(fot. Łukasz Giza/Agencja Gazeta)
Dezydery Barłowski czerwiec 2021

Widmo „inności”

Z antologii Dezorientacje najmocniej wybrzmiewa przesłanie: polska literatura poza dominującą normą – poza heteronormą – istnieje. Warto tu jednak poza czytelną kropką postawić wielki pytajnik: czy kiedykolwiek polska nieheteronormatywna literatura nie istniała? Czy miała prawo nie istnieć?

Artykuł z numeru

Ucieczka od przebodźcowania

Czytaj także

z Danielem Rycharskim rozmawia Szymon Maliborski

Bez środowisk konserwatywnych nie napiszesz historii queer

Widmo krąży po nadwiślańskiej krainie – widmo „inności”. Wszystkie potęgi starej Polski połączyły się dla świętej nagonki przeciw temu widmu, prymas i prezydent, różnoracy politycy, konserwatywni „liberałowie” i reżimowi policjanci.

W takiej też atmosferze na światło dzienne wychodzi antologia polskiej „literatury queer” – Dezorientacje. Opasły, przeszło 900-stronicowy tom pod redakcją Alessandra Amenty, Tomasza Kaliściaka i Błażeja Warkockiego. Prace nad książką trwały kilkanaście lat. Trzech wybitnych specjalistów w rzeczonej dziedzinie wydaje więc dzieło przełomowe, które mogłoby zmienić oblicze polskiej ziemi; które mogłoby wykrzyczeć radykalne „nie, nie, nie” wobec starych zegarów, co w rytmie „tak, tak, tak” zbożne mielą ziarno.

Redaktorzy Dezorientacji mówią wprost – polska literatura queer jest. I pokazują, cytują, opisują: sto nazwisk polskich literatów: od XVIII do XXI w., od Karpińskiego do Janiczak – przez Mickiewicza, Sienkiewicza, Słowackiego, Konopnicką, Staffa, Iwaszkiewicza, Gombrowicza, Miłosza, Dąbrowską… – autorów wybitnych, popularnych, nieznanych, kanonicznych i nieco już zapomnianych. Dlatego też z owych 900 stron najmocniej wybrzmiewa to właśnie przesłanie: polska literatura poza dominującą normą – poza heteronormą – istnieje. Warto tu jednak poza czytelną kropką, poza zdaniem twierdzącym postawić wielki pytajnik: czy kiedykolwiek takowa – nieheteronormatywna – literatura nie istniała? Czy miała prawo nie istnieć?… Stawiając tu znak zapytania, zwróćmy się więc ku tym obszarom naszej kultury, gdzie owej „odmienności”, „inności” spodziewalibyśmy się najmniej bądź wcale.

Patronki i patroni Dezorientacji

„Trzeba raz wreszcie wypowiedzieć tę prawdę wstydliwą, systematycznie chowaną pod korcem, że co najmniej połowa współczesnej sztuki francuskiej i niemieckiej – to sztuka przewrotna. Nie tylko fabularnie – co, zresztą, jest nieistotne – zazwyczaj w sposób skryty i przejrzyście zamaskowany, nie tylko formalnie, jak André Gide (…), jak Cocteau (…); ale po prostu ujawnia się to w samych ludziach, w życiu i twórczości pojedynczych jednostek, w złożonej ich osobowości. Brzmi to jak paradoks, lecz kultury XX w. niepodobna już pomyśleć, a tym bardziej pojąć, bez tego czynnika inwersji. Matki nasze i co kulturalniejsze ciotki sprzed lat trzydziestu szeptem i ze zgrozą wspominały imię Wilde’a; dzisiaj jest inwersja na Zachodzie uświęconą niemal instytucją. (…) nie jest już obecnie domysłem, ale faktem, że Albert było na imię Albertynie” .

Fragment ten sytuuje się na pierwszej stronie rozległego wstępu Dezorientacji. I jest to cytat pochodzący z przedwojennej eseistyki Stefana Napierskiego (1899–1940). Stefan Napierski zaś – właściwie Stefan Marek Eiger – to polski pisarz, krytyk literacki, marginalizowany poeta, homoseksualista i Żyd, który na własnej skórze doświadczył wszelakich – mówiąc eufemistycznie – „niedogodności”, które niesie za sobą bycie „poza normą” (a szczególnie w jego przypadku – za bycie „innym” w okresie faszystowskiego karnawału międzywojnia) . Wydaje się więc znamienne, że właśnie taka osoba jako pierwsza miała odwagę tak mocno wyartykułować tę niewygodną prawdę o literaturze. Co istotne, Napierski mówił o literaturze zachodniej, na której – chcąc nie chcąc – wzorowali się polscy twórcy, dopisując do zagranicznej inwersji pogłos własnej, rodzimej „przewrotności” – znów – czy tego chcieli czy też nie.

Amenta, Kaliściak i Warkocki zdają się również podążać tym tropem. Orientacja emocjonalno- -seksualna twórców i twórczyń wkomponowanych w spis treści Dezorientacji nie stanowi dla redaktorów najważniejszej kategorii. Nie jest to bowiem antologia pisarzy homoseksualnych, nie jest to nawet antologia pisarzy queerowych. Kwintesencję „inności” stanowi tu bowiem sam tekst, a konkretnie: koncepcja podmiotowości, tożsamości czy też (anty)tożsamości, która z kart danego utworu się wyłania.

Najpiękniejszy polski magazyn intelektualny

Ciesz się z darmowej dostawy
i dostępu do e-wydań

Prenumeruj znak

Tego typu przekraczanie kulturowych szablonów, prostych tożsamościowych dychotomii posiada już zresztą swoją mocno ugruntowaną tradycję na niwie rodzimego literaturoznawstwa. Czterdzieści lat temu pod egidą Marii Janion ukazała się monumentalna, wielotomowa seria „Transgresje”. A „»Transgresje« to swoiste przekroczenie granic: przekraczanie siebie, norm, konwencji, ról, przyjętych wyobrażeń pokonywania tego, co dane i gotowe przez ludzi, którzy chcieli przejść »na drugą stronę«, przemknąć poza horyzont” – jak wieści popularny opis cyklu. Janion – jako główna redaktorka i współautorka serii – skupiała się więc na przestrzeniach „inności” i określonych typach wrażliwości, także w kontekście problemów seksualności. Projekt ten stanowił jeden z najważniejszych teoretycznych fundamentów do budowy Dezorientacji. Równie istotnym czynnikiem dla redaktorów były prace – „primum mobile teorii queer” – Eve Kosofsky Sedgwick. Amerykańska badaczka wskazuje, że „obok homoseksualizmu pojawia się (…) instytucjonalizująca się homofobia, która ma wymiar nie akcydentalny, lecz systemowy (jak »rasa« i rasizm), szczególnie od drugiej połowy XIX wieku”. Dlatego też w tekstach homofobicznych tak mocno wybrzmiewa „inność” – „inność” „innego”, a czasami skrywana „inność” samego autora.

Jesteśmy kulturą „odmieńców” i „dziwaków”. „Inność” wydaje się wręcz inherentną cechą polskości.

Zatem z jednej strony mamy tu teksty przeciwko „odmienności”, a z drugiej – teksty „odmieńcze”, niektóre jawnie homoseksualne (opisujące wprost homoerotyczne uczucia), inne pisane niejako „z ukrycia”. Albowiem gdy pojawia się zinstytucjonalizowana homofobia, a bliskie, intymne relacje między osobami tej samej płci stają się „podejrzane”, pojawia się potrzeba użycia swoistego tajnego kodu – intertekstualnych odwołań, które odnoszą się do „homoseksualnego dziedzictwa”. W literaturze „odmieńców” odnajdziemy więc takie postaci, jak: Ganimedes, Dawid, Antinous, Apollo, Hiacynt, Gilgamesz, Narcyz, Dafnis, Endymion, św. Sebastian, derwisz, Szekspir czy też Michał Anioł. W kodzie tym istotną rolę odgrywają także biblijna Sodoma, tudzież Platońska Uczta .

Jednak redaktorzy wskazują także na stabilne relacje między osobami tej samej płci, które z jednej strony nacechowane były silnym uczuciem, rzecz można – miłością, a z drugiej strony nie były obciążone silną homofobią. Ten typ „romantycznej przyjaźni” – niezwykle istotny dla polskiej literatury doby romantyzmu – dla Amenty, Kaliściaka i Warkockiego również spełnia wymogi literatury queer. Dlatego też autorem otwierającym Dezorientacje jest Franciszek Karpiński, twórca pogodnych sielanek, literatury sentymentalnej, w której opiewa zarówno heteroseksualne, namiętne, burzliwe związki, jak i trwałe romantyczne przyjaźnie między osobami tej samej płci. Redaktorzy antologii zauważają, że częstokroć drugie z wymienionych stanowiły istotniejszy obszar życia emocjonalnego od tych pierwszych i miały też potencjał do przerodzenia się w „coś więcej”.

Jednak wraz z natężeniem się homofobii, wraz z utrwalaniem się nowoczesnych norm, niemal na każdym polu życia społecznego, forma takich relacji musiała ulec przekształceniu. Dążenie do „unifikacji” zatarło wszystkie „niuanse”, które przedstawia antologia. Zresztą jak wspominają redaktorzy – Dezorientacje mają zdezorientować czytelnika. Poczujmy więc ową dezorientację na własnej skórze.

Sienkiewicz homofobiczny i queerowy

„Co do Twej sztuki, jeśli, jak jestem pewien, nie ma w niej paraliżu postępowego, zboczeń umysłowych na tle płciowem, kazirodztwa, grzechu sodomskiego, zakazanych z pod ciemnej gwiazdy wierszy, egipskich ciemności, a jest natomiast, broń Boże, logika, jasność, prawidłowość, zdrowie, przezroczysty język i tchnienie poezyi, to się istotnie boję o jej powodzenie. Pozostanie w takim razie ona w literaturze, ale czy w chwili obecnej zrobi wrażenie na deskach, that’s the question! Zresztą zobaczymy”. Słowa te pochodzą z listu opatrzonego datą 7 września 1902 r. Adresat korespondencji – a zarazem autor wspomnianej sztuki – to Adam Krechowiecki (1850–1919), pisarz, krytyk i redaktor. Nadawcą zaś jest tu Henryk Sienkiewicz (1846–1916), wielka ikona kultury polskiej, nasz pierwszy laureat Literackiej Nagrody Nobla. Obaj mężczyźni byli przedstawicielami nurtu konserwatywnego, obaj optowali za polską prawicą i nie kryli swojego poczucia wyższości wobec klasy robotniczej oraz warstw chłopskich. Sam noblista w dość klarownych słowach korespondencji z Krechowieckim potępił antycarskie powstanie w 1905 r., opowiadając się po stronie zaborcy, katolickiego kleru, burżuazji i endecji.

Nie dziwi więc, że Sienkiewiczowska narracja o słusznej wyższości szlachty nad „trzecioplanowym chłopstwem” zyskała największy poklask elit oraz absolutną dominację akurat w czasach wczesnych rządów PZPR . Autor Trylogii traktował niemal każdy „odchył” zagrażający premiującej go hegemonii jako zło, któremu należy się przeciwstawić. Sprawa miała się podobnie w kwestiach klasowych i seksualnych / płciowych.

Wielki katechon żywił podobną „niechęć” do „klas niższych” i do „mniejszości” bądź „zachowań” nieheteronormatywnych. Jednak nie przeszkadzało mu to w kultywowaniu bardzo bliskich przyjaźni z mężczyznami, m.in. ze wspominanym Krechowieckim – w korespondencji nierzadko określanym „Kochanym Adamem”. Sienkiewicz najbardziej zabiegał o spotkania z Krechowieckim akurat w tym czasie, gdy w danym domostwie mogli zostać sami – gdy wokół nie kręciła się żadna zbędna kobieta. W ich relacji można dostrzec pewne istotne elementy „romantycznej przyjaźni”, lecz ze swoistym zaakcentowaniem „nowoczesnej homofobii”, jaką Sienkiewicz „subtelnie” prezentuje m.in. w przywołanym wcześniej cytacie.

Mimo to „inność” bez wątpienia interesowała Sienkiewicza. Redaktorzy zauważają, że tytułowy bohater popularnej, kanonicznej noweli Janko Muzykant nazwany zostaje przez swoją zmartwioną matkę „odmieńcem”. W Quo vadis występuje Petroniusz, który wzorowany jest na XIX-wiecznych homoseksualistach. W tej samej monumentalnej powieści Neron bierze ślub z Pitagorasem, czym noblista chce ukazać zdegenerowanie i śmieszność cesarza. W antologii odnajdziemy jednak inny fragment Sienkiewiczowskiej prozy, a mianowicie scenę wbijania na pal Azji Tuhaj-bejowicza. Redaktorzy w następujący sposób uzasadniają swój wybór: „Końcowy fragment Pana Wołodyjowskiego (1888), ostatniego tomu Trylogii Henryka Sienkiewicza, opisujący zaskakująco sadystyczną kaźń Azji Tuhaj-bejowicza. Paradoks tej sceny polega na tym, że łączy ona wyobrażenie zbiorowego gwałtu z retoryką ukrzyżowania. Azja u Sienkiewicza jest etnicznym »mieszańcem«, który podlegał w tekście mechanizmom egzotyzacji (wielokrotnie bywał opisywany jako niezwykle piękny). W scenie kaźni stoją wokół niego sami mężczyźni. Choreograficzny aspekt nabijania na pal ma w sobie dodatkowy wymiar seksualnej kary i upokorzenia” .

W tej kuriozalnej scenie szczególnie dziwny – „queerowy” – wydaje się fragment wybrany przez redaktorów jako tytuł rozdziału poświęconego Sienkiewiczowi: „Ból niewypowiedziany, tak straszny, że graniczący niemal z potworną rozkoszą, przeniknął jego jestestwo”. Sceny tej nie odnajdziemy w szkolnych podręcznikach. Najprawdopodobniej zresztą zdecydowana większość czytelników o tej scenie zapomina tuż po odłożeniu lektury.

— pełna wersja tekstu dostępna jest w drukowanych i elektronicznych wydaniach Miesięcznika Znak

Kup numer