Inga Iwasiów listopad 2018

Mrożony list o naszych prawach

Choć miałyśmy wywalczone od 100 lat prawa wyborcze, nasz udział w decyzjach politycznych był zbyt mały i niemal zawsze podporządkowany zmiennej „racji stanu”. Demokracja, którą kochałam, okazała się obowiązkiem tak twardym jak w XIX w. niepodległość.

Artykuł z numeru

Polskie Mistrzynie

Polskie Mistrzynie

Córko z lodu, być może jesteś dziewczyną z ognia, a jeśli czytasz moje zapiski, to znaczy, że istniejesz, przetrwałaś i jedna rzecz pozostała niezmienna – ciekawość każąca zaglądać do cudzych komputerów, listów, depozytów czy jak się nazywają wszystkie te miejsca, urządzenia, formy, bo tego nie wiem. Dawno temu napisałam powieść o przyszłości, w której wszyscy rozumieli wszystkich, używając miniaturowych translatorów, ale rzecz dotyczyła raczej języka niż całej reszty, minimalistyczna utopia sprzed dobrej wersji Google Translate, wygugluj sobie, co to było. Śmieszne, pięć lat później pasowałam do poczciwego nurtu nostalgicznego, wyśmiewana przez futurystów i poetów. Dziwnych używam słów? Wyszperaj, zapewne staroświecki wokabularz przetrwał, nie wirują go odsysacze mód. Szperanie – ładne słowo, szeleści i pobrzękuje, lekko kaleczy palce, obliż rankę i nie zwracaj uwagi na drobne niedogodności. Przyłóż zimne.

Pod koniec życia technologie i narzecza zaczęły mnie nużyć. Nowe słówka, nowe końcówki. Przed siedemdziesiątką nadążałam, szczycąc się swoją sprawnością, z przerwą na szary dół. Należałam do pokolenia solennych użytkowniczek komputerów, perfekcyjnie obsługujących wszystkie funkcje edytorów tekstów. Zdołowana, aktualizowałam oprogramowanie. Miałam odruch bycia na bieżąco. Mój życiowy romans nabrał rumieńców dzięki wynalezieniu Skype’a. Trudno było uwierzyć, że da się dzwonić za darmo i zobaczyć ukochaną osobę – nie, nie napiszę ci, kim była, bo nie jestem pewna, czy w tej twojej teraźniejszości wolno kochać, kogo się chce, a i co ty sama o tym sądzisz, a także kto został w Wikipedii (jak się tam u ciebie nazywa taki zbiór, sprawdzaj na własną rękę, nie wszystkie rafy mogę wyminąć). Ostrożnie zakładam, że znasz moje dane osobowe. Obstawiam pół na pół: albo się uporano z uprzedzeniami, albo je podkarmiono i jesteście nowymi purytankami lub istotami podległymi. Należałam do pokolenia obserwującego z niedowierzaniem symptomy konserwatywnej cofki, zakleszczonego między starszymi, umiarkowanie hołdującymi łagodnej wersji tradycji a młodszymi, chcącymi za wszelką cenę odświeżyć relikty starego porządku. Jeszcze się nic na dobre nie zaczęło, a już zostało wyklęte. Wzięłyśmy, lecz nam zabrano.

*

Z tego wstępu, jeśli czytasz uważnie, wynika, że poza fundamentalną zagadką naszego pokrewieństwa są dwie lub trzy kwestie dla mnie niewiadome i bardzo interesujące, ściśle związane z przeszłością, którą chcę dla ciebie zamarkować, żebyś się rozejrzała wokół siebie: technologia i miłość czy też – jak by to dziwnie nie brzmiało – splot obu i wszystkie ich z innymi kwestiami przecięcia. Te dwie sfery życia jak kula śnieżna, jeśli macie tam, poza lodem, śnieg, zbierające całą resztę, w tym demokrację i język.

Zacznijmy od kwestii mniej na pozór kobiecej i być może robiącej największą różnicę między epokami. Idzie o science, twardą wiedzę i postęp, który tyleż robił miejsce dla kobiet, emancypował, ile nas upodrzędniał, stawiał w pozycji uczennic i pretendentek. Dawno temu rozwój miast, przemysłu, komunikacji szczęśliwie wypychał kobiety z przestrzeni domowej, niosąc niejedno rozczarowanie. Kapitalizm kusił. Byłyśmy częścią zmieniającego się świata, który jednocześnie próbował się opowiadać jako wytworzony przez męski rozum. Inaczej niż wieszczyli utopiści i oczekiwały utopistki od końca XIX w., to się akurat nie tak bardzo zmieniło. W laboratoriach i radach nadzorczych ten męski, niekoniecznie zresztą rozum, czuł się w prawie.

Chciałyśmy być nie tylko środkami produkcji – dzieci, rozkoszy, przedmiotów – lecz płacącymi za siebie konsumentkami i wreszcie właścicielkami dóbr i symboli. W XX-wiecznej Polsce dziewczyny miały szanse na udział w cywilizacyjnych zmianach, ale były to zmiany na miarę półperyferii, w dodatku obciążone ideologiami. W XXI-wiecznej, oglądającej się z urazą wstecz i prowadzącej buchalterię niesprawiedliwości historycznych, podzieliły los kolegów, nauczanych systemem testowym i wobec tego tracących biegłość matematyczną na równi z literacką na rzecz obiecanych sprawności, które miały lepiej obsłużyć życie w świecie. Cóż, wąskie grono zdolnych i douczanych nie musiało, przyodziane w garnitury unisex, wyznawać marketingu. Na szczęście dla cywilizacji, bo kto projektowałby te wszystkie cuda, które inni uczyli się zaledwie obsługiwać i sprzedawać? Na nieszczęście, gdyż kasta wtajemniczonych folgowała pokusom i wmuszała pozostałym rzeczy i emocje.

*

Był taki moment, którego prawie nikt nie wspomina. Ma serdeczną niszę w mojej pamięci, ponieważ wówczas spotkałam pewną kobietę, która na wiele lat stała się moją przewodniczką. Masz kogoś takiego? Czy polegacie wyłącznie na wirtualnych horoskopach? W latach 20. XXI w. wychodziło tyle książek poradnikowych i tak się wzmocnił doradczy biznes, że zachodziła obawa ostatecznej utraty doświadczenia. Ludzkość poddawała stopniowo zdolność rozpoznawania tego, co przeżywa, przekonana do wersji pośrednich. Może więc nie macie teraz żadnych pojedynczych fascynacji, kupujecie sobie dobre story (ha, to słowo w PRL oznaczało także zasłony na okna), dając zarobić pisarkom i pisarzom, którzy je szyją z gotowców, czasem tylko wtrącając erudycyjny, szorstki passus? Ja spotkałam mistrzynię na Kongresie Feministycznym, gdzież by indziej. Jedną z dyskusji poświęcono walce z patriarchatem prowadzonej w wolnym internecie. Był dosłownie irytująco (po)wolny, wywoływany przez sieć telefoniczną, ale i, cóż, wydawał się niepodległy. Sieć, mówiono, znosi hierarchie, w tym patriarchalne. Powątpiewałam. Czułam, że zreprodukuje istniejące zależności, pozycjonując na wzór realu: ważne i ważniejsze, słyszalne i niesłyszalne. Potem: klikalne i nieklikalne. Jakieś i jakieś, nie będę cię zanudzać starociami. Czekałam niemal 30 lat od pierwszych debat o sieci do drugiej dekady XXI w., w której powstały mocne portale feministyczne, a akcje takie jak #Metoo szły przez świat, pokazując huraganowe oddziaływanie mediów społecznościowych.

#Metoo – ja też, jestem z tobą, podobna, łączy nas moc, następczyni wielowiekowej niemocy i wstydu. Razem zmienimy prawo, wyegzekwujemy jego przestrzeganie. Jednak i wówczas było pół na pół, choć częściej używałyśmy metafory spirali. Bo z jednej strony nie dawało się zamiatać pod dywan, a z drugiej – wytwarzano kontrtematy, preparowano newsy, manipulowano poparciem, niszczono hejtem.

Niby media się uspołeczniły, ale te karmione kapitałem przechwytywały strategie działające gdzie indziej, budowały zapory, przystosowywały się do nowych warunków. Nadal miały wielką siłę, buszując także w sferach niedawno uznawanych za wolne, czerpiąc z potencjału deklaratywnej swobody. Swobodnie kup sobie kontent, skonteneruj wściekłość, obejrzyj dystopijny serial, w promocji otrzymasz porady i karnety dedykowane do renomowanej siłowni.

Posługiwanie się narzędziami było ważne, lecz chodziło też o udział w ich wytwarzaniu. „Kobiety na politechniki” – słyszałyśmy, lecz film o Marii Skłodowskiej-Curie był romansem. Na początku XXI w. sporo kobiet posłuchało wezwania. Kończyły kierunki ścisłe i lądowały w korporacjach. Miały liczebną przewagę na wszystkich uczelniach, zdobywając wszelkie możliwe kwalifikacje. Zakładały uniwersytety trzeciego wieku i wszechnice niezależne. Nadal jednak statystyki obnażały nierówność, tkwiącą pod podszewką, lecz gdy ktoś tę podszewkę i jej wady zademonstrował, znajdowały się osoby broniące tkaniny nazywanej naturalną. Rozbijałyśmy wyuczone głowy o szklane sufity, emerytury przypadały nam mikre, ale to nic, przecież pomagając dzieciom przy wnukach, wnukom przy prawnukach, rodzicom i czasem długowiecznym dziadkom, a pamiętajmy również o współmałżonkach, znajdowałyśmy godne zatrudnienie nieodpłatne, posilając się u rodzinnego stołu.

*

Mnie też odesłano do domu, gdy skończyłam 60 lat. Zajęłam się, zajęłam się… Mówiono, że tak wczesne zakończenie pracy etatowej stanowi przywilej. Nie wiem, czy nadal tak wam, tobie mówią, czy macie tam pracę. Z powodu znanych okoliczności zamiast cieszyć się życiem i oddać resztę sił najbliższym lub wykazać świadomość obywatelską i przystąpić do istniejących wówczas ruchów ekologicznych, wpadłam w depresję.

Co spotykało ofiary tamtej fali epidemii, mniej więcej wiadomo i nie będę wracać do smutnych lat przepędzonych w oparach pigułek i nieudanych terapiach. Poczułam na własnej skórze skutki degradacji zwanej przywilejem i działanie prawa, strącającego nas do domu, w którym nie było jednak ani szczypty prestiżu.

Najwięcej kobiet pracowało w sektorach gospodarki podlegających ustawowym reglamentacjom. Cokolwiek mówić o korporacjach, te nie odsyłały za wiek, rotowały na swoich, też zresztą genderowych, zasadach. Nie lubiły długich urlopów i zwolnień na dzieci, awansowały dyspozycyjnych, a więc raczej nie młode matki, które z czasem stawały się matkami w średnim wieku, pobierającymi wypłatę zauważalnie mniejszą w porównaniu z rówieśnikami płci mniej naturalnie zobowiązanej do bycia rodzicem w sposób bezpośredni. Pośrednio tak, ojcostwo podlegało przemianom, pokazywane pozytywnie w reklamach banków i pampersów, ale ani szef, ani szefowa w korpo nie przyjmowali do wiadomości, że będąc ojcem, dziecko trzeba odebrać z przedszkola w porze narady.

Kobiety rozumiały tę nie-zależność, na szyjach zacieśniała im się chusta fantazmatu. Zwlekały z podjęciem pracy, zatrudniały opiekunki, urządzały hipermacierzyńską rzeczywistość domową, przykrojoną do formy kulturowo wzmocnionego porządku tzw. natury. Czy wy nadal bierzecie na siebie tak wiele i narzekacie co najwyżej na partnerów, nie na system, w którym tkwicie razem? Jednym ze sprawdzonych sposobów działania patriarchatu było zapewnianie ludzi, iż muszą ponosić w prywatności odpowiedzialność za kontrolowane politycznie granice, na które nie mieli wpływu. Państwo wchodziło nam do domów, także z dobrą nowiną, przydzielając finansowe i organizacyjne wsparcie, ale żądało w zamian więcej, niż ujawniało wprost. Dlatego piszę o nie-zależności, fetyszu nowoczesnych społeczeństw, wymienianym na całą gamę mniejszych i większych uzależnień, natręctw i ustępstw. Kupowałyśmy wszędzie, gdzie się dało: w partiach politycznych obietnice; w kościele godność; w mediach przyjemność. Razem z ograniczeniami i mantrą „jeszcze nie czas”, „nie teraz”. Choć miałyśmy wywalczone od 100 lat prawa wyborcze, nasz udział w decyzjach politycznych był zbyt mały i niemal zawsze podporządkowany zmiennej „racji stanu”. Ten chwyt stosowano wobec nas z irytującym powodzeniem: apel o rozwagę. Zawstydzanie, odsyłanie do dobrej przestrzeni domowej, motywowanie wspólnotowe i patriotyczne.

Zanim odeszłam na emeryturę, choć moje starsze koleżanki dostawały angaże, o kolegach nie wspominając, założyłam ruch społeczny, idący na ratunek, cóż, domyślasz się kontekstu, chyba że historii najnowszej was nie uczą. 70% procent kobiet, 30% mężczyzn, takie mieliśmy proporcje, a mimo to w wyborach ruch uległ koniecznościom i wszedł w kompromisowe koalicje. Pytałyśmy głośno o prawa kobiet – parytety, równe płace, elastyczny rynek pracy, dostęp do antykoncepcji i aborcji, edukację seksualną, alimenty, opiekuńczość, życie publiczne, bezpieczeństwo, zdrowie – długa lista i w każdej z tych dziedzin wiele do zrobienia – a słyszałyśmy, że państwo, że wolność, że demokracja. Demokracja, którą kochałam, okazała się obowiązkiem tak twardym jak w XIX w. niepodległość. Była to miłość z ograniczoną wzajemnością, gdyż prawa kobiet traktowała suplementarnie, warunkowo, a nawet lekko. Czyż mówi się o ciężarach macierzyństwa/córectwa, gdy w kraju brakuje wolności?

Nasze prywatne było bardzo polityczne, gdy stosując argumentację naukową, ograniczono dostęp do in vitro, antykoncepcji i aborcji. Było też poddawane rygorom moralnym, gdy orzekano, jak wolno żyć. Zarazem jednak pakiet „spraw kobiet” uznawano za mało ważący, ot parę punktów procentowych w wyborczym plebiscycie, a czyniły to rządy konserwatystów oraz opozycja.

*

Biologicznie dzieli nas pokolenie, ale odległość między nami wynosi dwa parki jurajskie. Cóż, że takie dziecięce, urządzone w okolicy turystycznej, skoro zasłaniają scenę. Zaczęłam od technologii, bo dawałyśmy sobie wmawiać, że lepiej się nadajemy do zawodów opartych na empatii. Chcę skończyć miłością, gdyż w całym tym sztucznym, pilnowanym solennie świecie podrzędności kobiet wiele mówiono o uczuciach – macierzyńskich, romantycznych, wyrażanych, szczęściodajnych. Nie zaliczano do nich gniewu, tłumionego mdłymi ciastkami rezygnacji i uciechy z tego, co dostępne. Mam nadzieję, że używasz emocji niesterowanych z żadnego centrum zarządzania. Nikt cię nie szantażuje i nie motywuje specjalnymi programami, wymijającymi starannie „trudne sprawy”.

Jesteś moją córką, jeśli istniejesz. Odroczyłam twoje narodziny, ponieważ nie było dla nas miejsca, musiałybyśmy egzystować w społecznej luce, a wolałam dać ci coś lepszego. Idealizm był niemodny także w moich czasach, więc jeśli nie rozumiesz, o czym piszę, nie martw się. Obyś wiedziała i czuła, bez wybierania jednej z tych umiejętności. Mam nadzieję, że wiesz, co czujesz, i czujesz, co powinnaś wiedzieć, niewstrzymywana i nieszantażowana. Nie spotkałyśmy się, lecz nie byłoby żadnej z nas bez tej drugiej.

Kup numer