żeby ich podnieść na duchu.

Kiedy korespondent zainteresował się, dlaczego rosyjski żołnierz wziął ze sobą te rysunki, zapytany odpowiedział mniej więcej tak: „Bo były jakieś takie jasne, pełne miłości”.

Mój ojciec urodził się w  Norylsku, za kołem podbiegunowym, w  czasie II wojny światowej. Zimą w Norylsku słońce nie wschodzi tygodniami. Ojciec był wątłego zdrowia i miał krzywicę. Moja babcia, która pochodziła z Kraju Krasnojarskiego w Rosji, po wojnie przywiozła mojego tatę do dziadka i babci. Mieszkali w okolicach Czerkasów – w kraju słoneczników, ciepła i miłości.

Kiedy po raz ostatni widziałem się z moimi rosyjskimi krewnymi w Petersburgu w 2003 r., kremlowska propaganda nabrała już rozpędu. Dziwiła mnie gorycz, z  jaką moi krewni mówili o tym, że „Ukrainę odcięli od nas żywcem”. Przekonywałem, że jeśli chcą do nas przyjechać, mogą najzwyczajniej w świecie kupić bilety i wsiąść do pociągu. Między naszymi państwami nigdy nie było ruchu wizowego. Mimo to wykształceni, inteligentni ludzie przekonywali mnie, lwowianina, że w  moim mieście nadal strzelają na ulicach. Dopiero później, po wielu latach, udało mi się zbliżyć do zrozumienia przyczyn ich gorzkiej obrazy.

Przygotowywałem się do wybuchu tej wojny. W moim mieszkaniu niedaleko Kijowa przeprowadziłem drobne remonty, na które wcześniej brakowało mi czasu. Wyrzuciliśmy wraz z żoną wszystkie niepotrzebne rzeczy. Tuż przed wyjazdem, gdy było już słychać wybuchy, podlałem kwiaty.

Znajoma pisarka, a jednocześnie funkcjonariuszka Sił Zbrojnych, opowiadała mi, jak myła podłogę w mieszkaniu na Krymie, kiedy opuszczała je na zawsze. Przybysz miał się dowiedzieć, że właściciele pozostawiali mieszkanie pełne miłości. Lecz nie była to miłość do grabieżców. Zdaje mi się, że nieświadomie chcieliśmy pokazać, iż kochamy to miejsce i nie zamierzamy go krzywdzić, chociaż je opuszczamy.

Minionego lata udzielałem wywiadu dziennikarzowi duńskiej gazety, mówiłem, że my, Ukraińcy, lubimy dobrobyt i spokój, ale jesteśmy skazani na życie w cieniu góry lodowej. W każdej chwili ta bezduszna bryła może się poruszyć i rozgnieść wszystko, w co wierzymy. Kiedy maluję ściany albo kupuję nowy stół, czasem zadaję sobie pytanie, czy to dla mnie, czy dla rosyjskiego sołdata.

Przez wiele lat nic się nie zmieniło. Przez stulecia. To jedna i ta sama wojna. Wojna o surowiec, który nazywamy miłością:

  • kraj, w którym brakuje miłości, przeciwko krajowi, w której jest jej pod dostatkiem;
  • matki, które wyrzekły się swoich synów żołnierzy, przeciwko matkom broniącym swoich dzieci, które przyszli zabić ci żołnierze – bronią ich własnym ciałem;
  • ludzie, dla których krzywda bliźniego jest własną krzywdą, przeciwko ludziom, którzy tę krzywdę wyrządzają;
  • złodzieje dziecięcych rysunków przeciwko tym, którym dzieci podarowały te rysunki

Właśnie odcięcie tego źródła ciepła wypominali mi jakże dalecy dziś krewni. My, Ukraińcy, nie szczędziliśmy go nigdy nikomu, ale miłości nie sposób uzyskać siłą,

We Lwowie zasłonięto rzeźby na fontannach w czterech narożnikach Rynku. Pokryto blachą okna katedry łacińskiej. Z kaplicy Boimów zdjęto siedzącego Chrystusa. Kamiennych świętych zapobiegliwie owinięto miękkim płótnem. Pewnie jeszcze nigdy nie było im tak ciepło. Spoglądam na to piękno, omotane jak laleczka, pochowane po domach, i myślę: czy kultura uratuje moje miasto? Czy kultura może stać się tarczą przeciwko pociskom manewrującym Kalibr?

I  oto nasza kultura  – mam, rzecz jasna, na myśli nie tylko kulturę ukraińską – broni się nie przed barbarzyństwem, lecz przed innym rodzajem kultury. Kultury bez miłości. Kultury rozumianej jako przynęta wabiąca ofiarę. Kultury, która nie jest zdolna do wychowania w duchu współczucia i solidarności.

Wysyłamy do bratniej Polski naszych bliskich, znajdujemy mieszkania dla uchodźców, chowamy w głębokich piwnicach pamiątki, obrazy i starodruki. Przyszło nam żyć w historycznej epoce, Ukraina nigdy nie była tak znana w świecie. Ale to gorzka sława.

Najpiękniejszy polski magazyn intelektualny

Ciesz się z darmowej dostawy
i dostępu do e-wydań

Prenumeruj znak

Rąbię drewno i  rozpalam ognisko, które tego wieczora ogrzewa nas w  starej kamienicy w  centrum starego miasta. Zbierają się tu przyjaciele. Tania uciekła ze wsi pod Zaporożem, kiedy Rosjanie ostrzelali elektrownię jądrową. W panice przywiozła ze sobą jedynie torbę jabłek, jeszcze na peronie trzęsły jej się ręce. Teraz wyplata siatki maskujące, których brakuje żołnierzom. Nastia pracuje na dworcu jako wolontariuszka, przyjmuje uchodźców, zabiera ich do domu. W dwupokojowym mieszkanku mieszkają u niej czasem po dwie duże rodziny z dwoma psami. Jura wozi pomoc humanitarną ze Lwowa do Kijowa, pokonuje ponad pół tysiąca kilometrów i  punkty kontrolne dniem i nocą. Hala zbiera dzieciarnię i prowadzi z nimi wesołe zajęcia, żeby choćby przez godzinę nie czuły niepokoju…

Kończę ten tekst w schronie przeciwlotniczym. Nad miastem znów rozbrzmiewają syreny alarmowe tej obłąkanej wojny. Wojny o miłość.

Tłumaczył Marcin Gaczkowski

українська версія тексту доступна тут

Kup numer