(fot. Tina Hartung / Unsplash)
Oksana Zabużko styczeń 2022

Polskie marzenie, polskie rozczarowanie

Można zdiagnozować kurczenie się terytorium wolności na podstawie kurczenia się „terytorium książki”. Tam gdzie literatura jest marginalizowana, biblioteki zamykane, programy przestawiane na „nieprzeciążanie” dzieci nadmiarem lektur – tam mój wewnętrzny czujnik zaczyna piszczeć jak dozymetr w strefie czarnobylskiej: ostrożnie, ludzie, tu się szykuje jakaś pułapka.

Artykuł z numeru

Osiem lekcji na numer 800.

Czytaj także

Filip Springer

Z głębi ciemnego lasu

15 maja 2014 r. szłam przez warszawską starówkę i drżałam jak od chłodu. Było piękne słoneczne popołudnie, koło katedry św. Jana uliczni muzykanci grali jakąś przyjemną melodię, wokół śmiali się zakochani, nawoływali turyści, przemykały na rolkach nastolatki z lodami – a ja patrzyłam na ten miły, przytulny, nieskończenie domowy świat stołecznego śródmieścia jak przez ścianę łez: na Donbasie rosyjscy najemnicy już wyłapywali ludzi na ulicach i rozcinali im brzuchy za ukraińską flagę, pierwsi przedstawiciele europejskiej prawicy, którzy poparli rosyjską aneksję Krymu, lada chwilę mieli wygrać wybory do Parlamentu Europejskiego, ja sama przyjechałam do Warszawy (w tamtych tygodniach jeździłam wołać w głos ze wszelkich międzynarodowych trybun!) na sympozjum poświęcone 25-leciu Solidarności i rano, wysłuchawszy dobrodusznego wystąpienia prezydenta Komorowskiego o tym, jakie sukcesy przyniosła Polsce droga demokracji „i jaka szkoda, że Ukraina wybrała inną drogę” (verbatim), o mało nie popłakałam się nad tą dziecięco niewzruszoną wiarą polskich elit, że potwór nie wylezie spod łóżka, jeśli się dostatecznie mocno zamknie oczy – a na pobliskim skwerku, na który wyszłam, by rozchodzić ucisk własnych myśli, pokazywano na wielkich tablicach fotografie van de Polla z Warszawy 1934 r., na których tak samo, tylko 80 lat wcześniej, śmiali się zakochani, nawoływali turyści, biegały dzieciaki – czy to jak cienie, czy to jak czarno-białe obrazy rentgenowskie dzisiejszych żywych – i znienacka ogłuszyła mnie, niczym bokserski hak w szczękę, fraza z adnotacji na pierwszej w szeregu tablicy: „To był ostatni taki rok”.

Inaczej mówiąc, jakoś nagle, jasno i nieodwołalnie zrozumiałam, że to nie jest o „wtedy”, tylko o „teraz” – nie o 1934, tylko o 2014 r. Że świat się zmienia, przekraczając jakąś fatalną granicę, właśnie tutaj, teraz, natychmiast. I przeszedł mnie dreszcz. I szłam Nowym Światem, i drżałam od tego odkrycia: od tego, że wszyscy ci ludzie wokół mnie jeszcze nic nie wiedzą.

Ta różnica między mną a nimi zdawała się dotykalna, namacalna, fizyczna, jak między lekkimi elektronami a ciężkim, nabrzmiałym neutrinem: we mnie żyła już, niczym wszczepiona w krew infekcja, nowa wojna światowa – a w nich nie, i nawet prezydent ich kraju jej nie dostrzegał. Pod którymś sklepem porządnie ubrana, zupełnie nieprzypominająca żebraczki babuleńka nieoczekiwanie poprosiła mnie o „parę groszy”, pokręciłam głową, przypominając sobie, że nie mam polskich pieniędzy – i moja niezdolność do zareagowania nawet na tę jedną prośbę warszawskiej ulicy, jedyny znak, że mnie tu „widzą”, ostatecznie mnie przygnębiła – jakby na wieki przypieczętowała moją od tej ulicy odrębność, oddzielenie murem wiedzy, której nie da się przekazać: w żadnym wystąpieniu na żadnym, choćby najważniejszym szczycie, w żadnym wywiadzie dla wszystko jedno jak popularnego tygodnika… (…)

Prawdziwe życie

Tu konieczna będzie odrobina historii prywatnej, bo bez niej trudno zrozumieć moją potrzebę znalezienia polskiego rozmówcy. W sierpniu 1980 r. nasza rodzina po raz ostatni dostała pocztą swoją polską prenumeratę – kolejny numer miesięcznika „Twórczość”. W tamtym okresie obywatele ZSRR mogli prenumerować zagraniczne czasopisma tylko z tzw. krajów obozu socjalistycznego (rzecz jasna, tych, które od dawna nie sprawiały problemów i którymi rządziły przyjazne wobec Kremla ekipy) – i moi rodzice aktywnie korzystali z tej możliwości, by choć odrobinę uchylić „okno na Europę”, wówczas już dla Ukraińców zabite na głucho. W PRL-u cenzura pozwalała elitom kulturalnym na nieporównanie więcej niż w Rosji (o Ukrainie po represjach lat 1972–1973 nie ma nawet co mówić!), więc właśnie po polsku, jako nastolatka, po raz pierwszy przeczytałam na łamach „Twórczości” i „Literatury na Świecie” Becketta i Singera, Simone Weil i Nabokova, nie wspominając już o Miłoszu, Herbercie, Mrożku, Szymborskiej – wszystkich, o których w ZSRR należało milczeć. Ze zdrowym młodzieńczym apetytem pochłaniałam felietony i kroniki, pełne obcych nazwisk i aluzji (do dziś pamiętam pseudonim autora – Dedal!): zza tego wszystkiego, jak zza rozświetlonych okien pośród głuchej nocy, lśniło, niepokoiło, wabiło, mieniło się, niedostępne w śmiertelnie sparaliżowanym pod rządami pierwszego sekretarza Szczerbyckiego Kijowie, prawdziwe życie – swobodne kawiarniane dyskusje, wolność żartu i duch wspólnoty, wystawy obrazów pod gołym niebem, koncerty rockowe bez zezwolenia komitetu okręgowego Komsomołu, 60 teatrów w samej tylko Warszawie (w dwumilionowym Kijowie było ich wtedy raptem, strach wspomnieć, sześć!) – wszystko to, z czego moją młodość okradziono do cna i czego, jak nieodmiennie czułam, musiałam się uczyć, żeby kiedyś „u siebie też takie mieć” (i nie jest to zdrada pamięci, która podsuwa nam nasze dzisiejsze myśli na miejsce dawniejszych – nie, ja naprawdę byłam stuprocentowo przekonana, że kiedyś i w moim Kijowie będzie prawdziwe życie i że trzeba się do niego przygotować: tak mnie wychowywano). Uczyłam się więc, odkrywając dla siebie kulturę Polski, a przez nią, jak w amfiladzie, odleglejszy, niedostępny świat Zachodu – jak sierotka z wiktoriańskich powieści, która przez okno podgląda kinderbal u bogaczy, zapamiętując stroje i maniery.

Tak było, powtórzę, do sierpnia 1980 r. W sierpniu wszyscy już, od „wrogiej propagandy” do babinek na podwórkowej ławeczce, mówili tylko o strajku polskich stoczniowców. Tato cieszył się jak dziecko i powtarzał, że zawsze wierzył w ruch robotniczy (kilka lat później, po przeczytaniu Orwella, rozpoznam źródła tej wiary, ostatniej wiary powojennych chłopców ze wschodu Europy w brytyjski socjalizm i przemówienie Churchilla w Fulton równocześnie: to było coś, co jeszcze łączyło zachodnioukraińskich chłopców – ale tylko zachodnio-, na Ukrainę mamy, która zaznała Wielkiego Głodu, ten światopogląd już się nie rozciągał! – z ich polskimi rówieśnikami, założycielami Solidarności: oni wszyscy jeszcze czytali te same książki…). Później o polskich wydarzeniach przemówiła, groźnym głosem konwojenta, gazeta „Prawda”; potem „usunęli Gierka” i któryś z polskich studentów z naszego roku zrezygnował i pojechał do domu: polskość stawała się niebezpieczna, w powietrzu, i bez tego zatrutym przez Afganistan (o którym też nie można było mówić na głos!), zawisło mdlące przeczucie kolejnych czołgów – „na Warszawę” – i któregoś dnia samo przez się stało się jasne, że ten ostatni, przybyły już z kilkumiesięcznym poślizgiem ze zbuntowanej Polski numer „Twórczości” (okładka w kolorze świeżo zaparzonej herbaty, nie po radziecku elegancki krój czcionki i kolumna z nagłówkami…), ostatnim już pozostanie: po cichu, bez słowa wyjaśnienia (i rzecz jasna, bez jakiejkolwiek rekompensaty: totalitarne państwo nigdy nie jest nikomu nic winne!) ten kanał informacyjny zostaje zamknięty i „polskiej prenumeraty” już nie dostaniemy – koniec balu. I tak się właśnie stało.

(…) Od tamtej pory pamiętałam, jak to jest: oto na twoich oczach „zamykają” cały kraj. Jak aresztanta, który znika w Gułagu, albo tonącą łódź podwodną – uszczelnione luki, zamknięte zawory, odcięta łączność, i o tym, co się tam w środku dzieje, można się będzie dowiedzieć dopiero po wielu, wielu dniach (miesiącach? latach?), kiedy (jeśli?) pogrążone pod wodą terytorium znów ujrzy światło dzienne.

Ja, Ukrainka, też dorastałam na takim terytorium – nieistniejącym w oczach reszty świata jako odrębna całość, z całymi zamkniętymi miastami, jak Dniepropietrowsk, do którego cudzoziemcy mieli zakaz wjazdu aż do końca ZSRR – i mając lat 20, znałam już cenę takiego życia. Może dlatego właśnie nigdy później nie kochałam Polski tak jak w tamtym roku poprzedzającym wprowadzenie stanu wojennego: zwierzęco, z bolesną tkliwością wobec wszystkiego, co polskie. Nawet wobec marszów legionowych, którymi w latach 30. musztrowano w szkole powszechnej II Rzeczypospolitej mojego tatę (do dziś mam łzy w oczach, kiedy je słyszę!); nawet do Warszawianki po rosyjsku, którą w radzieckiej szkole mnie musztrowano (to piękna pieśń, swoją drogą!)… Od deski do deski przeczytałam wtedy wszystkie pożółkłe tomy Sienkiewicza i Prusa, które stały w domu, i przy różnych okazjach uczyłam znajomych śpiewać Agnieszkę Osiecką, upajając się cierpkim, szczawiowym brzmieniem nagromadzenia „sz” i „cz”: moja polszczyzna (którą przedtem przez 20 lat bez szczególnych sukcesów wbijano mi do głowy w domu) tak naprawdę wyrasta stąd właśnie, z tej miłości – z solidarności z gwałconym narodem.

W 2014 r. doświadczaliśmy podobnych uczuć wobec zajętego przez Rosjan Krymu – przypływ tak samo trudnej do wytrzymania (dotknij tylko, a popłyną łzy!) miłości do krainy, która tonie na oczach całego świata, a ty nic nie możesz zrobić, tylko stać na brzegu razem ze wszystkimi i patrzeć, jak tonie, tylko kochać ją ze wszystkich sił, kiedy już jej nie ma – choć nie, tam jeszcze coś widać… – (a potem będą już tylko reportaże organizacji zajmujących się prawami człowieka, jak bąbelki powietrza na wodzie…) – tak jakby twoja miłość mogła jej w czymś pomóc. Ale ten pierwszy raz, pierwsze takie uczucie – pierwszy raz był właśnie z Polską: na odległość, przez granicę, co w niczym nie odbierało temu uczuciu siły.

Polska się zamyka

I oto od 2015 r. raz po raz łapię się na wznowie tego uczucia. Ten sam, bezbłędnie rozpoznawalny, lepki ciężar żalu i bezradności (bo znów nic nie mogę!) daje mi, nieważne, że w zupełnie innych dekoracjach historycznych, ten sam sygnał: Polska się zamyka. Gazety i czasopisma nie przestają przychodzić, ale niczego już człowiekowi „z ulicy” nie wyjaśniają – raczej przeciwnie, mącą i plączą, mnożąc pytania bez odpowiedzi. Wszyscy moi polscy przyjaciele bezładnie wymachują rękami nad wodą, a niektórzy już nawet planują emigrację. Stoję na brzegu i z mojego gardła – jak w wierszu Wasyla Stusa – tryska miłość.

Najpiękniejszy polski magazyn intelektualny

Ciesz się z darmowej dostawy
i dostępu do e-wydań

Prenumeruj znak

Nie miałam pojęcia, że jest jej we mnie aż tyle. Że Polska wrosła we mnie tak głęboko jak nieuświadomiona, sięgająca sześciu wieków nasza zbiorowa wspólna pamięć. Jak krew niosąca w splecionych w jedno żyłach sny i baśnie stamtąd, gdzie trzej bracia, Lech, Czech i Rus, rozchodzą się, jeden do Krakowa, drugi do Pragi, trzeci do Kijowa, gdzie tym samym blaskiem płoną freski lubelskiej kaplicy Świętej Trójcy i wołyńskie ikony z muzeum w Łucku, a słynne jarmarki berdyczowskie – trzystuletnia rozrywka moich przodków po kądzieli – rozbrzmiewają różnojęzycznym gwarem i pachną jak w Księgach Jakubowych Olgi Tokarczuk… My wszyscy, potomkowie plemion jagiełłowej korony, od Bałtyku po Morze Czarne niesiemy w sobie echo tego świata, w którym przez wieki bił, wyczuwalny jak przez ciemiączko niemowlęcia, puls europejskiej historii – jeden z do dziś niezagasłych. A z „papieżem” polskiego ukrainożerstwa Romanem Dmowskim łączą mnie nawet, o ironio, przodkowie tego samego herbu.

I oto okazuje się, że wciąż jeszcze boli, gdy patrzę, jak tę bliską mi Polskę, którą zwykłam nazywać cioteczną siostrą, niemiłą i komunistom, i endekom, zwalczaną jeszcze przez Dmowskiego (nie przypadkiem jego pracę Niemcy, Rosja i kwestia polska niedawno, po stu latach, po raz pierwszy przetłumaczono w Rosji, a samego „Romana Walentynowicza” jakże obiecująco zaliczono do grona „wybitnych rosyjskich polityków” – sic!), konsekwentnie, krok po kroku, „wymazuje się”, pozbawia głosu. Wpycha w „sferę niewidzialności”, wyrzuca z programów nauczania. Przemienia w orwellowsko „nieistniejącą”.

Ukraina stała się przedmiotem podobnego eksperymentu w zakresie podmiany tożsamości już wcześniej, więc dobrze pamiętamy, jak to się robi – metodą „na gotowanie żaby” (jeśli wodę podgrzewa się powoli, wrzucona do niej żaba nie zauważy, że słabnie, aż wreszcie się ugotuje). Zmiany systemowe wprowadzane w kraju od środka, regularnie, w małych dawkach, nie wydają się alarmujące, społeczeństwo zdąża do nich przywyknąć. Dopiero długofalowe skutki są wstrząsające: niedawno, podczas sprzątania zakamarków mojego archiwum, natknęłam się na zapomniany rulon polskich gazet sprzed dziesięciu lat, zabrany niegdyś z samolotu „na później” – i prawie się popłakałam: Boże wielki, gdzie, gdzie jest teraz tamta Polska, w której można było w sobotę czytać w jednej gazecie esej Kołakowskiego, w drugiej wspomnienia o Giedroyciu, a w trzeciej dyskusję o narracjach w pamięci narodowej (o tym, czy Katyń ma szansę stać się mitem „ogólnonarodowym”, czy jest skazany na pozostanie mitem „pańskim”, dla „chłopskich dzieci”, stanowiących przecież większość, jednak nie do końca „swoim”). Jak, chciałoby się spytać, w tak dobrze sobie radzącym, kulturalnym kraju mogła w ciągu dziesięciu zaledwie lat nastąpić tak lawinowa dezintelektualizacja, że dziś te same gazety pod względem poziomu niczym już nie różnią się od ukraińskich?… Jeszcze bardziej dramatycznie zmieniła się telewizja – na początku lat dwutysięcznych kupiłam antenę satelitarną z „polskim pakietem”, dla dobrych filmów i mądrych audycji – a dziś na tych samych kanałach, obok oper mydlanych, dominuje nad podziw prowincjonalna mieszanina niemal histerycznej, na rosyjską modłę, „obrony wartości” (jakby Polska też szykowała się do wojny, tylko jeszcze nie umiała zdecydować z kim!) i prymitywnej, à la PRL, ludowości w stylu „lud pracujący z entuzjazmem przyjmuje decyzje partii i rządu”… Kurczy się finansowanie kultury (ach, jak myśmy przez ćwierć wieku zazdrościli Polakom, że we wszystkich miastach odbywają się u nich pierwszorzędne, światowej rangi festiwale artystyczne, jak wzdychaliśmy do polityki ich Ministerstwa Kultury, Instytutu Polskiego, Instytutu Książki itd. – jak nastoletnia ja nad PRL-owskimi czasopismami myślałam: to dopiero Europa!…). I oto ten złoty wiek też zdaje się już należeć do przeszłości: wedle wzorów putinowskiej (orbanowskiej, berlusconiowskiej – nazwisk na tej mapie wciąż przybywa) demokracji kierowanej rząd kosztem kultury zaczyna „karmić” własne zaplecze wyborcze, tłamsząc rozwiązania alternatywne… A potem, rzecz jasna, powoli zaczną usychać i zanikać również ukraińsko-polskie kontakty kulturalne – w miarę jak państwo polskie będzie ograniczać wydatki na popularyzację swojej kultury za granicą, a „w roli Polski” w ukraińskich mediach, zamiast artystów i intelektualistów, coraz częściej występować będą malowniczo zawinięci w biało-czerwoną flagę „obrońcy polskości”: a to rozbiją kozackie krzyże na porzuconych podkarpackich cmentarzach, a to podepczą w centrum Kijowa ukraińską flagę, żeby sprowokować bójkę, a to jakimś innym wyczynem spróbują rozjątrzyć w ukraińskiej pamięci dawno pogrzebane historyczne krzywdy (dobrze, że sześć lat wojny hybrydowej z Rosją nauczyło naszych obywateli rozpoznawać tego typu prowokacje i reagować na nie po wojskowemu, z zimną krwią, zresztą uwaga społeczeństwa skupiona jest, było nie było, na froncie rosyjskim, póki więc Ukraińcy giną na wschodzie, żadni poprzebierani „antypolscy radykałowie” nie zdołają w Ukrainie wyglądać choćby trochę prawdopodobnie – ale też taktyka prowokacji obliczona jest na efekt długofalowy: jeśli długo i uparcie będzie się wybranej ofierze deptać po tym samym odcisku, to w końcu wybuchnie i dostanie szału, a to już skrajnie nieprzyjemne uczucie: obserwować, jak twój kraj poddawany jest takiej próbie wytrzymałości, i doskonale rozumieć, że tu wcale nie o sport chodzi…).

Zagrożenie dotyczy wszystkich

Rzecz jasna, jest to powszechna choroba cywilizacyjna, nie tylko polska czy ukraińska. O prawdopodobieństwie ześlizgiwania się Europy w dół pętli czasu (co za cios zadany resztkom wiary mojego pokolenia w linearność postępu!), do toksycznych populizmów rodem z lat 30., z rehabilitacją postaci w rodzaju Stalina i Mussoliniego i odkurzaniem nie do końca wcielonych niegdyś w życie doktryn panowania nad światem, ostrzegał jeszcze Umberto Eco; o tym, że głównym teatrem działań bojowych w wojnach przyszłości stanie się terytorium pamięci, uprzedzał wspomniany już Orwell, do którego wszyscy powinniśmy wrócić (i brawa przy tej okazji dla Agnieszki Holland, że jako pierwsza przestawiła go swoim Obywatelem Jonesem z półki klasyki na półkę literatury współczesnej). Miałam szczęście zastać przy życiu kilku ocalałych Winstonów Smithów ze starszego pokolenia, którzy w realnym, nieksiążkowym 1984 r. prowadzili jeszcze swoją osobistą wojnę, na śmierć raczej niż na życie, z „kremlowskim Ministerstwem Prawdy” (…), i to im przede wszystkim zawdzięczam odporność na totalitaryzm – węch, wyczuwający – jak policyjny pies narkotyki – smród „nowej orwellowszczyzny” w strojnym opakowaniu pięknych na pozór sformułowań. Jednak ani oni, ani autor Roku 1984 nawet sobie nie wyobrażali, jakie diabelskie możliwości gry z pamięcią zbiorową otworzy przed nowymi eksperymentatorami społecznymi epoka technologii cyfrowych (dyktatorzy poprzednich epok płakaliby z zazdrości!), nie wiedzieli, że tzw. kryptoamnezja – zastępowanie ludziom w mózgu ich własnej pamięci wspomnieniami „wyreżyserowanymi”, wirtualnymi, jak nadpisywanie w komputerze jednego pliku innym – może stać się sposobem na przejmowanie i niszczenie całych państw od środka, pokojowo i praworządnie, bez widocznych śladów przemocy. Masy bowiem nie będą głosować na realnych polityków, ale na bohaterów serialu telewizyjnego o ich twarzach, wśród narastającego szumu informacyjnego nie zdołając nie tyle nawet przypomnieć sobie, co ci sami ludzie mówili i robili jeszcze wczoraj, ile choćby zastanowić się, kto w istocie jest reżyserem tego widowiska… Precedensy takich postdemokratycznych (nie wiem, jak je inaczej określić) wyborów były już we Włoszech (Ruch Pięciu Gwiazd), na Litwie (Związek Rolników i Zielonych), a w 2019 dołączyła do tej grupy Ukraina ze Sługą narodu (serialem, który stał się partią polityczną przez bezpośrednie przeniesienie z ekranu do władzy) – i żadnych antidotów na tę neoorwellowszczyznę nasza cywilizacja na razie nie ma, nawet nie zaczęła ich szukać, a to oznacza co najmniej tyle, że zagrożenie dotyczy wszystkich.

Ale zamiast uświadomienia sobie tej wspólnoty i połączenia wysiłków, by przeciwdziałać zagrożeniu, następuje proces całkowicie odwrotny – izolacja, „brexityzacja” ludzi, wspólnot i krajów w ich własnych bańkach informacyjnych, odmowa rozpoznawania siebie w Innym – i odwracania się do siebie nawzajem plecami nawet w przypadku najbliższych sąsiadów, jakby chodziło o obrażonych kochanków w jednym łóżku…

I nie pomaga już fizyczne współistnienie w tej samej przestrzeni – nie gwarantuje pełnowartościowego dialogu. Ponad milion Ukraińców, od migrantów zarobkowych po studentów, rozsypanych, przy różnym stopniu integracji, po terenach III Rzeczypospolitej (nigdy za mojej pamięci ludzkie migracje nie spowodowały aż takiego rozmycia granic – nawet warszawscy taksówkarze od niedawna przestali uważać mój „wschodni akcent” za obcy: ucho przywykło!), niespecjalnie zbliżył dzisiejszą Polskę do ukraińskiego społeczeństwa, nie przekłuł bańki – daremne były nadzieje naszych intelektualistów na zniesienie wiz (na to, że lawina weekendowych turystów zdoła mimochodem, w czynie społecznym, zrekompensować Ukrainie niedostatek informacji, przynieść to, czego nie opowiada jej o najbliższym sąsiedzie ani szkoła, ani telewizja), ludzie bowiem podczas podróży dostrzegają tylko to, co „już wiedzą”. I z polskiej strony, wedle moich skromnych obserwacji, sytuacja wcale nie wygląda lepiej.

Gdzieś za rogiem naszą cywilizację czeka Wielki Rozłam na rzeczywistość fizyczną i cyfrową – coś w rodzaju zinstytucjonalizowanej schizofrenii, którą chętnie wykorzystają O’Brienowie nowego pokolenia. Jak samolot w strefę turbulencji, wchodzimy w pasmo gęstej mentalnej mgły, gdzie w słuchawkach nieustannie rozlega się metaliczny głos – najpierw rozsiewając w powietrzu, jak zapach benzyny po kabinie, strach i agresję, a potem, na pewnym etapie, proponując nam, za przykładem Rosji, „wolność w zamian za bezpieczeństwo”.

Niektóre kraje już się na taką wymianę zgodziły, niektóre jeszcze się wahają. A wszystko to dzieje się tu i teraz – nawet jeśli na razie jeszcze nie tutaj i nie z nami.

Czujnik Winstona Smitha

Polska Solidarności i paryskiej „Kultury”, Polska Miłosza i Kuronia, którą zawsze będę uważać za jedną z najpiękniejszych rzeczy, jakie przydarzyły się ludzkości w epoce zimnej wojny, zdążyła wszczepić mi w okresie dorastania pewien kluczowy dla przetrwania odruch, rzec by można, „więziennej solidarności”: podskórne, niewymagające refleksji zrozumienie, że każde ograniczenie wolności w dowolnej celi (jak wówczas nazywaliśmy kraje obozu socjalistycznego) stanowi zagrożenie dla każdego więźnia w każdej bez wyjątku celi. Mówiąc szerzej, wszystko, co stało się z jednym człowiekiem, może stać się z innym, zarówno z jednostką, jak i z narodem – jest to maksyma, którą można uświadomić sobie tylko w ramach pewnego systemu współrzędnych. (Tamto nieszczęsne przemówienie Komorowskiego w maju 2014 r. poruszyło mnie tak mocno również dlatego, że w moim odczuciu przeczyło samemu duchowi Solidarności, przekreślało podstawowy, światopoglądowy sens wielkiego hasła romantyków: „za wolność waszą i naszą”, spychając je gdzieś na poziom dawno nieaktualnych strategii politycznych, które mogą zainteresować co najwyżej historyków). I co ciekawe, z tej samej zasady utożsamienia się z Innym (współprzeżywania z nim i współmyślenia) od zarania dziejów wyrasta literatura – wyraźniej niż wszystkie inne dziedziny sztuki razem wzięte.

Wedle moich obserwacji właśnie dlatego można dość dokładnie zdiagnozować kurczenie się terytorium wolności na długo przed widocznymi dla wszystkich sygnałami ostrzegawczymi (takimi jak skręcanie mediów w stronę populizmu, przyjmowanie dyskryminacyjnych ustaw czy – niech nas wszystkich Bóg broni! – pojawianie się autorytarnych i psychopatycznych liderów) na podstawie kurczenia się „terytorium książki”. Tam gdzie literatura jest marginalizowana, gdzie biblioteki są zamykane, programy nauczania przestawiane na „nieprzeciążanie” dzieci nadmiarem lektur, gdzie politycy nie wstydzą się na głos oznajmiać, że nie czytają książek – tam mój wewnętrzny „czujnik Winstona Smitha” zaczyna piszczeć jak dozymetr w strefie czarnobylskiej: ostrożnie, ludzie, tu się szykuje jakaś pułapka!… I tak właśnie zazwyczaj bywa.

Przez ostatnich 10 lat ten czujnik hałasuje we mnie już bez przestanku, gdziekolwiek jestem, na całej kuli ziemskiej. I może dlatego właśnie, niepostrzeżenie dla samej siebie, w ciągu tej dekady zaczęłam nieproporcjonalnie dużo – więcej niż kiedykolwiek wcześniej – pisać o książkach innych autorów: ze strachu, że wśród ciągłego zalewu informacji mogą się zagubić utwory i autorzy, których uważam za ważnych, a przede wszystkim że na naszych oczach może zniknąć, przepaść kultura „głębokiego czytania”, której główną oznaką jest umiejętność znajdowania w książce nie fabuły, nie charakterystyk bohaterów, nie zestawu cytatów na Instagrama i co tam jeszcze jest wedle standardów Wikipedii potrzebne, ale portretu człowieka na tle historii, bo tylko tak widziany pozwala odczuć bieg dziejów i postęp. Ta właśnie umiejętność – korzystanie z książki jako narzędzia komunikacji poprzez czas – zanika obecnie z dnia na dzień, topnieje jak śnieg na słońcu, przechodzi do działu umiejętności przestarzałych, „rzemieślniczych”, i paniczne uczucie, że ci, którzy jeszcze ją posiadają, muszą się pospieszyć, by zdążyć przekazać ją dalej, jak kiedyś wróżbici wiedzę tajemną po przyjściu nowej religii, popycha mnie do odkładania raz po raz na bok innych planów i zabierania się do kolejnego eseju wychodzącego od książki – rozmowy z czytelnikiem o naszych czasach, prowadzonej w obecności innego tekstu (…).

*

Rozmów, podczas których człowiek dzieli się sobą, długich i ufnych, ustnych esejów snutych nieskończoną siecią wokół wspólnie wyczuwanych punktów zapalnych („za wolność naszą i waszą” wszak!) – Polska podarowała mi więcej niż jakikolwiek inny kraj, oprócz własnego – w różnych momentach, z różnymi ludźmi, na różnych nawet szerokościach geograficznych: od pokoju hotelowego Adama Michnika w Newark, stan New Jersey, gdzie w kwietniu 1992 r. podczas forum wschodnioeuropejskich intelektualistów każdego wieczora zbierał się „polski świat” i gdzie nareszcie zobaczyłam na żywo tę Polskę z moich dziecięcych marzeń, z którą rozdzielono mnie w 1980 r., aż do pubu koło kijowskich Złotych Wrót ćwierć wieku później, gdzie w maju 2017 r. o drugiej nad ranem odkryłyśmy z Olgą Tokarczuk, trzeźwiejąc z radości, że obie uważamy współczesną powieść środkowoeuropejską za odrębne zjawisko w literaturze światowej, tak jak swego czasu powieść latynoamerykańską, i zastanawiałyśmy się, co z tym naszym odkryciem zrobić… Gdyby można było zebrać wszystkie te rozrzucone na przestrzeni 20 z górą lat rozmowy, wyszłaby z tego książka – swoją drogą, taka książka już jest, zapisana przez Izę Chruślińską jako Ukraiński palimpsest: Oksana Zabużko w rozmowie z Izą Chruślińską (2013), podjęta później, jak w muzycznym kontrapunkcie, przez Andrzeja Mencwela w arcyciekawym, wielowarstwowym eseju W stronę nowej Ukrainy („Przegląd Polityczny”, luty 2014) – cały ten niewiarygodnie wciągający dialog, niczym rozsianą w przestrzeni orkiestrę, odbieram, niestety, z mojego punktu słyszenia tylko ja sama i nawet wyliczyć wszystkich muzyków z imienia i podziękować im nie mam możliwości, nie mówiąc już o przekazaniu tego na piśmie, a mimo to pewna jestem, że coś z „partytury” tego dialogu – poza kadrem, poza tekstem, między wersami, jednak przetrwało w moich esejach; (…) są to teksty pisane – nawet jeśli adresowane nie do zagranicznych, tylko do czysto ukraińskich odbiorców – w wyobrażonej obecności „zbiorowego Innego”: opatrznościowego polskiego współrozmówcy.

Tego współrozmówcę lubię. I za nic nie chciałabym go utracić. (…)

10 lutego 2020, Kijów


Tłumaczyła Katarzyna Kotyńska. Tytuł i śródtytuły od redakcji.

Skrócony wstęp do książki Oksany Zabużko Planeta Piołun, która w lutym ukaże nakładem Wydawnictwa Agora.

Kup numer